Lanberry: Całe życie słyszałam od ludzi dookoła, że to, co chcę robić, nie jest normalne [WYWIAD]

Lanberry w październiku pokazała światu (co najmniej jedną) nową twarz na płycie "Co gryzie Panią L?". Dominującą do tej pory w swojej twórczości elektronikę postawiła teraz obok rozmaitych odcieni popu, zaś w teksty wlała kilka lat ogromnych życiowych zmian. Rozmawiamy m.in. o clickbaitach i emocjach, o dotacjach dla artystów, muzycznych podziałach, a także o psychoterapii i ciężkiej pracy nad własną wewnętrzną rewolucją.

Lanberry z piosenką "Plan awaryjny" zdobyła nagrodę jury podczas koncertu "Premiery" na tegorocznym festiwalu w Opolu. Zaczynała, prowadząc kanał na YouTube, a ziś odnosi sukcesy i pisze hity nie tylko dla siebie. Na jej koncie jest np. kilka nominacji do nagród Fryderyki i dwie zwycięskie piosenki w Eurowizji Junior, które współtworzyła dla Roksany Węgiel i Viki Gabor. Możecie znać Lanberry z takich hitów jak "Piątek", "Ostatni most" czy "Gotowi na wszystko" z zespołem Feel. Wraz z płytą "Co gryzie Panią L?" artystka zaczyna nowy rozdział.

Zobacz wideo Polska na Eurowizji. Przypominamy najciekawsze występy [Popkultura Extra]

Lanberry: Wolność jest dla mnie podstawową wartością w życiu

Maja Piskadło: Artur Rawicz w rozmowie z tobą zapytał, czy wiesz, że każdy wywiad będzie się zaczynał od pytania, co cię gryzie. Jeśli pozwolisz, zacznijmy inaczej: dlaczego brzoskwinia?

Lanberry: (śmiech) Faktycznie, to jeden z nielicznych przypadków, w których nie zaczynamy wywiadu od wspomnianego przez ciebie pytania. Dlaczego brzoskwinia? Jestem fanatyczką owoców, więc szukając motywu na okładkę, w końcu stwierdziłam: "dobra, to będę mieć motyw owocowy". Brzoskwinię lubię też za jej dwuznaczność, ale w taki niedookreślony sposób. By trochę sprowokować odbiorcę, ale bez narzucania jakiejkolwiek interpretacji. Lubię w ten sposób porozumiewać się ze swoim odbiorcami, nie narzucając niczego z góry, pozostawiając przestrzeń na własne przemyślenia.

Ja pomyślałam, że być może to taki łącznik z naturą, o której roli w twoim życiu bardzo często mówisz. Mamy za sobą parę naprawdę dziwnych miesięcy, podczas których chyba każdy bardziej niż zwykle łaknął tej natury. Czy ty w tym zwariowanym roku zżyłaś się z nią jeszcze mocniej?

Oj, tak. W momencie pierwszego lockdownu byłam totalnie sama z moim ukochanym kotem, odizolowana od rodziny. I powiedziałabym, że w całym procesie, który przechodzę przez ostatnie dwa lata, to był ostateczny punkt weryfikacji wszystkiego, co się ze mną dzieje. Musiałam się też odnaleźć w świecie promocji muzyki, koncertowania i udzielania wywiadów online. Bardzo dużo kawałków na płytę powstało też w tej pierwszej fazie lockdownu, choć na początku to była katastrofa, jeśli chodzi o wenę i poziom kreatywności – w ogóle tego nie miałam, jakbym była zaczarowana. 

