Maria Sadowska: W naszym kraju, który jakoś lubi szarość, zawsze stałam po stronie kolorów [WYWIAD]

16 października Maria Sadowska wypuściła nowy album - po sześcioletniej przerwie. Artystka bynajmniej nie odpoczywała, bo bez przerwy pracowała na planach filmowych i telewizyjnych, udzielała się teatralnie i muzycznie w rozmaitych projektach, a przy tym tworzyła swój muzyczny pamiętnik, którego owocem jest właśnie "Początek nocy". Nam Sadowska opowiedziała nieco o pięknych historiach, które ukształtowały tę płytę, a także m.in. o współpracy z Dodą i o tym, dlaczego tym razem postanowiła odejść od jazzu.

Z Marią Sadowską rozmawialiśmy tuż po premierze jej najnowszego krążka "Początek nocy" - płyty, która ma dwa oblicza. Z jednej strony to dawka tanecznych numerów, przywodzących na myśl kolorowe i ciepłe lato, z drugiej - to sentymentalne, popowe rozważania o relacjach międzyludzkich i miłości, o szukaniu siły w różnicach, okraszone nutką XVIII-wiecznej filozofii. Maria Sadowska opowiedziała nam o wyjątkowej podróży do Afryki, podczas której przeżyła sceny rodem z filmu przygodowego, o muzycznej propozycji matrymonialnej złożonej Kayah oraz np. o tym, komu oddaje hołd "Początkiem nocy".  

Zobacz wideo Doda współpracuje przy nowym filmie Marii Sadowskiej "Dziewczyny z Dubaju"

Maja Piskadło: Kiedy miała pani po raz ostatni okazję tak porządnie się wyszaleć, że nie wiadomo było, gdzie początek nocy, a gdzie koniec? 

Maria Sadowska: Całkiem niedawno, tuż przed ponownym zaostrzeniem koronawirusowych restrykcji. Mimo tego, że jestem poważną mamą dwójki dzieci, to jesteśmy z mężem naprawdę imprezowi i uwielbiamy tańczyć. Kochamy też wspólnie grać i kiedy porwie nas muzyka, to faktycznie nie wiadomo, kiedy ta noc się kończy. Jak nie gramy sami, lecimy posłuchać naszych znajomych DJ-ów i zobaczyć, co tam w muzie piszczy. Ale wiadomo, teraz najważniejsze jest bezpieczeństwo.

Teraz, kiedy codziennych wyzwań zrobiło się o wiele więcej, po zabawach i szaleństwie zostały wspomnienia. Czy dobrze obstawiam, że okładka "Początku nocy" nawiązuje właśnie do tych pełnych wyzwań okoliczności? Nos i usta ma pani zakryte…

Tak. Wydawałoby się, że to nie jest w ogóle sprzyjający moment na wydawanie muzyki, ale mieliśmy takie wrażenie, że ta płyta w jakiś sposób opowiada o tym, co się dzieje wokół nas. O tym, że nie możemy się dać zmanipulować strachem, że nie można się poddawać, że trzeba mieć nadzieję, że miłość w tym pomaga… Było w nas takie poczucie, że mimo że to jest dla mnie bardzo osobisty album, stanowiący zapiski moich przeżyć z ostatnich czterech lat, to jest to jednocześnie uniwersalny komentarz. Okładka powstawała świadomie. Mam ogromne szczęście, że współpracuję z ekipą fantastycznych ludzi - to nie jest tak, że ja siedzę i sama wszystko wymyślam. Weszły tu pomysły stylistki Magdy Klaman, mojego menedżera Kuby Parowicza, grafika Mariusza Mrotka, który zrobił prawie wszystkie okładki moich płyt, począwszy od "Tribute To Komeda", wydanej 14 lat temu… To jest sprawdzona grupa ludzi, z którą udało nam się wypracować fajny wizerunek - myślę, że spójny z muzyką.

Zgadzam się. Obok tych ciepłych, żywych kolorów trudno jest przejść obojętnie.

