Arkadiusz Jakubik: Dziś najbardziej boję się, że ktoś, tak jak w "Królu", wyciągnie broń, zacznie strzelać i będą ofiary

Zagrał m.in. w "Drogówce", "Jestem mordercą", "Klerze" czy "Cichej nocy" oraz w ekranizacji powieści Szczepana Twardocha "Król". Arkadiusz Jakubik realizuje się także muzycznie i z zespołem Dr Misio wydał niedawno płytę "Strach XXI wieku". Rozmawiamy o filmach, o muzyce, ale przede wszystkim o Polsce.

Marta Korycka: Co określiłby pan dzisiaj swoim osobistym największym strachem XXI wieku?

Arkadiusz Jakubik: Mam wrażenie, że w ostatnim czasie ten strach cały czas się u mnie zmienia. Pandemia dopisała nieoczekiwaną pointę do płyty “Strach XXI wieku” - z całą mocą podkreślam, że Dr Misio nie chce zabierać pracy wróżbicie Maciejowi, nasz album z pandemią nie miał nic wspólnego. Prace nad nim zakończyliśmy pod koniec 2019 roku, kiedy nikt nie przypuszczał, jak będzie wyglądać rok 2020 i że ten świat się nagle zatrzyma. Kiedy pandemia się zaczęła i dopisała nową perspektywę, przez jaką odbierane są piosenki z tej płyty, ja zacząłem się najbardziej obawiać ludzkiej głupoty w kontekście tego, co się dzieje w mediach, głupoty związanej z wszystkimi absurdalnymi teoriami spiskowymi, które nagle zaczęły nas atakować z każdej strony. Ale, co gorsza, zaczęły być przez media brane całkiem na poważnie, weszły do poważnej, mainstreamowej dyskusji - to jakiś totalny absurd. Wiadomo, że media karmią się emocjami, zwłaszcza ekstremalnymi, przez co eksponują takie bzdury. Ale po ostatnim Marszu Niepodległości pojawił się u mnie chyba taki najpoważniejszy strach, że za chwilę to się wszystko może wymknąć spod kontroli - jeżeli w ogóle może być mowa o jakiejkolwiek kontroli tych bandytów, którzy przejęli Marsz Niepodległości, szukają zadym i atakują bezbronnych ludzi.

Ciekawe jest to, że te same obrazy można zobaczyć teraz w historycznym serialu “Król”, gdzie w pierwszym odcinku mamy lustrzane odbicie tego, co się dzieje dziś w Polsce - te wszystkie kontrmanifestacje, które zioną do siebie nienawiścią i agresją, i to, czego najbardziej się boję to to, że ktoś, tak jak w “Królu”, wyciągnie broń, zacznie strzelać i będą ofiary.

Zobacz wideo Nowy serial na podstawie powieści Szczepana Twardocha. "Król" [ZWIASTUN]

11 listopada spędziłam w lesie z dziećmi. Kiedy wsiedliśmy do samochodu, odpaliłam internet i pojawiła się w mojej głowie myśl: “Przecież my mamy przyklejoną na szybie flagę tęczową i piorun”. I to pytanie, czy jak wrócimy do domu, zastaniemy wszystko tak, jak zostawiliśmy.

Jestem osobą, która nadal wierzy - a może już “wierzyła” - że cały czas trzeba szukać na takim poziomie rodzinnym, przyjacielskim, wśród najbliższych nam osób, które mają inne poglądy, możliwości porozumienia, szukać rozmowy. Jednak z tymi ludźmi, którzy biją kobiety na ulicach, podpalają mieszkania, dyskusji nie ma. Ta eskalacja przemocy, której jesteśmy świadkami, brak reakcji na to prawej strony, trochę mi odbiera argumenty do przekonywania siebie samego i wszystkich, że jednak warto rozmawiać. Dziś może to brzmieć trochę niezręcznie, ale cały czas mam resztki nadziei, że kiedy opadną emocje, to ja dalej z uporem koziorożca będę próbował słuchać drugiej strony, jednocześnie walcząc o prawo do wolności mojej osoby i wyznawania swoich poglądów.