Przechodziłam też fazę pieczenia, gotowania, wzmożonego uprawiania jogi… Kiedy jednak potrzebuję resetu, jadę niecałą godzinę do mojej ukochanej oazy pod Warszawą, gdzie mogę chłonąć tę naturę, która wyrównuje w mojej głowie wszelkie rozedrgania. Pamiętasz moment, jak wprowadzili ten absurdalny przepis o zakazie wchodzenia do lasu? Właśnie wtedy sama pojechałam na działkę i to było tak ożywcze, że się kreatywnie przełamałam i zaczęłam tworzyć. Miałam dwa teksty na tapecie: "Kamikadze" i "Mirabelki". Przy "Kamikadze" siedziałam bardzo tradycyjnie, analogowo, z kartką papieru i ołówkiem, natomiast tekst do Mirabelek pisałam online z Mimi Wydrzyńską z Linii Nocnej, którą uwielbiam. Kocham się wymieniać energią z ludźmi, którzy mają podobną wrażliwość i od których mogę zasysać zupełnie nową wiedzę.

O ludziach jeszcze pogadamy, bo przy "Co gryzie Panią L?" współpracowała z tobą mała armia bardzo ciekawych twórców, ale najpierw skupmy się na tobie. Wielokrotnie mówiłaś, że to twoja najbardziej osobista płyta do tej pory.

Wszystko to, co się dzieje na tej płycie i co się stało wokół niej, jest wynikiem mojej osobistej rewolucji – inaczej tego nie nazwę. Myślę, że każdy człowiek w pewnym momencie dochodzi do głębokiej autorefleksji o tym, jakie schematy mu towarzyszyły dotychczas, jakie pułapki na siebie zastawiał… I cały czas to powielamy, potem cierpimy, jesteśmy w błędnym kole. Na moment autorefleksji nigdy nie jest za późno. Czujesz się wtedy, jakby ktoś ci zdejmował klapki z oczu, a jednocześnie wiesz, że to nie jest na zawsze i musisz ciężko zapierniczać, żeby utrzymać ten spokój i umiejętność życia tu i teraz. Ta wewnętrzna zmiana u mnie polegała oczywiście na bardzo, bardzo intensywnej psychoterapii i coachingu. Kocham to słowo (śmiech)…

Trochę demonizowane.

Bardzo demonizowane, ale trudno (śmiech). Jestem wielką zwolenniczką samodoskonalenia. Jeśli coś na nas działa, przynosi wymierne rezultaty i widzimy zmiany w swoim życiu, to fajnie, tylko się cieszyć. U mnie to się zaczęło od Instagrama, bo tam zobaczyłam odnośnik do profilu mojej terapeutki. Poczułam nagle, że to jest moment, kiedy chcę wszystko zweryfikować, pracować nad sobą, no i ruszyłyśmy. Nie ukrywam tego, że wychodziłam z bardzo toksycznej relacji. I to ona była impulsem do tego, żeby zmienić coś w tym życiu.

Moja historia złożyła się w czasie z historiami dziewczyn, z którymi byłam w stałym kontakcie i rozmawiałyśmy sporo m.in. o budowaniu relacji. Zauważyłam wtedy w tym gronie niepokojącą tendencję, że pozornie pewne siebie, mocne babki wikłają się w zależnościowe, toksyczne relacje i po prostu gasną. Blask ulatywał z oczu tych dziewczyn, bo te związki totalnie je wyniszczały. To też było dla mnie takim wake-up callem, że zechciałam o tym napisać. Pierwszym kawałkiem, który ze mnie wypłynął, był "Zew". Pozwoliłam sobie na wykrzyczenie złości, a więc na coś, czego w naszym kręgu kulturowym kobiecie "nie przystoi" robić. Pokazałam przy tym swoją bardziej drapieżną, teatralną stronę i powiedziałam słuchaczom: "To też jest część mnie. Być może z tej strony mnie nie znaliście, ale teraz dowiecie się jeszcze wielu innych nowości".