Właśnie dlatego zachęcam do kupienia fizycznego egzemplarza, bo w środku jest tych kolorów jeszcze więcej - mamy tam np. śliczne pocztówki z piękną sesją autorstwa Izy Grzybowskiej. A jeśli mówimy o kolorach, to ja stałam po ich stronie, odkąd pamiętam. W naszym kraju, który jakoś lubi szarość, zawsze byłam za tym, żeby się nie bać kolorów. Wierzę, że kolor zmienia rzeczywistość i jest witaminą odpornościową na naszą głowę.

Maria Sadowska - sesja do albumu 'Początek nocy'Maria Sadowska - sesja do albumu 'Początek nocy' fot. Iza Grzybowska

Różnych barw nie brakuje też w warstwie muzycznej “Początku nocy”, płycie wyjątkowej z wielu przyczyn. Przede wszystkim dlatego, że to pani pierwsze wydawnictwo od sześciu lat.

Rzeczywiście, te sześć lat minęło tak niepostrzeżenie, że sama byłam zdziwiona, kiedy zrobiłam bilans i zrozumiałam, ile czasu upłynęło. Na swoje usprawiedliwienie mam to, że dużo się działo - poświęciłam dwa lata filmowi "Sztuka kochania", graliśmy bardzo dużo koncertów z poprzednią płytą "Jazz na ulicach", dodatkowo udzielałam się na koncertach mojego męża z zespołem No Logo po płycie, która ukazała się w zeszłym roku… W Teatrze Polskim w Bielsku-Białej we współpracy z Joasią Grabowiecką zrobiłam przedstawienie o Wandzie Rutkiewicz pod tytułem "Wanda". Był też przecież "The Voice", gdzie zdążyłam zrobić pięć sezonów. Bardzo lubiłam tę pracę, ale kreatywnie jest ona niesamowicie wyczerpująca.

Powstał również projekt czysto koncertowy, o którym muszę wspomnieć. Nazywa się "Symfonia Małego Miasta" i w jego ramach ilustrujemy film dokumentalny opowiadający o małym polskim miasteczku na przestrzeni epok. Udało nam się go zrealizować dzięki dofinansowaniu z "Kultury w sieci". Od kilku dni koncert możecie już oglądać na YouTubie zespołu No Logo. Mogę powiedzieć, że to jest w pewnym sensie finał tego, co się u mnie przez ostatnich kilka lat działo, dlatego tym bardziej cieszę się, że wniesiemy trochę koncertowej energii do państwa domów.

Nie ma wątpliwości, że ta przerwa upłynęła pani na pełnych obrotach - i chyba dlatego odrobinę zaskoczyło mnie to, jak bardzo "Początek nocy" jest skondensowany i konkretny.

Te numery powstawały przez cztery lata i wolałam dać na płytę taką esencję, niż zamęczyć ludzi piętnastoma piosenkami. Płyta była gotowa już w zeszłym roku, ale ponieważ zaangażowałam się w prace nad filmem "Dziewczyny z Dubaju", premiera znów się przesunęła, po czym zaczęła się pandemia. Moje podejście do tworzenia zmieniła też gra na ukulele. Od lat gram i komponuję z fortepianem, ale fortepian trudno nosić pod pachą - tymczasem nagle się okazało, że mam przy sobie inny instrument, który wszędzie mogę zabrać, zagrać na nim i zaśpiewać, dać ludziom trochę radości, przyłączyć się do muzyków ulicznych i na bieżąco tworzyć muzyczny pamiętnik. Ponieważ nie jestem jakimś wirtuozem na tym ukulele, wróciłam do takiego bardzo prostego pisania, gdzie nie ma miejsca na wyszukane kombinacje harmoniczne czy jazzowe. Tutaj najważniejsze są teksty, przekaz - i chyba to jest główną siłą, która tę płytę spaja.