No właśnie, miejsca na dyskusję z przynajmniej częścią ludzi, o których pan wspomina, nie ma też dlatego, że takie, a nie inne czyny rozumieją jako patriotyczne. Co "patriotyzm" znaczy dziś dla pana?

Mimo tego, że to jest ostatnimi czasy bardzo wyświechtane, zdeprecjonowane słowo, którego się boimy i wstydzimy używać, ja mówię śmiało i głośno, tak - jestem patriotą. Jestem Polakiem, jak mówi klasyk - mówię i myślę po polsku, w tym kraju jestem wychowany. Mimo tego, że w kraju nie dzieje się najlepiej, powinniśmy mieszkać w Polsce, kształcić się tu, ciężko pracować i rozwijać swoje talenty, żeby ten kraj zmieniać, budować. W tym sensie nie jestem Europejczykiem, bo chciałbym, żeby moi synowie myśleli podobnie. Oni wiedzą, że nie jestem zwolennikiem wyjazdów za granicę za atrakcyjną pracą - bo kto będzie, do cholery, zmieniał tę Polskę, jeśli wyjadą stąd ci najzdolniejsi ludzie? Oczywiście moi synowie są dorośli i jako ojciec zaakceptuję każdą ich decyzję i będę ich wspierał, ale oni wiedzą, że ich staremu nie byłoby do końca dobrze z tym, gdyby mieli wyjechać z Polski.

A z drugiej strony pamiętam, jak w euforyczny sposób manifestowałem swój patriotyzm przez cały 2018 rok na koncertach Dr Misio, kiedy wszyscy Polacy świętowali 100-lecie odzyskania niepodległości. Nagraliśmy cover numeru Big Cyc pt. "Polacy", który ma prawie 40 lat, a dzisiaj jest - tak jak zresztą większość piosenek z lat 80. - niebywale aktualny. Pamiętam, że zawsze, jak na koncercie graliśmy ten kawałek, uderzałem w poważne tony i zawsze go zapowiadałem, mówiąc do publiczności, że mam głęboko w dupie to, kto ma jakie poglądy polityczne i jaką religię wyznaje. Dla mnie najważniejsze jest to, że wszyscy tu na koncercie jesteśmy Polakami. Że dla mnie być Polakiem brzmi dumnie - nie durnie, tylko dumnie, i jestem szczęśliwy, że tym Polakiem jestem. W trakcie długiego intra zawsze robiła się taka podniosła chwila z pochodem gitary basowej Mario Matyska, gitarzysta Paweł Derentowicz grał gdzieś w tle frazę hymnu polskiego, i tak się bardzo, bardzo poważnie wtedy na koncercie robiło. Patriotycznie. A ludzie byli poruszeni i całą tę piosenkę z nami śpiewali, bo myślę, że czuli to samo. Pointa jest taka, że ostatni raz ten numer zagraliśmy w styczniu 2019 roku na WOŚP-ie przed Pałacem Kultury - i to à propos tych strachów, o których rozmawialiśmy wcześniej - pamiętam, że kiedy słyszałem ten hymn grany na gitarze przez Pawła, kątem oka zobaczyłem, że ludzie zaczynają wyciągać telefony i coś nerwowo na nich sprawdzać. To był moment, kiedy wydarzyła się tragedia w Gdańsku i dokonano zamachu na prezydenta Adamowicza. Dowiedzieliśmy się o tym, już schodząc ze sceny.

I dzień później, 14 stycznia rano, przyszła informacja o śmierci prezydenta, a zaraz potem była premiera naszego teledysku do piosenki “Zmartwychwstaniemy”. Teledysku nakręconego kilka miesięcy wcześniej, z premierą ustaloną z dużym wyprzedzeniem, teledysku wymierzonego przeciwko polskiej nienawiści, pokazującego, że mimo różnic można i warto ze sobą rozmawiać. Tego dnia skończyłem 50 lat i to była dla mnie cezura. Wtedy poczułem, że muszę o tej nienawiści napisać piosenkę. Nosi ona tytuł "Chcesz się bać" i powstała jako ostatni numer na album "Strach XXI wieku". Nie zapomnę tego 14 stycznia do końca życia.