Potem przyszedł czas na "Tracę". I o ile ten numer opowiada o tym samym związku, co "Zew", to wizualnie mamy tu coś zupełnie innego. Tu się obnażam i pokazuję takie totalne mięso, swoje żywe emocje, dlatego też zrobiliśmy prosty, czarno-biały klip. Tytuł jest przewrotny. Niby "tracę", ale mimo tego, że ta relacja zabrała mi mnóstwo czasu i energii, w ostatecznym rozrachunku sporo zyskałam. Przede wszystkim, co zabrzmi bardzo górnolotnie, zyskałam siebie. Nigdy wcześniej nie byłam tak blisko siebie i z tego jestem bardzo dumna, chcę ten stan pielęgnować. Kolejnym singlem był "Plan awaryjny" – promyczek nadziei. Nie jestem w ogóle zwolenniczką planów B, mimo że w takim duchu zostałam wychowana, ale te wszystkie kanony, w których przyszło mi żyć do tej pory, przyszło mi wreszcie zweryfikować. Śpiewam: "Awaryjny zawiódł plan, ewakuacji nadszedł czas", a mówię: "OK, stop. Odcinamy się grubą krechą, nie taplamy się w przeszłości, tylko zaczynamy krok po kroku od nowa".

Na tej płycie jest tęsknota, ale nie taka, której przyświeca motto: „Ech, kiedyś były czasy, teraz nie ma czasów”. Wypowiedziałaś słowo "analog", dziś już chyba synonimiczne z czymś prostszym, mniej skomplikowanym niż nasz współczesny, przebodźcowany świat. To coś, za czym na "Co gryzie Panią L?" też ewidentnie tęsknisz, choć wszystkie radary masz ustawione w kierunku przyszłości.

Bardzo trafne spostrzeżenie. W tej nostalgii chodzi o pewne elementy bliskości między ludźmi, takiej namacalności w relacjach, której dziś brakuje nie tylko mojemu pokoleniu. Ty jesteś z Gen-Z, prawda?

Tak jest. 1998.

No właśnie, więc moje, ale w szczególności twoje pokolenie podświadomie tęskni za światem, w którym tak naprawdę nigdy nie żyło. Tak jak mówisz, jesteśmy absolutnie przebodźcowani, nie tylko przez technologię. Przeraża mnie ilość fake newsów, która nas otacza; wszystkie clickbaity, którymi jesteśmy karmieni codziennie. Ludzie zapominają o tym, że musimy wykonywać pracę u podstaw, żeby się w tym wszystkim nie zatracić. Mam w głowie przykład z ostatnich dni: dotacje dla kultury. Wystarczy, że wrzucisz w sieć bardzo soczysty nagłówek z zespołem, do którego większość nie ma za dużego szacunku i migiem tworzy się gównoburza nie do ogarnięcia. Mało kto się wysilił, żeby sprawdzić, o co w tych dotacjach chodziło. Od razu poszła fala komentarzy: "No tak, ci je**ni artyści zarabiają tyle kasy na dealach, na reklamach, i jeszcze wyciągają ręce po nasze pieniądze?". 

Ciebie na liście beneficjentów nie ma.

Mnie ten projekt nie obejmował, nie prowadzę firmy, więc nie mogłam być jego beneficjentem. Mam to wielkie szczęście, że w tym bardzo trudnym okresie bez grania koncertów otrzymuję ciągle środki z ZAiKS-u i jestem za to losowi na maksa wdzięczna. Ale wiesz, co mnie najbardziej przeraziło? Że bardzo młode osoby powielają stereotyp, o którym myślałam, że się zatrzymał na etapie naszych rodziców. Że artysta to nie jest normalny zawód i że powinniśmy się wziąć za "normalną pracę". Całe życie słyszałam od ludzi dookoła, że to, co ja chcę robić, nie jest normalne. I do tego odnosi się wkurzenie ludzi, bo dla większości artysta oznacza celebrytę przebierającego w dealach i akcjach reklamowych. Ale nawet jeśli można tak kogoś określić, to jest to dosłownie parę osób, a cały rynek działa w zupełnie innej rzeczywistości.