Spajają ją też historie stojące za tymi piosenkami, co zresztą sama pani podkreśla, i o tych historiach chciałam trochę pomówić. Kiedy odpaliłam "Początek nocy", bardzo pozytywne wrażenie zrobił na mnie otwierający go taneczny zestaw. Zakładając, że "Początek nocy" to - jak można było gdzieniegdzie przeczytać - zebranie w jednym miejscu wszystkich gatunków, w których do tej pory się pani poruszała, można powiedzieć, że te pierwsze numery to np. podróż sentymentalna do Japonii czy Stanów?

To jest odwołanie może nie tyle do moich pobytów w Japonii czy Stanach, ile raczej do tego, że od 20 lat gram z DJ-ami w undergroundzie. Mam tam stałe grono fanów, którzy przychodzą na live acty, z tym że tak naprawdę nigdy tej muzyki nie nagrałam. Zawsze miałam poczucie, że ta energia nocy jest ulotna i że nie da się jej zamknąć w żadne ramy, dlatego właśnie moje nagrania były zazwyczaj okołojazzowe. Ta płyta zdecydowanie jest rozliczeniowa - patrzę na niej wstecz na dwudziestoparoletnią Marię, która szalała w klubach i potrafiła nie spać dwa tygodnie (śmiech). Jest to podróż sentymentalna przede wszystkim do tych czasów, występów w takich legendarnych warszawskich klubach jak Piekarnia czy Utopia. Były to czasy fantastyczne dla muzyki klubowej w Polsce. I składam hołd i tym czasom, i tej szalonej dziewczynie, która ciągle we mnie jest i ciągle chce tańczyć.

Później robi się na "Początku nocy" już bardziej sentymentalnie, popowo. Ja zawsze mówiłam, że nie chcę pisać piosenek o miłości, bo są banalne, a wyszło tak, że wzięłam ślub i nagle poczułam, że to jednak jest ważne i trzeba o tym śpiewać. Stało się tak też przez "Sztukę kochania" - Michalina mnie tego nauczyła. Na końcu jest piosenka "Marakeczi", która stanowi taki pomost między moimi poprzednimi płytami a tą - nie byłabym sobą, gdybym wraz z pięknymi akordami Leszka Możdżera nie postawiła tego jazzowego stempelka.

Właśnie - skoro "Początek nocy" ma być kolekcją gatunków z przestrzeni pani kariery, to patrząc na pani dotychczasową twórczość, bogatą przecież w jazzowe projekty, jazzu jest tu bardzo niewiele. A jednak rozumiem, że to w pełni świadoma decyzja twórcza.

Jak najbardziej. Ja od początku wiedziałam, że nie chcę nagrywać kolejnej jazzowej płyty. Czułam, że muszę coś zmienić, że wpadam w rutynę i zapragnęłam się otworzyć na ten nowoczesny pop i inne gatunki. Pójść tam, gdzie jeszcze nie byłam. To zawsze jest duże ryzyko, bo fani przyzwyczajają się do pewnych rzeczy - najczęściej chcą dostawać to, co już słyszeli od artysty i nie zawsze są zadowoleni z jego poszukiwań, ale dla mnie poszukiwanie jest życiem. Trzeba wychodzić ze swojej strefy komfortu, nie tylko w sztuce. Trochę się bałam reakcji po tej zmianie, ale dostaję taki feedback od odbiorców, że wiem, że zrobiłam dobrze.

Zostańmy w takim razie przy tym "bezpiecznym" "Marakeczi", bo słyszałam, że za powstaniem tej piosenki kryje się historia pewnej wyjątkowej - i momentami wcale nie takiej bezpiecznej - wycieczki.