 

Z piosenek na "Strachu XXI wieku" przebija gorzka prawda i odwaga w mówieniu rzeczy, których ludzie albo się boją powiedzieć wprost, albo gdzieś to wszystko umyka choćby w gąszczu fake newsów czy pudrowanej rzeczywistości. Pan mimo tych przeciwności stara się przypominać, że prawda cały czas gdzieś jest i jeszcze nie zginęła.

Prawda jest czymś fundamentalnym, po prostu. Natomiast to, czy ona istnieje i czym dzisiaj jest, to jest zupełnie inna sprawa. Myślę sobie, że to jest tak, że ja opowiadam w tych piosenkach o swojej prawdzie, o tym, co czuję, co mnie porusza, martwi, smuci, dołuje, czasem rozśmiesza, a najważniejsza jest w tym wszystkim szczerość, bo widz ma ucho do kłamstwa i zawsze fałsz wyłapie. A to, że przy okazji właściwie każdej płyty, bo one się zmieniają razem z moim PESEL-em, robię sobie coś w rodzaju kanapki psychoanalitycznej, biorąc na warsztat różnego rodzaju natręctwa, lęki i fobie, których mam bez liku, i przez przepracowanie ich w formie tekstów piosenek, których jestem autorem czy współautorem, czy tych napisanych przez Krzyśka Vargę, próbuję te wszystkie strachy oswoić, zaprzyjaźnić się z nimi, po prostu dać sobie z nimi radę. Raz w żartach zapytałem dobrego znajomego, który jest psychologiem, czy przyjąłby mnie do siebie na taką kanapkę. On mi na to: Stary, ty sobie na każdym koncercie robisz taką kanapkę psychoanalityczną, że jesteś czysty, psychologa ci nie potrzeba - to jest twoja terapia. Na płycie “Strach XXI wieku” również sobie taką terapię zafundowałem, przy czym elementem tej terapii były też podróże sentymentalne do lat 80., czasów młodości, bo bardzo lubię czasami zakładać krótkie chłopackie spodenki i hołubić tego naiwnego, 20-letniego gówniarza, który siedzi gdzieś tam jeszcze we mnie, odkrywa świat, odkrywa muzykę i szuka swojej tożsamości. Nie chciałbym tego chłopaka w sobie zgubić.

Jedną z piosenek, w których właśnie na taką podróż sentymentalną się pan udaje, jest "Czy pamiętasz" - mój ulubiony kawałek z nowej płyty. Śpiewa pan i o piciu taniego wina, o kochaniu "brzydkich" dziewczyn, ale też o rozczarowaniu dorosłością. W którym momencie tę dorosłość udało się panu oswoić?

Wydaje mi się, że dopiero kilka lat temu. Jasne, że dorosły stałem się w momencie, kiedy wyprowadziłem się z domu i zacząłem samodzielne życie - a było to dość dawno, bo po maturze zdałem do szkoły teatralnej we Wrocławiu i od tej pory już do mieszkania z mamą i bratem nie wróciłem. Ale taki spokój, dziwną równowagę poczułem, kiedy pięć lat temu za namową mamy sprowadziłem prochy mojego taty z rodzinnych Strzelec Opolskich na cmentarz w mojej okolicy, a mieszkam na wsi pod Warszawą. Miałem wtedy wrażenie, że świat mojej najbliższej rodziny funkcjonuje w końcu w jednej czasoprzestrzeni. Ten, jak ja to nazywam, pociąg repatriantów, gdzie najpierw moi dziadkowie uciekali przed Ukraińcami spod Lwowa i Stryja, potem wysiedli z tego pociągu w Gliwicach, gdzie z kolei urodzili się moi rodzice. Oni natomiast wsiedli do kolejnego pociągu, wylądowali na Opolszczyźnie. Ja pojechałem pociągiem do Wrocławia i Warszawy. A potem dla mnie najważniejsze momenty były wtedy, kiedy mój brat przeprowadził się do Warszawy, a ja ściągnąłem tu moją mamę. Mieszkamy rzut beretem i znowu jesteśmy blisko siebie, co było i jest dla mnie rzeczą najważniejszą. Tylko gdzieś tam został ten grób mojego taty. No i w końcu jest razem z nami. Czasem wpadam do niego na cmentarz, żeby pogadać.

