Donald Trump i jego muzyczna strategia. "Zwyciężę, zwyciężę, zwyciężę"

- Kiedy Donald Trump rozdawał autografy po wiecu w Jacksonville, z głośników popłynął "Upiór w operze". Mhm, "Upiór w operze", na wiecu wyborczym. Grali go po cichu, bo oczywiście nie jest to specjalnie motywująca piosenka, ale Trump zaczął wołać: Podkręćcie to! Chcę to słyszeć! - opowiadał kilka lat temu John Santucci z ABC News. Muzyka w amerykańskich kampaniach wyborczych to podstawa, dlatego to, że sztab Trumpa też ją wykorzystuje, to żadna nowość. Pewną nowością jest za to sama relacja Trumpa z muzyką, którą w USA najczęściej określa się słowem: "bezprecedensowa".

Kto się boi Donalda Trumpa? Na pewno nie muzycy, którzy od lat protestują przeciwko wykorzystywaniu ich piosenek w jego kampanii wyborczej. Sytuacja działa w dwie strony, bo Trump również artystów się nie boi i ich prośbami przejmuje się wybiórczo. Podczas spotkań z wyborcami prezydent USA korzysta z dość nieszablonowego repertuaru, który - na jego szczęście - przyciąga uwagę mediów.

Piosenki grane na wiecach mają rozgrzać publiczność, rozbawić ją, pozytywnie nakręcić przed przybyciem bohatera wieczoru. Takie numery, ma się rozumieć, Donald Trump w kampanijnej playliście uwzględnia. Jednocześnie uwzględnia też takie, które z rozgrzewaniem publiki mają niewiele wspólnego, ale za to - czytane bardziej lub mniej dosłownie - dostarczają przekaz, na którym Trumpowi zależy.

"Nie zawsze dostaniesz to, czego chcesz, ale..."

Jeszcze zanim poprzednia kampania prezydencka Donalda Trumpa rozkręciła się na dobre, amerykańskie media pisały o soundtracku do jego kampanii m.in., że jest "eklektyczny, przez co należy rozumieć: pozbawiony jakiegokolwiek sensu". Mimo wszystko to nieprawda, bo sens w muzycznych wyborach Trumpa jest.

Walczący o reelekcję kandydat od lat decyduje się przede wszystkim na rock'n'rollowe przeboje. Wziął pod uwagę m.in. Eltona Johna, zespół Queen i chyba ulubionych Rolling Stones. Jeśli chodzi o repertuar tych ostatnich, na wiecach Trumpa do tej pory były grane m.in. "Wild Horses", "Time Is on My Side", "Sympathy for the Devil" czy "You Can’t Always Get What You Want". Ostatni z wymienionych utworów powstał w 1968 roku i według Micka Jaggera opowiada po prostu o "braniu narkotyków w Chelsea".

Rozmarzonym, wyluzowanym zwrotkom odpowiada pragmatyczny refren: "Nie zawsze dostaniesz to, czego chcesz/ale jeśli kiedyś się postarasz, może się okazać, że dostaniesz to, czego potrzebujesz". Trump interpretuje teksty po swojemu - przesłanie się zgadza, bo prezydent doskonale zdaje sobie sprawę, jak wielu ma przeciwników. Poprzez "You Can't..." zdaje się do nich mówić: wydaje się wam, że mnie nie chcecie, ale po czasie zrozumiecie, że tak naprawdę mnie potrzebujecie. 

 

Trump uwielbia tę piosenkę tak bardzo, że została ona zagrana m.in. po przemowie wygłoszonej tuż po wygranych wyborach w 2016 roku. Podczas wieców często jest to też jego numer "na wejście" - a więc najistotniejszy, przykuwający najwięcej uwagi. Utwory Stonesów, Eltona Johna czy Neila Younga to wybory o tyle nieprzypadkowe, że dla 74-letniego Trumpa wydają się być wspomnieniem czasów młodości i beztroski. I nie tylko dla niego, bo i dla sporej części jego elektoratu, którą stanowi pokolenie "baby boomerów". W wyborach w 2020 roku "boomerzy" złożą się na niemal jedną czwartą (ok. 23 proc.) wszystkich wyborców. 