Niemniej nawet te większe nazwiska zatrudniają całe ekipy: świetlików, techników, realizatorów, muzyków. Te pieniądze to przecież nie darowizna dla tych artystów, tyko środki, które muszą zainwestować, zatrudniając właśnie wszystkich tych, którzy w większości od marca pozostają bez źródła utrzymania. Ale taki przekaz jest już oczywiście zdecydowanie mniej klikalny. Pięknie by było, gdybyśmy wypracowali w sobie zwyczaj takiego kopania i grzebania we faktach, liczbach. Bardzo łatwo jest ulec nośnym hasłom i manipulacji, a dotarcie do rzetelnej informacji w dzisiejszych czasach wymaga trochę wysiłku. Panuje teraz bardzo duże ciśnienie na zasadzie: "No to teraz czekamy na pani stanowisko. Po której jest pani stronie? Aha, po tej niewłaściwej? No to przykro nam, jest pani już skreślona". Mam wrażenie, że tylko ta praca u podstaw i rozmowa z drugim człowiekiem może nam pomóc się w tym świecie połapać.

Skoro wywołałyśmy bieżące wydarzenia, nie możemy pominąć faktu, że premiera twojej płyty 23 października zbiegła się z chwilą, w której miliony pań wyszły na ulice, żeby wykrzyczeć, co je gryzie. Jak ty się w tym momencie odnalazłaś? Z jednej strony wydałaś swoje muzyczne dziecko, z drugiej świat dookoła zapłonął…

Ciężko mi było. Nie chciałam zostawiać tego mojego muzycznego dziecka "niezaopiekowanego" i przestać wypuszczać informacje na ten temat. Staram się podkreślać, że nie każdy artysta ma obowiązek zabierania głosu we wszystkich sprawach społecznych. I to dobrze, jak widzimy na przykładzie chociażby Edyty Górniak. Jeśli ktoś chce przekazać coś wartościowego, niech to zrobi w takim wymiarze, w jakim najlepiej się czuje. Moim najsilniejszym nośnikiem jest muzyka. Na tej płycie funkcję takiego komentarza do spraw bieżących pełni "Nocny sport", który robiłam razem z Robertem Krawczykiem.

Dla mnie niezrozumiały jest język, którym się posługują obie strony politycznej barykady. W tym głodzie władzy nie ma dla mnie czynnika ludzkiego. Nie ma w tym autentyczności. Nie sądzę, żeby ci ludzie porozumiewali się w taki sposób ze swoimi rodzinami, bliskimi. Abstrahując od muzyki, napisałam ostatnio gdzieś po drodze parę słów osobistego komentarza. O wolności, która dla mnie jest podstawową wartością w życiu. O tym, że nikt już nie będzie stał mi nad głową i mówił, co i jak mam robić. Nasłuchałam się przez lata, żeby nie wychodzić przed szereg, nie wychylać się, żeby Gosia była grzeczną dziewczynką. Wystarczy.

Protest kobiet szybko się rozrósł od wątku aborcji i Trybunału Konstytucyjnego do buntu przeciwko ogólnym działaniom władz. Podnosi się – i chwała wszystkim za to – takie kwestie jak np. niedofinansowane formy pomocy dla wspomnianego już w naszej rozmowie zdrowia psychicznego. Ty należysz do osób, które mówią o nim niezwykle otwarcie: że tego, co się w naszych głowach dzieje, nie można bagatelizować, czy że terapia jest naprawdę dla każdego. Co chciałabyś przekazać tym, którzy nie rozumieją, jak ważne jest dbanie o to, co się kotłuje w naszym wnętrzu?

Przede wszystkim to jest przejaw troski o siebie, tego, że chcemy budować zdrowe relacje z ludźmi wokół. Coachingowa Agatka tutaj wjedzie, ale trudno: najpierw trzeba zadbać o relację ze sobą, żeby potem zbudować relacje z innymi.

Ale to jest prawda!