Mieliśmy zabawną sytuację związaną z zakupem kwatery na cmentarzu. Ksiądz przeczytał wywiad, którego udzieliłem "Gazecie Wyborczej", gdzie powiedziałem, że Jan Paweł II jest odpowiedzialny za systemowe zamiatanie pedofilii w kościele pod dywan. Kiedy dowiedział się, że moja mama stara się o pochówek dla mojego ojca, bardzo spostponował moją mamę i wymyślił jakąś zaporową cenę. Nie ukrywam, że się wściekłem - wyjąłem wszystkie pieniądze z konta i za tę zaporową cenę kwaterę zakupiłem. I wtedy zarządca cmentarza mówi do mnie: "Panie Arku, a ile pan tam zapłacił, bo słyszałem, że ostro pan przepłacił u księdza proboszcza". Podałem cenę, na co on użył wyrazu nieparlamentarnego i mówi: "Ja bym panu radził, żeby pan tu sobie zrobił pięterko dla pana i żony. Pan tu już kwatery dla siebie raczej nie kupisz, a jak ja panu teraz tego nie dobuduję, to jak się pan za parę lat zdecyduje, będzie za późno". No więc przychodzę do żony i zaczynam: "Powiedz mi... Co ty na to gdybyśmy sobie pięterko nad ojcem wybudowali?". Wytłumaczyłem, w czym rzecz, obśmialiśmy to i uznaliśmy, że robimy sobie pięterko. I w tym chyba momencie, w którym znalazłem swoje miejsce na tym cmentarzu, poczułem się spełnionym facetem - ogarnął mnie jakiś spokój, taka myśl, że wszystko to, co najważniejsze już mam.

Skoro został wywołany wywiad dotyczący Jana Pawła II, przyznam, że miałam przygotowane pytanie dotyczące tej niesławnej listy "niebezpiecznych Żydów w Polsce" na której pana po tej rozmowie umieszczono, ale w kontekście ostatnich wydarzeń i dokumentu o kardynale Dziwiszu, wyjątkowo ciężko się do takich rzeczy wraca…

W końcu dzięki papieżowi Franciszkowi Watykan przyznał, że Jan Paweł II był świadomy tego procederu i miał udział w tuszowaniu afer pedofilskich. Może jednak nie był on tak krystalicznie czystą postacią, jak nam wmawiano przez lata.

 

W naszym narodzie nadal chyba tkwią - przynajmniej po części - takie przekonania, jak np. to, że Matka Boska była Polką. To zdanie pojawia się na płycie Dr Misio obok innych, wspomnianych już zresztą wcześniej, teorii spiskowych. Dementował pan już chyba plotki, że jest reptilianinem, więc zostawię ten wątek i zapytam, czy nie ma nawet jednej teorii spiskowej, która przynajmniej w jakimś stopniu by pana przekonała.

Jest taka jedna teoria, która mnie bardzo rozbawiła i przez chwilę pomyślałem, że może fajnie by było, gdyby była prawdą. Ale warunkiem tego mojego zainteresowania jest to, że musiałbym mieć dostęp do tych narzędzi, którymi najbogatsi miliarderzy, z Billem Gatesem na czele, rzekomo doprowadzili do pandemii, żeby wraz ze szczepionką wprowadzić nam do krwioobiegów nanochipy, dzięki którym w każdej chwili pan Bill Gates, siedząc sobie przed laptopem, naciska spację i może kogoś z nas wyłączyć. Bardzo bym chciał mieć taki algorytm w swoim komputerze, bo patrząc na to, co się dzieje dzisiaj w tym kraju, parę osób momentami mam ochotę dezaktywować, przynajmniej na jakiś czas (śmiech). W teorię, że wystarczy "cyk", żeby jednego pana wyłączyć z funkcjonowania, nawet chętnie bym uwierzył.