Socjolog Joseph A. Kotarba w książce "The Self, Identity, and the Life Course" pisze, że "rock'n'roll" służy przede wszystkim jako "ścieżka dźwiękowa do sytuacji, w których 'boomerzy' postrzegają siebie jako aktorów politycznych". Argumentuje przy tym, że "rock'n'roll i muzyka popularna są im niezbędne do utrzymania poczucia ich 'politycznego ja', ponieważ wielu z nich uczyło się o polityce np. od Country Joe McDonalda, Jimiego Hendrixa i Grateful Dead". Właśnie dlatego m.in. piosenki The Rolling Stones przywodzą "boomerom" na myśl lata młodości, ale i odległej ich zdaniem amerykańskiej świetności, którą Trump od początku kampanii obiecywał przywrócić. 

Czytaj też: The Rolling Stones grożą Donaldowi Trumpowi pozwem. Mogą dopiąć swego >>

"Vincero, vincero, vincero"

Oprócz utworów z lat 60., 70. i 80., Donald Trump sięga też po pozycje, których na wiecu wyborczym mało kto by się spodziewał. O ile rock'n'roll z czysto rozrywkowego punktu widzenia to dobry pomysł, o tyle można mieć wątpliwości np. co do chętnie granych utworów musicalowo-operowych. Donald Trump jest powszechnie znany ze swojej pewności siebie i niemałego ego, co utwory z tej kategorii zdają się wręcz podkreślać. Do wcześniej wspomnianego "Upiora w operze" Andrew Lloyda Webbera czasami dołączała m.in. "Pamięć" ("Memory") z musicalu "Koty". 

 

Bardzo emocjonalna, melancholijna melodia, śpiewana przez starą kocicę Gryzabellę, to refleksja nad jej świetlaną, gwiazdorską przeszłością, która pozostała tylko wspomnieniem. Gryzabella ma nadzieję dostać szansę na nowe życie i prosi inne koty o akceptację. Co prawda jest mało prawdopodobne, aby akurat Donald Trump prosił kogokolwiek o akceptację, jednak wzruszająca piosenka rezonuje z jego wyobrażeniem o własnej wielkości. Do tego przywodzi na myśl obietnicę wielkiego amerykańskiego przebudzenia ("Kto mnie dotknie, ten pozna sam, czym szczęście ma być/Spójrz - to wstaje nowy dzień"). To również kolejny utwór, z którym mogą się utożsamiać "baby boomerzy", kiedy młodsze pokolenia wytykają im, że "byli katastrofą dla Ameryki" albo że "ją zniszczyli". Jako jeden z "niszczycieli", Trump roztacza wizję "wschodu słońca" i "nowego życia", które rozpocznie się, gdy zostanie wybrany na prezydenta - i wygląda na to, że to działa.

Innym szeroko dyskutowanym utworem z kampanijnej playlisty była aria "Nessun dorma" z opery Giacomo Pucciniego "Turandot" w wykonaniu Luciano Pavarottiego. Śpiewa ją Calaf, książę, który od pierwszego wejrzenia zakochuje się w pięknej, ale zimnej księżniczce Turandot. Każdy mężczyzna, który chce poślubić Turandot, musi najpierw rozwikłać jej trzy zagadki; jeśli mu się nie uda, zostanie ścięty. W arii Calaf wyraża triumfalną pewność, że zdobędzie serce księżniczki. Finał utworu zawiera trzykrotne powtórzenie słowa "vincero", czyli "zwyciężę". 

 

David Wilson twierdzi, że większość uczestników wieców mogła nie zrozumieć obcojęzycznego tekstu, ale w tym przypadku głównym powodem uwzględnienia piosenki w kampanii Trumpa raczej nie był sam tekst (choć sugestywne powtórzenie słowa "wygram" mówi samo za siebie). Według niego chodzi o "sposób, w który emocjonalny, silny głos tenora tylko za pomocą barwy ukazuje przejście od walki do triumfu, nawet jeśli nie wyczytamy tego z tekstu". Ta monumentalna aria to dość wyszukany wyraz determinacji i niezachwianego przekonania Donalda Trumpa o zwycięstwie.