Nie wiem, skąd się u nas wzięła ta stygmatyzacja dotycząca terapii. Być może z braku edukacji dotyczącej zdrowia psychicznego i braku świadomości. A psychoterapia jest właśnie takim stopniowym poszerzaniem świadomości. Widzimy więcej, czujemy bardziej i mamy coraz więcej narzędzi do tego, żeby swój świat uporządkować. Więc znowu, podstawowa troska o siebie. Ale można się tu odwołać np. do naszego polskiego mitu cierpienia, które ma przecież uszlachetniać.

Nie wiem jak ty, ale kiedy ja szłam na terapię, moje wyobrażenia wyglądały mniej więcej tak: „OK, teraz jestem w totalnym dole, zalała mnie ciężka fala, ale pogadam trochę z panią w gabinecie i za rok będę szczęśliwa”. A przez to, ile się o sobie dowiedziałam, stało się zupełnie odwrotnie.

Jasne, bo ta osoba to nie wróżka z bajki, tylko towarzysz. To jest chyba najlepsze słowo określające rolę terapeuty w tym procesie, bo on ma towarzyszyć realnej zmianie w naszym życiu. Pojawiają się też głosy: "Co ta osoba może mi powiedzieć nowego?", ale to nie ta osoba ma mówić. To my sami będziemy mówić i w miarę naszej cierpliwości iść coraz dalej zupełnie nową drogą. Jeszcze inny argument jest taki, że to nie jest tanie.

A no właśnie. I co wtedy?

Są liczne organizacje, które pomagają w odnalezieniu takiej opieki albo nawet same ją zapewniają. Można próbować pracę ze sobą wykonywać samemu: czytać, pogłębiać wiedzę, bo to też na dłuższą metę pomaga. Ale najpierw musi być ten pierwszy krok, nierzadko bardzo bolesny. W idealnym świecie państwo oczywiście pomagałoby w postawieniu takiego kroku. Zatrważające jest to, co się dzieje z psychiatrią dziecięcą. I tu wracamy do braku czynnika ludzkiego u rządzących, którzy nie rozumieją, jakie problemy może mieć współczesny trzynastolatek. I to nie są problemy, które ja miałam, które ty miałaś. Trzeba sobie uzmysłowić, że to dziecko żyje w zupełnie innej rzeczywistości, która stawia mu zupełnie inne wymagania. Niekoniecznie jest rozpieszczone czy przewrażliwione, tylko ma problem, z którym potrzebuje realnej pomocy. 

Kiedyś pomyślałam, że znam zbyt wiele osób, które są produktami filozofii "inni mają gorzej". I że to jest schemat, przez który całe rzesze ludzi nie potrafią odpowiadać na własne potrzeby. Ty w jednym z wywiadów wokół nowej płyty powiedziałaś o swojej relacji ze samą sobą: "Nie chcę być już tą ponurą Gosią ze smutnymi oczami". Myślisz, że rozstałaś się z nią na dobre?

Cóż, to się nie stało z dnia na dzień. Kosztowało mnie to dużo łez, dużo stanów, gdzie kortyzol wystrzela w powietrze i jesteś na maksa zestresowana. U mnie przekładało się to zwyczajnie na niejedzenie. Pamiętam sytuacje, jak ludzie mówili do mnie: "Boże, co to za dieta? Musisz naprawdę nieźle tyrać na tej siłowni". Nie byłam w stanie wtedy tłumaczyć, że wyglądam, jak wyglądam, bo weszłam w relację, która była teatrem absurdu, i mam w głowie totalny roz*****ol i wojnę. W jednej z recenzji płyty wyczytałam fajną myśl, że wszystko to, co do tej pory wiedzieliśmy o Lanberry można wyrzucić do kosza. Zadałam sobie pytanie, kim jest ta Pani L, kim jest Lanberry, kim jest Małgorzata Uściłowska? Czy to jest ta sama osoba? Kto był pierwszy? Między innymi o tym rozmawiałam podczas tej mojej holistycznej terapii. To nie był łatwy proces i nadal nie jest, ale musiałam. I było warto.