Jestem ciekawa, czy zgodzi się pan z moją małą teorią, choć może niekoniecznie jest ona spiskowa. Odnoszę od kilku lat wrażenie, że przez to wszystko, co się teraz dzieje, przez to, że jesteśmy bombardowani informacjami i żyjemy tak szybko, coraz częściej padamy w objęcia nostalgii, której na nowej płycie Dr Misio też nie brakuje, bo czasem tak jest łatwiej, niż żyć tym, co tu i teraz. Może to mechanizm obronny przed tym strasznym XXI wiekiem?

Ja już kilka lat temu podjąłem decyzję, że czas najwyższy na wewnętrzną emigrację, tzn. przestałem czytać w gazetach części poświęcone polityce, bo uznałem, że szkoda czasu i nerwów. Skupiam się tylko na rubrykach związanych z kulturą, obyczajowością, sportem, i myślę, że to mi bardzo pomogło. Tak jak pani powiedziała - ilość tych informacji, które są oczywiście dobierane pod kątem widza, żeby go jak najcelniej zaatakować i namieszać w głowie, zaczęła mi przeszkadzać. Nie potrafiłem znaleźć sposobu na ich odpowiednie filtrowanie i postanowiłem przestać na bieżąco śledzić wydarzenia polityczne. Dzięki temu zyskałem więcej czasu dla swojej rodziny, na swoje różne twórcze aktywności… Mojemu zdrowiu psychicznemu wyszło to na ogromny plus. Ale na takie sytuacje, jak te podczas Marszu Niepodległości, nie umiem pozostawać bierny i tego nie oglądać.

 

A co dla pana jest odskocznią od rzeczywistości? Wskazałby pan swój prywatny środek doraźny na te wszystkie, zdawałoby się, wszechogarniające strachy? Jakiś utwór, może film, serial, które są dobre zawsze w takiej sytuacji?

Wszystkie moje przestrzenie aktywności twórczej to moja odskocznia, azyl. Tak jak mówił jeden z moich ulubionych reżyserów, Lars von Trier, że: „Proces twórczy to jest najlepszy sposób na skonfrontowanie się ze swoimi lękami. Wystarczy spojrzeć na Ingmara Bergmana czy Woody Allena.” Szkoda, że nie umieścił tam siebie. (śmiech) Ilość jego natręctw stawia go raczej w pierwszym rzędzie twórców, którzy mają z czym walczyć. Dla mnie to się sprawdza - świat tworzenia to taki mój Eden, do którego mogę uciec od tych wszystkich bodźców, atakujących zewsząd. Z drugiej strony chyba jestem po prostu pracoholikiem i bardzo jestem szczęśliwy, kiedy mogę czymś zaabsorbować swoją głowę - ale czymś takim, co jakąś czułą strunę moją porusza, gdzie mam przy okazji coś swojego do przerobienia, do nazwania.

A jeżeli pyta mnie pani o odskocznię, to bardzo we mnie uderzyło zamknięcie kin - jestem miłośnikiem kinowych seansów i minimum raz w tygodniu, a w miarę sposobności częściej, musiałem usiąść w kinie, bo to dla mnie najlepsze lekarstwo. Choćbym był najbardziej sfrustrowany, zestresowany, w największym dole, kiedy gasną światła na sali kinowej, a ja mogę przenieść się do innego świata, wejść w czyjeś emocje, po wyjściu z kina jestem zdrową osobą. Telewizja czy portale streamingowe tak nie działają - kino ma w sobie magię i nic tej ciemnej sali kinowej nie zastąpi. Inną rzeczą, przy której odpoczywam, jest sport - cieszę się, że jeszcze daję radę, bo oprócz mojego biegania z młodszym synem gramy, a przynajmniej graliśmy, bo pandemia, w squasha, badmintona, tenisa ziemnego i tenisa stołowego. Czasami zbieraliśmy to wszystko razem i powstawał racketlon - graliśmy wtedy po kolei w te cztery dyscypliny, które notabene są bardzo fizycznie absorbujące, ale dawałem radę. Wprawdzie ostatnio już generalnie przegrywałem, PESEL jest nieubłagany, ale w tenisa stołowego młodszy syn wciąż nie ma szans (śmiech).