Oj, to była przepiękna podróż - pierwsza w moim życiu teatralna. Wspomniana wcześniej przeze mnie Asia Grabowiecka, świetna reżyserka i moja przyjaciółka, została zaproszona na festiwal teatralny w Maroku, ale nasze przedstawienie "Wanda" nie mogło tam pojechać z różnych powodów. Asia stwierdziła jednak, że się nie poddajemy i jedziemy. Przedstawienie w zasadzie zaczęło się kształtować w trasie - ja zajmowałam się tam oprawą muzyczną, a pojechaliśmy z trójką aktorów, scenografką Iloną Binarsch i moim mężem. Cały czas byliśmy w twórczym szale - najpierw zawitaliśmy do Marakeszu, potem do Zaghury, niesamowitego miasta na pustyni, gdzie od tysięcy lat krzyżują się kultury, a od niedawna odbywa się tam nasz docelowy festiwal teatralny.

Zjechały tam trupy z całego świata - i z Europy, i z Afryki. Mieszkaliśmy wszyscy w jednym domu, który był niczym prawdziwa wieża Babel. Spotkaliśmy niesamowicie muzykalnych ludzi, począwszy od kierowcy autobusu i naszego przewodnika. Dzięki temu, że mieliśmy ze sobą ukulele, dołączaliśmy się z graniem, do kogo tylko się dało. Samo przedstawienie zagraliśmy tylko jeden raz - po polsku, dla arabskojęzycznej publiczności, i wygraliśmy. Ich entuzjazm jest niesamowity - dosłownie nosili nas na rękach, stali przed teatrem i wiwatowali na naszą cześć. W tej glorii i chwale pojechaliśmy na pustynię na kilka dni, jeździliśmy na snowboardach po wydmach i zaskoczył nas tam deszcz, który się zdarza raz na parę lat. Dostaliśmy sygnał, że musimy uciekać, bo w naszą stronę płynie rzeka, która może nam odciąć drogę powrotu. No i faktycznie, to było jak w filmie przygodowym - zasuwaliśmy jeepem przez pustynię i widzieliśmy, jak gonią nas spienione fale. Ledwie przekroczyliśmy wyschnięte koryto i nagle mieliśmy przed sobą rwący potok, sięgający po pas. Jak się wsłuchacie w tę piosenkę, ja o tym wszystkim opowiadam - i też o naszych wizytach w domach mieszkańców, i o pięknych duchowych przeżyciach.

 

Pozwolę sobie jeszcze wrócić do początku płyty i tej omówionej już - nazwijmy to - "imprezowej sekcji". Moja przyjaciółka poddała myśl, że te numery brzmią jak świetny potencjalny dodatek do soundtracku do "Dziewczyn z Dubaju". Jest w tym ziarnko potencjału?

Na razie nie chcę mówić "tak" albo "nie". Kiedy nagrywałam płytę, jeszcze nie wiedziałam, że będę reżyserować ten film, także w ogóle nie miałam tego w planach. Obecnie do "Dziewczyn" niezależnie powstaje muzyka - ja nie jestem taką Zosią samosią, która zawsze wszystko robi sama, mamy na pokładzie świetnego kompozytora i zaczęliśmy tworzyć soundtrack, który na pewno będzie nieoczywisty.

W ostatnich miesiącach mogliśmy w mediach społecznościowych obserwować filmowe poczynania przy "Dziewczynach", gdzie ściśle współpracowała pani z Dodą - i wygląda na to, że znalazłyście wspólny język. Nie mogę nie zadać tego pytania - czy na horyzoncie skroi się między wami jakaś muzyczna współpraca?

Szczerze mówiąc, w ogóle o tym nie gadałyśmy. Pewnie to wisi w powietrzu, wszyscy o to pytają i czekają na jakieś znaki. Współpracowało nam się naprawdę fajnie; myślę, że to bardzo ciekawe, że pomimo tego, jak bardzo się różnimy temperamentem i tym, co robimy, udało nam się nawiązać taką relację. Śpiewam o tym zresztą w piosence "Zanim" - trzeba się dogadywać z ludźmi, którzy niekoniecznie myślą tak samo jak my i z różnic tworzyć siłę. Nam na pewno dało to siłę twórczą i myślę, że nasz film będzie na to świetnym przykładem. Ponieważ miałyśmy zupełnie różne spojrzenia, nasza wspólna wizja jest głębsza, dlatego z pełnym przekonaniem mówię, że nie ma co działać tylko z ludźmi myślącymi identycznie do nas. Co będzie dalej - okaże się. Myślę, że to może nie być nasz ostatni wspólny film.