Wzięłyśmy na tapetę rozstania, więc pomówmy o samej muzyce, bo na "Co gryzie Panią L?" rozstałaś się do pewnego stopnia z elektroniką, która chociażby na twojej poprzedniej płycie dominowała. Teraz jest jednym z elementów składowych. Podejrzewam, że to również efekt ciekawych spotkań muzycznych, o których wcześniej mówiłaś.

Odejście od elektroniki przyszło bardzo organicznie, tak samo zresztą jak te muzyczne spotkania. Każde z nich było wyjątkowe. Przykładowo współpraca z Bartkiem Dziedzicem, człowiekiem szalenie inspirującym, z totalnie innego świata niż mój. Wchodzi moja kolejna diagnoza: polskie muzyczne podwórko jest bardzo krzywo podzielone między artystów bardziej mainstreamowych i komercyjnych oraz tych z zacięciem alternatywnym. I mam takie poczucie, że ta strona offowa patrzy na mnie w jakiś sposób z góry. A muzyka to jest przecież platforma, gdzie mogą się zadziać rzeczy niesamowite, kiedy zaczynają się ze sobą łączyć różne światy. Wystarczy dać sobie szansę na muzyczny dialog i nie okopywać się w osobnych obozach. Właśnie takie spotkanie "w pół drogi" odbyłam z Bartkiem Dziedzicem, który mnie bardzo dużo nauczył. Oprócz tego, że jest fenomenalnym kompozytorem i producentem, to niezwykle mocno zwraca uwagę na tekst. Nienawidzi bezsensownych, mydlanych fraz. Było tak, że siedzieliśmy i analizowaliśmy teksty, z którymi przychodziłam – zupełny kosmos. Nigdy w życiu nie robiłam recenzji swoich tekstów słowo po słowie, dlatego to była dla mnie wielka lekcja. Nie każdy wie, ale Bartek robi fantastyczne wrzutki do tekstów piosenek, nad którymi pracuje.

Co wrzucił tobie?

Na przykład pięknie odwrócił w "Kamikadze" frazę "Kobietą mogłam być, nie tchórzem". Jego schematy myślenia są niesamowicie przewrotne. Ale Bartek to jest jedno ogniwo w całym łańcuchu ludzi, z którymi miałam możliwość pracować i się uczyć. W pewnym momencie zderzyłam się w studiu z legendami polskiej sceny: Pawłem Krawczykiem, Olafem Deriglasoffem, Maćkiem Wasio i Radkiem Owczarzem, czyli ekipą od "Zimowego snu". Paweł Krawczyk to przecież integralna część zespołu Hey, którego byłam fanką jako mała dziewczynka. Wkurzałam całą rodzinę, chodząc i śpiewając ich piosenki, a teraz spełniłam wielkie marzenie i sama znalazłam się w tym świecie. Trudno mi było uwierzyć, jak to spotkanie przebiegło. Wstępnie wysłałam do chłopaków moje inspiracje i powiedziałam, jaki utwór chcę stworzyć. Weszliśmy na salę, nagraliśmy, zaśpiewaliśmy – i już. Całkowicie naturalnie. Co tylko udowadnia, że pomiędzy tymi sztucznymi liniami można się bez jakichkolwiek spięć dogadać.

Ciekawe jest dla mnie to, o co apelujesz: wyzbycie się czegoś, co nazywam na własny użytek muzycznym klasizmem; to wprowadzanie podziałów na lepszych i gorszych artystów i słuchaczy wcale nie w kontekście jakości brzmienia, ale samego tylko rodzaju. Zastanawiałam się nad tym, czy ty spotkałaś się z tego rodzaju traktowaniem np. dlatego, że piszesz numery dla młodych wokalistek, które grają mocno komercyjny pop.