No to jak już o kinie mowa, pomówmy jeszcze o tym, co na ekranie, choć nadal w muzycznym świecie. Nie próbowałam nawet zliczyć wspólnych projektów pana i Wojciecha Smarzowskiego, bo nieustannie ciągnie was do siebie - wspominam o tym oczywiście w kontekście teledysku Dr Misio "Strach XXI wieku", który Smarzowski wyreżyserował. Co ten wasz duet tak mocno spaja?

Bardzo podobny rodzaj wrażliwości, podobna energia, zaufanie do siebie. Dobrze, bezpiecznie czujemy się w swoim towarzystwie - myślę, że dlatego właśnie udaje nam się od tylu lat wspólnie funkcjonować. Czasem wydaje mi się, że Wojtek chce współpracować nie z aktorami, nie z operatorami, nie ze scenografami, tylko z ludźmi. Nie z przedstawicielami konkretnych zawodów, ale z takimi osobami, które mają podobny system wartości.

Nowy singiel Dr Misio, teledysk Smarzowskiego. Arkadiusz Jakubik: To głównie zbiór naszych histerii i lęków >>

Dr MisioDr Misio Lotta Slodkowska

Jan P. Matuszyński powiedział, że gdyby Szczepan Twardoch uznał "Króla" za dzieło idealne, to on nie podjąłby się pracy przy nim, bo dla niego wartość autorskiego wkładu ma znaczenie. Nawiązując trochę do Smarzowskiego i do pańskich ról u niego, ale też do "Króla" - jak na planie, który rządzi się swoimi prawami, przemyca pan do swoich ról autorskość?

Miałem okazję pracować z naprawdę różnymi reżyserami - obok Smarzowskiego czy Matuszyńskiego bardzo sobie cenię bliską współpracę z Maćkiem Pieprzycą, z którym zrobiliśmy "Chce się żyć" i "Jestem mordercą", z Leszkiem Dawidem, z którym zrobiliśmy "Jestem bogiem" i to były dla mnie niezwykle ważne filmy, czy z najgłośniejszym debiutantem ostatnich lat, czyli Piotrkiem Domalewskim, którego "Cicha noc" zdobyła wszystkie możliwe nagrody w tym kraju. Przy okazji ogromnie polecam wszystkim jego ostatni film, który nie wiedzieć czemu niezauważony przemknął przez kina, a Piotrek dostał z nim ostatnio zaproszenie na festiwal w San Sebastian - to film "Jak najdalej stąd", równie mocny i dobry jak debiut Piotrka.

Wracając do tematu - kiedy współpracuję z różnymi reżyserami, mam taką żelazną zasadę, że znam swoje miejsce w szeregu, żeby broń Boże, w żadnym momencie nie próbować wchodzić w buty reżysera. Żeby absolutnie nie sugerować żadnych rozwiązań albo, mówiąc inaczej, nie zajmować bez pytania stanowiska w sprawach, które nie należą do mojej aktorskiej roboty. Skupiam się tylko i wyłącznie na mojej postaci, na emocjach, na relacjach pomiędzy postaciami, na motywacjach mojego bohatera. Myślę, że takie podejście ma sens - i jasne, zdarza się, że koledzy reżyserzy pytają mnie o moją opinię, zwłaszcza w trakcie prac nad scenariuszem, i wtedy odpowiadam. Niemniej tak jak powtarzam, zaproszony jako aktor, nie mieszam się nigdy, pod żadnym pozorem w reżyserską działkę.

Nie mogłabym tak po prostu zostawić "Króla", bo jest o tym serialu teraz naprawdę głośno - widziałam dwa pierwsze odcinki i jeżeli dalej będzie tak, to naprawdę rewelacja. Muszę panu bardzo pogratulować, bo pana rola jest fantastyczna. Jestem ciekawa, szczególnie w kontekście wspomnianej już aktualności "Króla", co najbardziej chce pan przekazać widzom poprzez postać Kuma Kaplicy.