Z tą współpracą mimo różnic jest trochę jak z tymi kolorami, o których wcześniej pani mówiła - boleśnie brakuje nam w Polsce takiego podejścia.

Straszny jest ten podział, który się między nami wytworzył. To bardzo przykre, że doszliśmy do takiego stanu, ale jestem pełna nadziei, że jeżeli ktoś do tego doprowadził, to znajdzie się też ktoś, kto może nas z tego wyprowadzić. Moja płyta w sporej mierze o tym jest, a dwie piosenki mówią o tych sprawach wprost - to "Niezgoda", która na pierwszy rzut oka może się wydawać piosenką miłosną, a traktuje zupełnie o czymś innym, oraz "Zanim". Nie byłabym sobą, gdybym nie komentowała wprost życia społecznego i politycznego w Polsce, i właśnie tą płytą apeluję o takie porozumienie ponad podziałami i poszukanie wspólnego języka. Wszyscy jesteśmy ludźmi i nawet kiedy mamy inne poglądy, to powinniśmy te poglądy szanować, ale przede wszystkim powinniśmy szanować swoje różnice i różnorodność. Nie ma już odwrotu od tego, że świat ciągle się zmienia. Jedyną rzeczą, która się nie zmienia, jest nieustanna zmiana. Dla nas współczesnych to sytuacja zupełnie nowa w porównaniu z tymi, którzy żyli setki lat przed nami, ale tego nie da się w żaden sposób zatrzymać - trzeba to oswoić i nauczyć się z tym żyć.

 

O oswajaniu się i wspólnym życiu, choć na poziomie bardzo intymnym i prywatnym, opowiada jeszcze jedna piosenka, którą koniecznie trzeba tu wywołać. Mowa oczywiście o romantycznym "Kocham cię".

Tak, i ona bardzo tu pasuje, bo można by stwierdzić, że odpowiedzią na wszystko jest miłość, ale mówiąc tak generalnie, w kontekście codziennym, nie jest łatwo się kochać. Jasne, że tekst tego kawałka jest bardzo osobisty, ale w przesłaniu zawiera się taka myśl, żeby tej miłości szukać dla ludzi i w ludziach, których nie do końca rozumiemy. Piękna historia jest związana z powstaniem "Kocham cię", bo skomponowałam ją jako przysięgę małżeńską na mój ślub. Wzięliśmy go z mężem po dziesięciu latach związku, mając dzieci, tak więc to był ślub dojrzały i świadomy. I zdecydowaliśmy, że chcemy sobie złożyć takie nietradycyjne przysięgi muzyczne. Nie miałam w planach dzielić się tą swoją przysięgą ze światem, bo miałam poczucie, że to jest coś tak intymnego i prywatnego, że to byłoby chyba za wiele.

Wśród towarzyszących nam tego dnia była Kayah, która na weselu złapała nawet bukiet (śmiech). Po jakimś czasie zadzwoniła do mnie i powiedziała: "Taką piękną piosenkę śpiewałaś na tym swoim ślubie - przyjdź do mnie do Meloradia, bierz ukulele i zagraj". Zgodziłam się, wzięłam udział w jej audycji i pierwszy raz zagrałam ten kawałek, co spotkało się z super odbiorem. Potem przez kilka lat graliśmy ją naszym przyjaciołom, znajomym, często rozbrzmiewała u nas w domu. Aż w końcu organizowałam koncert dla nauczycieli, zadzwoniłam do Kayah, żeby zaśpiewała, na co ona odpowiada: "Słuchaj, akurat nie mam zespołu, nie mam z kim zagrać, ale mam pomysł - chciałabym z tobą zaśpiewać tę twoją piosenkę ze ślubu". Mówię na to, że na taką propozycję przecież nie mogę się nie zgodzić, i tak się stało - zaśpiewałyśmy razem dla paru tysięcy ludzi. Miałyśmy przed oczami morze świateł, kiedy to śpiewałyśmy. To był też istotny moment społecznie i politycznie, dlatego tym bardziej wyszło z tego niesamowite przeżycie. Spłakałyśmy się obie i jak zeszłyśmy ze sceny, wiedziałam, że musimy to razem zaśpiewać. Doszło między nami do takich symbolicznych oświadczyn - zapytałam Kayah, czy zaśpiewa ze mną na płycie, ona powiedziała "tak" (śmiech). Spełniło się moje marzenie, bo kto nie marzy, żeby zaśpiewać z Kayah? 