Nie spotkałam się z żadnym bezpośrednim komentarzem z tej alternatywnej strony, jeśli o to pytasz. Mam wrażenie, że brakuje tam ciekawości, bo oni nie wychodzą spod tego klosza; nie słuchają komercyjnego popu, który z miejsca się wrzuca do jednego worka pod hasłem "komercyjne gówno". Ja zawsze podkreślam, że moje działania songwriterskie to coś odrębnego – i coś wspaniałego, bo mogę robić naprawdę fajne rzeczy, za które jestem losowi bardzo wdzięczna. Roxie [Węgiel] i Viki [Gabor] wygrały bardzo ważne wydarzenie muzyczne, jakim jest Eurowizja Junior, z piosenkami, w których maczałam palce. Ale to był jednak teamwork, rzeczy, które robię na boku. To przejawy wspaniałej pracy zespołowej, wymiany energii, myśli i dźwięków.

Muszę w tym wszystkim uważać, żeby nie wpaść w taśmociąg. Team, z którym pracuję, też się pod tym podpisuje: nie ma takiej opcji, żeby spod naszej ręki wyszło coś, co jest jak przysłowiowy produkt z taśmy. Na przykład pod piosenką "Superhero" dla Viki Gabor, która jest dziewczyną niezwykle świadomą jak na swój wiek, podpisuję się rękami i nogami. Ten numer powstał w czasie, gdy odbywały się liczne protesty klimatyczne dzieciaków. Zawsze staramy się pisać takie rzeczy, żeby później artysta, który będzie tego bronić na scenie, wiedział, o czym śpiewa i dlaczego śpiewa i żeby to było blisko jego osobowości, wrażliwości.

Wspomniałaś o ważnych wydarzeniach muzycznych, więc nie mogę cię nie spytać, jak to było z Opolem. Czy na twoją wygraną w konkursie premier rzuciło się jakimkolwiek cieniem to, że tę imprezę, cieszącą się mimo wszystko zainteresowaniem artystów i odbiorców, organizuje telewizja publiczna? Na tyle, na ile znam twoje myśli i poglądy, mam wrażenie, że nie do końca jest ci dzisiaj po drodze z przekazem TVP.

Ciężki temat, bo festiwal w Opolu ma tak długoletnią tradycję, że naprawdę straszne byłoby to przekreślić i zniweczyć. Ktoś może być fanem Opola, a ktoś może być totalnie na to obojętny. Dla mnie jednak ten festiwal to jest absolutnie legendarna impreza. Jestem bardzo dumna, że wygrałam ten konkurs. Dodatkowo Opole było wyjątkowe, ponieważ miałam jedyną szansę w tym sezonie, żeby spotkać się na żywo z publicznością. Moim wielkim marzeniem jest promowanie nowej płyty poprzez koncerty. Wiadomo, że teraz mamy znowu apogeum pandemii, ale wierzę, że po Nowym Roku stopniowo wrócimy do normalności. Bardzo chcę pokazywać album w wersji live i zaprosić słuchaczy, żeby zobaczyli, co ta Lanberry chce przekazać. Przy wersjach koncertowych zawsze dbamy o każdy szczegół, bardzo się inspirujemy tym, jak takie gwiazdy jak np. Camila Cabello albo Bebe Rexha aranżują swoje kawałki na koncertach. Na albumie słyszycie jedno, ale na koncertach naszym celem jest zrobienie słuchaczom totalnego mindfucka. Tęsknię bardzo za spotkaniami face to face i ze słuchaczami, i z dziennikarzami, ale trzeba się cieszyć z tego, co jest. A Opole było dla mnie powodem do naprawdę wielkiej radości. Moja głowa i moje serce będą się trzymać tego, że Opole jest ekstra. Nie pozwolę, żeby jakiekolwiek zewnętrzne czynniki to zepsuły. 