W wersji powieściowej Kum Kaplica jest postacią zdecydowanie mroczniejszą. A mnie bardzo zależało mi na tym, żeby widz empatycznie gdzieś podążał za tym Kaplicą i żeby trochę… może nie oszukać, nie omamić, tylko zagarnąć tego widza ze sobą, żeby on kibicował Kumowi. Ale potem, żeby tę empatię widza wystawić na poważną próbę, ponieważ Kum Kaplica ma kilka mrocznych sekretów, co postawi widza przed dylematem - czy ja tego Kuma jednak lubię, czy się brzydzę?

Z jednej strony - król warszawskiej ulicy, Robin Hood, który potrafi pochylić się nad biedniejszą częścią Warszawy, nakarmić, napoić, pomóc potrzebującym, ale z drugiej strony jednak morderca, gangster, który nie ma skrupułów, żeby wydać rozkaz poćwiartowania kogoś. Bardzo chciałem, żeby ta postać nie była papierowa i czarno-biała, ale niejednoznaczna, i żeby widz miał problem ze zdefiniowaniem swoich emocji wobec tej postaci. To ta odbywająca się w nas samych odwieczna walka dobra ze złem - chciałem, żeby ona była punktem wyjścia do serialowego Kuma Kaplicy.

"KRÓL". Na taki polski serial czekaliśmy od lat. Matuszyńskiemu udała się rzadka sztuka [RECENZJA] >>

Patrząc z perspektywy czasu, musi pan to przyznać w całej swojej skromności, że tych ról ważnych i dla pana, i dla kina w ogóle, jest w pana życiorysie dużo. Gdyby miał pan wybrać taką najbliższą pana sercu, która rola by to była?

To byłaby rola, którą dopiero zagram. Nie chciałbym ustawiać jakiegoś podium i przyznawać punktów postaciom, które mają moją twarz. Faktycznie, mam to szczęście, że przyciągam do siebie telefony z ciekawymi propozycjami. Ale był taki czas, kiedy telefon przez lata nie dzwonił, kiedy chciałem rezygnować z zawodu, także wiem, co oznacza bezrobocie i narastająca frustracja, że się do niczego nie nadaję i że to nie jest zawód dla mnie. Być może dlatego mam absolutną pokorę wobec tego zawodu i być może też dlatego, nauczony takimi doświadczeniami, na każdą rolę rzucam się na tysiąc procent. Czasami dziwnie na mnie patrzą koledzy z planu, czy to techniczni, czy aktorzy, że zamiast opowiadać anegdoty, ja na tym planie jestem gdzieś z boku, bo cały czas staram się tego mojego bohatera podsycać, być z nim, rozmawiać, generować strumień świadomości, który w mojej głowie funkcjonuje. Jestem przekonany, że jeśli wytworzymy w głowie emocjonalny świat bohatera i bardzo intensywny monolog wewnętrzny, reszta idzie za głową. Ta najważniejsza rola ciągle jest przede mną. Wrócę do tego swojego gówniarza w krótkich spodenkach, który może jest naiwny, ale to, czego nie można mu odmówić, to to, że cały czas jest mu mało. Cały czas szuka siebie. W wieku lat pięćdziesięciu zadaję sobie ciągle podobne pytania co on, i nie chcę zgubić potrzeby ciągłego, nieustającego szukania. Jeśli, nie daj Boże, któregoś dnia pomyślę: "faktycznie, wow, dobry z ciebie aktor, te Orły, te festiwale, to jest coś", to wtedy czas pakować walizkę i zejść ze sceny, jak mówi klasyk, niepokonanym.

Ja też w jakimś sensie muszę sobie te kolejne role i aktorstwo jednak dawkować. Zdarza mi się, oczywiście, odmawiać różnych propozycji. A propos tych ważnych ról, bo czasem takie role się gra jednego roku, pamiętam taką sytuację trzy lata temu - nagle zobaczyłem, że w ciągu półrocza pięć filmów z moim udziałem miało premiery w kinach. Kończyłem właśnie bardzo trudną emocjonalnie rolę w filmie "Kler" i zdarzyło mi się coś takiego po raz pierwszy, że poczułem się zmęczony, wypalony. Nie miałem siły, napędu, żeby rzucać się na te postaci tak jak zawsze, więc zrobiłem sobie przerwę. Konsekwentnie przez cały 2018 rok nie wszedłem ani razu na plan filmowy i mogłem się skupić na muzyce, na solowym albumie "Szatan na Kabatach". Ta przerwa mi bardzo dobrze zwłaszcza na głowę zrobiła i pod koniec tego 2018 roku bardzo się ucieszyłem, kiedy zadzwonił Leszek Bodzak z propozycją, żeby zagrać Kuma Kaplicę w "Królu".