To prawda. Nawet ja o tym marzę.

(śmiech) No właśnie. Współprace z Kayah i Leszkiem Możdżerem to dla mnie takie spełnione marzenia, ale i wynikające z przyjaźni, którą się nawzajem darzymy i z tego, że są to ludzie mi bliscy i obecni w moim życiu - to nie zostało wymyślone na potrzeby płyty. Wspaniały teledysk do "Kocham cię" zrobiła Olga Czyżykiewicz, reżyserka, której w pełni zawierzyłam - nie czytałam nawet szczegółowo scenariusza, tak bardzo nie chciałam się do niczego wtrącać. Wiem, co ona robi, więc nie miałam wątpliwości, że będzie dobrze. Byłam wtedy bardzo zajęta przez film i zupełnie nie miałam głowy do innych działań, dlatego kiedy weszłam na plan i zobaczyłam fantastyczne dziewczyny z Womanifesto, które oddały temu projektowi ciała i dusze, zaniemówiłam. Jest dla mnie ważny ten motyw kobiecej solidarności i współpracy, przesiąkniętej przesłaniem miłości - i teraz, z perspektywy czasu, oczywiście ogromnie się cieszę, że Kayah mnie namówiła do podzielenia się tą piosenką. Serdecznie wszystkim dziękuję za ten pozytywny odzew, bo teledysk świetnie się ogląda i jestem niebywale szczęśliwa, że sprawy tak się potoczyły.

 

A komu poza Kayah mogłaby pani wyznać taką gorącą muzyczną miłość? Czy ma pani w głowie nazwisko kogoś, kto ostatnio swoją twórczością podbił pani serce?

Jeśli chodzi o polskie wokalistki, marzę, żeby zaśpiewać jeszcze z Renatą Przemyk, z Kasią Nosowską, z Natalią i Pauliną Przybysz, z Natalią Kukulską, która wydała teraz przepiękną płytę, z Anią Rusowicz, z którą się przyjaźnię… Chyba powinnam zrobić osobną płytę z kobiecymi duetami, bo jest u nas tak wiele cudownych wokalistek, z którymi chciałabym się artystycznie spotkać. Jeśli natomiast mówimy o muzyce, której słuchałam, to w ostatnich latach sporo czasu spędziłam z muzyką instrumentalną, także trudno byłoby mi wymienić jakieś konkrety. Ale jedną osobą, którą kocham od zawsze i która gości u mnie stałe, jest Roisin Murphy.

Świetna jest jej nowa płyta, prawda? Odkąd wyszedł singiel "Murphy’s Law", nie mogę przestać go słuchać. Nic, tylko tańczyć.

O tak, zdecydowanie. Mam wrażenie, że idziemy podobną ścieżką, bo ona z jednej strony robi coś nowoczesnego, ale też wraca do takich brzmień, w których jest nutka tej muzyki z lat 2000. Jeśli chodzi o moje idolki, to Roisin zawsze będzie numerem jeden. Super jest to, że przy jej piosenkach tańczysz, ale też myślisz - o mnie też ktoś kiedyś powiedział, że uprawiam "filozoficzny dance" i coś w tym jest. Taką piosenką jest na przykład "Stracić nadzieję", bo to właściwie wariacja na temat tekstu XVIII-wiecznego filozofa, rabina Nachmana z Bracławia.