W ciekawych muzycznych pomysłach obecnego prezydenta USA można przebierać (na liście pojawiła się np. Adele ze "Skyfall" i "Rolling in the Deep"), ale na finał dorzućmy do kapelusza motyw muzyczny z filmu Wolfganga Petersena "Air Force One". Harrison Ford gra w nim prezydenta USA w niemałych tarapatach - terroryści porywają samolot, którym podróżuje wraz z rodziną i personelem. Przedstawiony jest jako bohater, dzielnie walczący o to, by uratować wszystkich na pokładzie. Trump zdecydował się zagrać muzykę z filmu, kiedy... przybył na jeden z wieców helikopterem.

 

Lily E. Hirsch w książce "You Shook Me All Campaign Long: Music in the 2016 Presidential Election and Beyond" cytuje Richarda Krafta, byłego agenta kompozytora Jerry'ego Goldsmitha, który powiedział w oświadczeniu po sławetnym wiecu: "Goldsmith skomponował muzykę, żeby nadać kolorytu postaci bohaterskiego prezydenta w [Air Force One], a nie, żeby wspomóc kampanijny soundtrack fałszywego Trumpa. [Goldsmith] byłby przerażony, gdyby wiedział, że jego muzyka służy reklamowaniu produktu, który bardzo by mu się nie spodobał".

"Muzyka jednoczy, a Trump ma kontrolę"

Nie ma wątpliwości, że Donaldowi Trumpowi udało się skutecznie wyczytać emocje wielu wyborców w 2016 roku - ten sukces najpewniej powtórzy za kilka miesięcy. Muzyczny aspekt jego kampanii, przypominający m.in. o "wielkości" czasów, które Trump obiecał przywrócić, wzmocnił jego przesłanie. Wielu dziennikarzy i badaczy widzi jednak drugą stronę relacji Trumpa z muzyką. Wskazują bowiem, że oprócz autopromocji i zapewniania wyborcom poczucia wspólnoty czy zrozumienia, jedną z głównych funkcji muzyki podczas kampanii i prezydentury Trumpa było (i jest) odwracanie uwagi od bardziej istotnych kwestii.

Lily E. Hirsch sugeruje, że "rozpraszanie uwagi [opinii publicznej] przez muzykę to prawdopodobnie jeden z niewielu konsekwentnych elementów w erze Trumpa". Badaczka twierdzi, że wszystkie sytuacje z tym związane są częścią "wykalkulowanej strategii odwracania uwagi". W jej ramach "spory z muzykami lub inne kontrowersje muzyczne z udziałem Trumpa były dla mediów szczególnie znaczące, często przesłaniając istotne sprawy dotyczące polityki i zarządzania państwem". Trzeba w tym miejscu dodać, że sprzeciw wobec wykorzystywania ich muzyki w kampanii prezydenckiej wyrazili niemal wszyscy artyści, których piosenki można było usłyszeć na wiecach.

The Rolling Stones szykują pozew, następny w kolejce jest Neil Young; na długiej liście przeciwników Trumpa znaleźli też m.in. Adele, zespoły R.E.M., Lynyrd Skynyrd i Queen, a nawet rodzina Luciano Pavarottiego. Czy Trump się tym przejmuje? Zależy. Przestał grać utwory Adele czy Queen, ale Stonesi czy Neil Young nadal wybrzmiewają na spotkaniach z wyborcami, zaś amerykańskie media dzielnie relacjonują każdą kolejną muzyczną aferę. Z tego względu Hirsch wnioskuje:

Dla Trumpa strategia wypaliła, bo sprawił, że muzyka w każdej formie zaczęła działać na jego korzyść. W trakcie kampanijnych wydarzeń muzyka jednoczyła i inspirowała jego zwolenników, podczas gdy powiązane z nią spory pracowały na to, by pomóc Trumpowi kontrolować publiczny dyskurs. Tym samym relacje Trumpa z muzyką są coraz bardziej napięte. Niemniej, obok bezprecedensowej muzycznej opozycji, prezydent znalazł sposób, żeby czerpać z muzyki same zyski.