Arkadiusz Jakubik w scenie z filmu 'Kler'  Wojciecha Smarzowskiego z 2018 r. Film pokazujący nadużycia w polskim kościele już w pierwszy weekend po wejściu do kina obejrzało blisko milion widzówArkadiusz Jakubik w scenie z filmu 'Kler' Wojciecha Smarzowskiego z 2018 r. Film pokazujący nadużycia w polskim kościele już w pierwszy weekend po wejściu do kina obejrzało blisko milion widzów Fot. Bartosz Mrozowski

Czas biegnie jak szalony, zaraz skończy się ten dziwny rok 2020, a pan na płycie śpiewa, że "przyszłość jest coraz bliżej, już prawie nadeszła". Wracam do muzyki, bo w jednym z wywiadów wspominał pan, że pana pierwszą idolką była Kora, i proszę bardzo - zaledwie kilka dni temu dowiedziałam się, że właśnie powstał jej hologram, który być może ruszy w trasę koncertową. Zaśpiewałby pan z nim w duecie?

Ciekawe… Boję się, że tak może wyglądać świat koncertowy za chwilę, że na scenie będą grały tylko hologramy. Na dziś, przez szacunek i atencję wobec Kory, bo takie hologramowe medium jest mi bardzo obce, to z niczyim hologramem nie chciałbym występować. Dla mnie – tak jak rozmawialiśmy - najważniejsze jest spotkanie z żywym człowiekiem. Najbardziej chyba żałuję, że nie udało mi się zagrać wspólnych koncertów z Robertem Brylewskim, na które byliśmy umówieni kilka lat temu. Robert był na koncercie mojego ekscentrycznego duetu z Olafem Deriglasoffem "40 przebojów", gdzie graliśmy "anty-przeboje", które trwały od kilkunastu sekund do niespełna minuty, zachwycił się i zgodził, że zagra z nami na gitarze. Zabrakło mi pewnie cierpliwości i konsekwencji, żeby doprowadzić do wspólnych prób i wspólnej trasy. Bardzo żałuję. Ale nawet gdyby taka możliwość się dziś pojawiła, ten technologiczny, hologramowy świat, to nie jest mój świat. Mam nadzieję, że nie dożyję czasów, kiedy żywych ludzi na scenie zastąpią hologramy.

Rozmawiamy w chwili, kiedy znowu są zamknięte kina, teatry. Filmy na razie można kręcić, ale kto wie - być może znowu dążymy do pełnego lockdownu. W jednej z piosenek Dr Misio jest taki cytat: "Czy ktoś mi powie, jak się można nie bać?". Widzi pan dla nas mimo wszystko chociażby promyk nadziei?

Nie wiem jak się można nie bać. Cały czas pracuję nad tym (śmiech). Na tej płycie jest również piosenka "Koniec lata". "Ja mam za sobą wszystkie już wojny zwycięstwa i porażki/Ja mam za sobą wszystkie rozejmy/Niech pokój wieczny będzie w mym domu". To jest dla mnie baza, fundament. Żebyśmy znaleźli spokój, szczęście, harmonię w swoich domach, z najbliższymi. Żeby skupić się na tych najistotniejszych rzeczach. A to wszystko, co wydaje się nam ważne - nasze ambicje, praca, zarabianie pieniędzy - tak naprawdę nie mają żadnego znaczenia. Trzeba się skupić na rzeczach najprostszych, ale najważniejszych - i tego życzyłbym sobie, pani i nam wszystkim. Żebyśmy mieli święty spokój w naszych domach.