Byliśmy na koncercie Billie Eilish - zupełnie innym niż zwykle. Czy tak już zostanie?

W zeszłym roku Billie Eilish najbliżej Polski grała w Pradze i Berlinie. Drugiej części trasy, zaplanowanej na ten rok, nie udało się jej dokończyć z powodu wybuchu pandemii koronawirusa - tak czy inaczej, koncertu w naszym kraju w planach nie było. 24 października pojawiła się jednak wyjątkowa okazja, by uczestniczyć w biletowanym koncercie młodej wokalistki niezależnie od lokalizacji. Po tym występie mam w głowie jedno pytanie: czy tak będzie już zawsze?

Sobota, godzina 23:30. O tej porze kładłabym się spać, ale tym razem wybieram się na koncert. To zdanie, którego z wiadomych przyczyn nie wypowiedziałam od dłuższego czasu, a już szczególnie w kontekście dużego koncertu dużej gwiazdy. Dostałam jednak możliwość obejrzenia występu Billie Eilish w ramach "'Where Do We Go?' The Livestream". Bilety na to wydarzenie kosztowały 30 dol., co w przeliczeniu na nasze daje kwotę około 115 zł. W "normalnej" rzeczywistości dostanie biletów na koncert Billie Eilish za taką cenę byłoby zwyczajnie niemożliwe, ale "normalność" to już przecież nienormalność.

Zobacz wideo Gwiazdy koncertują w internecie. Wspierają fanów w czasie kwarantanny

Billie Eilish wystąpiła na biletowanym internetowym koncercie. Nadchodzi nowa normalność

No i właśnie. Wszystko wskazuje na to, że przed redefinicją koncertowej "normalności" trudno będzie uciec. W dobie pandemii koronawirusa taka próba w wykonaniu Billie Eilish z ekipą to oczywiście żadna nowość. Kiedy wiosną masowo odwoływano koncerty i festiwale, bardziej i mniej znani artyści uciekli się do spontanicznych występów w sieci. Podczas transmisji na Facebooku czy Instagramie grali akustyczne wersje swoich przebojów, zazwyczaj w domowym zaciszu. Niektórzy wykorzystywali okazję, by zbierać pieniądze na cele charytatywne. Mieliśmy do czynienia z kilkoma dużymi wydarzeniami takiego rodzaju nie tylko na świecie, ale i w Polsce.

Zobacz też: Viki Gabor, Maryla Rodowicz i wiele innych gwiazd zaśpiewało dla służby medycznej. Sukces #koncertudlabohaterów na Player.pl >>

Jednocześnie branża muzyczna, choćby w naszym kraju, zjednoczyła się, żeby zaapelować do rządzących o zainteresowanie się sytuacją artystów i osób pracujących dla kultury. Bez pracy zostali technicy, realizatorzy dźwięku, instrumentaliści... Właśnie z myślą o nich - mówiąc już o skali globalnej - Erykah Badu w kwietniu ogłosiła, że będzie grać transmitowane w sieci domowe koncerty, ale za symboliczną opłatą. 

Mam pełną chatę inżynierów dźwięku, muzyków, technicznych, którzy są teraz bez pracy. Mamy kilku członków zespołu, którzy utknęli w innych stanach. Zadzwoniłam do nich wcześniej i powiedziałam: Cały czas jesteście na liście płac, nawet jeśli was tu nie ma

- mówiła Badu i w rozmowie z Page Six dodała, że "gdyby to zależało od niej, zawsze brałaby od fanów po jednym dolarze [za wstęp na koncert - przyp. red.]". Królowa neo-soulu wzbudziła wtedy pewne kontrowersje, ale z perspektywy czasu i wydłużającego się koncertowego przestoju nawet ci, którzy (moim zdaniem niesłusznie) atakowali ją wtedy za zadzieranie nosa, muszą jej przyznać rację.

Billie Eilish online, czyli kompletne widowisko warte ustalonej ceny

Billie Eilish, jedna z najpopularniejszych obecnie artystek na świecie, poszła wraz z ekipą o krok dalej i zorganizowała widowisko obsługiwane przez dziesiątki osób. Pod uwagę trzeba było wziąć kamery, wizualizacje, udźwiękowienie, budowę sceny i wiele innych aspektów, które przecież kosztują. Stąd właśnie cenę 30 dol. za możliwość obejrzenia 50-minutowego setu - i, co ważne, z opcją wrócenia do niego przez kolejne 24 godziny - uważam za wcale niewygórowaną. 

Koncert poprzedził kilkudziesięciominutowy pre-show, na który nieco się spóźniłam. Zdążyłam jednak złapać np. ujęcia z backstage'u i fragment dokumentu o Billie, którego premierę zaplanowano na luty przyszłego roku. Było też kilka reklam i interaktywny quiz dotyczący ciekawostek z życia wokalistki. Za kluczowy element posłużyły krótkie apele o głosowanie w wyborach prezydenckich w USA, wygłoszone oprócz Eilish przez Jameelę Jamil, Lizzo, Alicię Keys i Steve'a Carella, odtwórcę roli Michaela Scotta w ulubionym serialu Billie, "The Office". 

Jak to na koncertach bywa, impreza ruszyła z małym, nieznacznym opóźnieniem. Na scenie obok Billie stanęli jej stali współpracownicy, Finneas oraz perkusista Andrew Marshall. Nie dało się uniknąć początkowych problemów z łącznością - nie wiem, ile osób łącznie oglądało stream, ale już dwie godziny przed nim w czacie udzielało się ponad 11 tys. internautów z całego świata. Po pierwszych dwóch piosenkach wszystko szło jednak jak z płatka. 

 

Billie z towarzyszeniem robiących duże wrażenie wizualizacji wykonała takie utwory jak m.in. "when the party's over", "Ocean Eyes", "everything i wanted" i "my strange addiction". Nie zabrakło także przeboju "bad guy" i piosenki promującej najnowszy film o Jamesie Bondzie, "No Time To Die". Wokalistka była uśmiechnięta, zrelaksowana i pomimo odrobiny stresu świetnie się bawiła, co zdecydowanie przełożyło się na odbiór koncertu. Chociaż oglądałam ją w piżamie, prosto z łóżka, bawiłam się przednio - i bezpiecznie! O tak dobrych widokach i dźwięku na koncertach w tradycyjnej formie można tylko pomarzyć, a tu proszę - wszystko gra i buczy.

Jasne, że brakowało koncertowej wspólnoty, tańca, śpiewów, żywej interakcji z publicznością (była za to wirtualna). Brakowało wrażenia, jakoby grana na żywo muzyka przeszywała na wskroś. Niemniej jednak na ten moment to chyba najlepsze, na co możemy liczyć - i byłoby świetnie, gdyby takich koncertów dało się robić więcej.

Zakładam, że realizacja projektu "'Where Do We Go?' The Livestream" pochłonęła niemałą sumę, dlatego nie czaruję się, że - przynajmniej na naszym podwórku - tego rodzaju wydarzenia wyrosną teraz jak grzyby po deszczu. Z punktu widzenia fanki nie mam jednak żadnych wątpliwości, że chętnie wsparłabym kolejnych lubianych artystów i ich współpracowników, mając szansę uczestniczyć w przedsięwzięciach podobnych do tego zorganizowanego przez Billie Eilish i spółkę. I wierzę, że nie jestem w tym sama.