Spinając naszą rozmowę: nie da się ukryć, że "Co gryzie Panią L?" to jest wypadkowa całej istnej burzy intensywnych wydarzeń i przemyśleń, które przetoczyły się u ciebie przez ostatnie dwa lata. Mogłabyś już teraz powiedzieć o tej płycie, że zmieniła twoje życie?

Ciekawe pytanie. Zamieniłabym kolejność, bo musiało się zmienić moje życie, żeby ta płyta powstała. I w konsekwencji wierzę, że "Co gryzie Panią L?" wprowadzi moje życie na jeszcze nowsze tory. Że to przesłanie, które niosę, będzie rezonować z odbiorcami. Muszę wrócić do samego początku naszej rozmowy i do oprawy graficznej, bo na okładce jest ta wspomniana brzoskwinia, która została wkomponowana w kolaż, a w środku tych kolaży mamy znacznie więcej. Ich tworzenie było dla mnie pewną formą terapii. Dokładnie rok temu odkryłam genialne warsztaty, które nazywają się "kolażówki". Polegają na tym, że dostajemy wielki karton i wycinki z prasy z lat 60., 70., książki z antykwariatów, z których wycinamy fragmenty i dobieramy elementy, które tworzą nową całość. To, jakie rzeczy tam ze mnie wyłaziły, to był bardzo ciekawy materiał do analizy.

I właśnie tę miłość, którą odnalazłam w kolażowaniu, chciałam na tej płycie przekazać. Zaprosiłam Paulinę Walas, artystkę z Wrocławia, która przyjechała do mnie na dwa dni. Siedziałyśmy w tonie gazet, książek i ręcznie wycinałyśmy i wyklejałyśmy to, co teraz jest w środku "Co gryzie Panią L?". Kupiłam sobie też maszynę do pisania z NRD. Śmieszna sprawa, bo odkupiłam ją w Internecie od starszych państwa z bloku, w którym kiedyś mieszkałam, więc jakby zamknęło się jakieś koło. Wszystkie teksty przepisałam na tej maszynie i dołączyłyśmy je do kolaży. Wiesz, ja jestem bardzo eklektyczna, dlatego kolaże są idealnym odzwierciedleniem mojej twórczości. Pop jest cholernie obszernym gatunkiem, z którego biorę różne, kręcące mnie na dany moment elementy, i tworzę z nich nową całość, w którą wkładam całą siebie.

Myślę, że to ważne, co mówisz à propos obszerności popu. Wracam do klasizmu muzycznego, który wielu osobom każe dziś myśleć, że słuchanie popu jest obciachowe, że nie warto się do tego przyznawać, bo pop jest mdły i o niczym. Nasza rozmowa jest chyba mocnym dowodem na to, że to wręcz bolesna generalizacja, bo pop maluje się milionem kolorów i sposobów, na które można opowiadać historie.

Tak jest. Uroczyście, z ręką na sercu oświadczam, że tak właśnie pojmuję pop już od dawna. Nieśmy w miarę możliwości ten kaganek oświaty i rozmawiajmy z osobami, które ocierają się o muzyczny snobizm. Mamy różne wrażliwości, różne gusta i to jest super, natomiast nie powinno to w nas prowokować myśli pokroju: "Skoro ja słucham tego, a ty tamtego, to słuchasz g*wna, ty też jesteś g*wnem i cześć". Szczerze, na tyle, na ile obracam się w tym muzycznym świecie, nazywanie, klasyfikowanie i szufladkowanie gatunków – to naprawdę pieśń przeszłości. Każdy artysta jest osobną mieszanką wrażliwości i tego, co zdążył przez swoje życie przefiltrować. Kluczem nie tylko w muzyce, ale i w życiu powinna być otwarta głowa. Musimy dążyć do tego, żeby być bardziej inkluzywni, przepełnieni empatią, czego nam jako społeczeństwu brakuje. Musimy pielęgnować ciekawość świata, smakować inność, zamiast ją wykluczać. To będzie bardzo powolny proces, ale mam w sobie dużo nadziei i wiary w to, że nas na to stać.