Wracam też tu do "Piosenki o sprzątaniu", która chodziła za mną latami. Nie jestem pedantką, która walczy z tym chaosem wokół siebie, ale czytałam nawet, że kobietom z wiekiem rośnie poziom kortyzolu, kiedy są otoczone bałaganem (śmiech). To jest jakiś symbol naszego dążenia do perfekcji, która jest niemożliwa w momencie, kiedy masz dwójkę dzieci, pracę zawodową, a świat jeszcze od ciebie wymaga, żebyś była piękna, chuda, wiecznie młoda i ubrana według trendów. A do tego wszystkiego masz "być sobą". Chciałam napisać o tym piosenkę co najmniej od dwóch płyt, ale zawsze wychodziły mi jakieś banały i nie szło mi absolutnie, aż tu bum - nagle do ciebie przychodzi. Przy jednym sprzątaniu, po wizycie koleżanek mojej córki, kiedy dom wyglądał, jakby trzy bomby wybuchły, usiadłam na łóżku i nagle napisałam dziesięć zwrotek. Wybrałam z nich cztery i tak powstały właśnie "Tysiące rzeczy, czyli piosenka o sprzątaniu" - okazuje się, że to ulubiona piosenka wielu moich koleżanek. 

 

Przyznam szczerze, że i mi po głowie ciągle chodzi ten refren: "Bo tysiące, tysiące rzeczy mają ciągle nade mną władzę…". Sporo w tym prawdy, bo nieustannie i zupełnie niepostrzeżenie gromadzimy kolejne przedmioty, a ogarnąć to wszystko coraz trudniej.

Dokładnie, ten numer jest też o materializmie i konsumpcjonizmie, których wszyscy jesteśmy niewolnikami. Nie jest łatwo się z tego kręgu wyrwać - ja przyznaję, że mi się to nie udaje.

W ogóle nie jest łatwo połapać ten ciągle zmieniający się świat i zlepić go jakoś w swojej głowie w jedno, i - jak mówiła pani wcześniej - być w nim sobą, bo jak to zrobić, kiedy świat ma na nas tak wiele wizji. Ostatecznie musimy chyba wychodzić od wspomnianej już nadziei, że będzie dobrze - w końcu "stracić nadzieję to tak, jak utracić wolność".

I to jest moje główne przesłanie na ten dosyć ciemny czas, i ten początek nocy, który na nas nadszedł. Ale, tak jak śpiewam w pierwszych linijkach, "ostatnia taka noc, jutro będzie cieplej".

Za nami pierwsze fajerwerki, nowa płyta trafiła do słuchaczy - co dalej się kroi w kalendarzu wiecznie zabieganej Marii Sadowskiej?

Na pewno idziemy twardo z grafikiem "Dziewczyn z Dubaju". Premiera jest przewidziana na styczeń, a przed nami mnóstwo pracy; na ten moment jesteśmy w połowie montażu i dopiero finalnie go rzeźbimy, więc wiele mamy jeszcze do zrobienia. Najwięcej myślę o koncertach i ubolewam nad tym, że na razie nie możemy ich grać. Mam taki pomysł, żeby wziąć moje ukulele i urządzać domowe koncerty. Zacznę od moich przyjaciół, a potem będziemy losować kolejne osoby w sieci spośród naszych fanów. Liczę niemniej na to, że wiosną i latem zobaczymy się na salach i w klubach, że wspólnie potańczymy, trochę popłaczemy. Są też kolejne plany filmowe, ale nie chcę o nich mówić, żeby nie zapeszać w tych niepewnych czasach. Chciałabym też wreszcie trochę odpocząć, bo mnóstwo osób miało ten moment zatrzymania, a mnie to ominęło. Marzy mi się chwila oddechu, ale na razie nie wiadomo, kiedy to nastąpi (śmiech).