Kamil Hussein: Pokładam dużą nadzieję w młodych ludziach. Nie da się im łatwo wcisnąć kitu [WYWIAD]

Jego debiutancki singiel, "Muszę iść tam sam", przyniósł mu porównania do The Weeknda, święcącego od pewnego czasu same muzyczne triumfy. Teraz Kamil Hussein idzie w "Nowe miejsca", a z Gazeta.pl porozmawiał m.in. o swoich doświadczeniach ze szkołą i Kościołem, rodzimych muzycznych inspiracjach i o tym, dlaczego mocno trzyma się Polski.

Maja Piskadło: Odkąd wypuściłeś pierwszy singiel, mówią o tobie "polski The Weeknd". Spodziewałeś się takich komplementów?

Kamil Hussein: Bardzo miłe są te porównania. Ponieważ mój pierwszy singiel "Muszę iść tam sam" wstępnie brzmiał trochę inaczej, martwiłem się, że będę porównywany do polskich artystów. A chciałbym wprowadzić do nas coś nowego, świeżego. Lata 80. interesowały mnie od zawsze, bo wychowałem się np. na takich zespołach jak Queen czy Kombi, ale z takimi klimatami w Polsce do niedawna było słabo. A tu proszę - The Weeknd wydał “Blinding Lights”, i do tej pory zresztą siedzi na szczytach list przebojów, więc uznałem, że to jest dobry moment. Nie spodziewałem się aż tak dobrego przyjęcia i cieszę się, że ludziom się to podoba, bo chciałem zrobić coś naprawdę klimatycznego i jakościowego. Ciekawe, co mówią po drugim singlu "Nowe miejsca" i co będą mówili po trzecim, który niebawem ujawnię z pierwszym klipem. Tu się pewnie szybko dowiem, jak poczytam sobie komentarze.

Zobacz wideo "Kajko i Kokosz". Czym zaskoczy nas pierwsza polska animacja Netfliksa?

"Muszę iść tam sam" było twoim dużym debiutem, ale szybkie przeszukanie YouTube’a podpowiada, że dzieliłeś się ze światem swoją muzyką dużo wcześniej - doszukałam się romansów z hip-hopem czy akustycznym R&B.  Teraz inspirujesz się wspomnianymi modnymi latami 80., w których - na moje ucho - chyba czujesz się naprawdę dobrze. Znalazłeś już dla siebie konkretną muzyczną ścieżkę?

W tej chwili mam taki plan, żeby po tych kilku utworach, o których wspomniałem, zakończyć przygodę z latami 80., ale nadal nie jestem tego pewny, bo ciągle odkrywam. W muzyce najbardziej intryguje mnie np. to, co powstanie po newschoolu i trapie, które rządzą dzisiaj w Polsce i na świecie. Pod względem wprowadzania do mainstreamu brzmień z lat 80. bardzo inspiruje mnie Tame Impala, który po indie-rockowej fali ciągle ewoluuje i dzisiaj idzie twardo w trochę innym kierunku. Mnie też się marzy łączenie moich "starych" brzmień z tym, na co dopiero wpadnę. Właśnie dlatego też bardzo podobają mi się ostatnie ruchy The Weeknda, bo nie odszedł zupełnie od trapowych rytmów, które robił wcześniej, ale jednocześnie wszedł mocno w klimat lat 80. i połączył to wszystko w genialną całość. Ja chcę produkować po prostu dobry pop.

Trochę cię łączy z The Weekndem, nie tylko muzycznie, ale przynajmniej częściowo pod względem życiowych doświadczeń. On urodził się w Kanadzie jako dziecko imigrantów z Etiopii, ty urodziłeś się w Polsce jako syn Polki i Syryjczyka. Abel na przykład do piątego roku życia mówił tylko po amharsku. Jak ty dzisiaj patrzysz na swoje dzieciństwo na tle - jak zakładam - zderzenia dwóch różnych kultur?

Z samą syryjską kulturą nie miałem aż tak dużej styczności - Syrię mam we krwi, ale zdecydowanie bardziej czuję się Polakiem. Mój tata w pewnym momencie odpłynął od naszej rodziny, ale mam trochę ciekawych wspomnień. Kojarzy mi się choćby to, że w Polsce spotkania rodzinne są bardzo dynamiczne, dużo się dzieje i mówi - a tutaj, kiedy do mojego taty przychodzili wujkowie czy koledzy, siedzieli do nocy, palili papieros za papierosem i grali w szachy, nie rozmawiając praktycznie o niczym. Odniosłem przy tym wrażenie, że Syryjczycy są dość zamknięci i mają zakodowane, że o rodzinę i dzieci trzeba dbać, ale robią to "obrazkowo", powierzchownie, bez głębszego zainteresowania. Z kolei kiedy zostawałem z mamą, miałem typowe polskie życie - włącznie ze świętami czy tym, że mama sprzątała cały dom na błysk przede wszystkim wtedy, kiedy ksiądz przychodził na kolędę (śmiech).

Dość otwarcie mówisz o tym, że w dzieciństwie byłeś mocno związany z Kościołem - grałeś w scholi, byłeś ministrantem. A potem - rozczarowanie.

To jest dosyć skrajna i poniekąd zabawna historia, bo gdyby nie księża i schola, dzisiaj nie robiłbym tego, co robię. Zaczęło się od tego, że w wieku siedmiu lat mama wysłała mnie na półkolonie do sióstr salezjanek, gdzie zobaczyłem gitarę - od tego momentu łaziłem za jedną z sióstr i męczyłem ją, żeby nauczyła mnie grać. Ona właśnie pokazywała mi różne płyty, uczyła coraz trudniejszych rzeczy i w pewnym momencie podeszła do mojej mamy i powiedziała jej, żeby wysłała mnie na lekcje. Bardzo szybko łapałem grę, dalej uczyłem się w kościele i dzięki temu poszedłem do szkoły muzycznej.

Jednocześnie, w miarę dorastania, zderzałem się z mroczną stroną Kościoła - do ostatecznego zerwania doszło, kiedy chodziłem na nauki przed bierzmowaniem, kilka lat po tym, jak przestałem być ministrantem. W pewnym momencie ksiądz przeczytał moje nazwisko, cała sala zaczęła się śmiać, włącznie z księdzem. Zawiodłem się bardzo mocno, bo wtedy się okazało, że ten świat, który powinien świecić przykładem dla innych i który w moim mniemaniu miał mnie przyjąć i uchronić przed takim traktowaniem, jak np. na ulicy, tak naprawdę niczym się nie różni od całej reszty. Późniejsze przypadki, kiedy słyszałem kazania piętnujące choćby osoby LGBTQ+, tylko utwierdzały mnie w tym przekonaniu. Wiem, że to idealistyczne podejście, ale religia, zamiast dzielić, powinna łączyć i dawać poczucie bezpieczeństwa, tak jak to było początkowo w moim przypadku.

Szkoła też cię rozczarowała?

Przede wszystkim. Zdecydowanie bardziej niż Kościół. Nadrzędnym zadaniem szkoły jest edukacja, Kościół taką funkcję pełni przy okazji. Tymczasem w szkole nauczyciele powinni stać na straży nie tylko przekazywania wiedzy, ale i bezpieczeństwa uczniów - wiele razy doświadczyłem sytuacji, kiedy ktoś nabijał się ze mnie na korytarzu czy w klasie, a nauczyciel spoglądał i bez słowa szedł dalej. I to się nie zmienia - moja młodsza siostra ma teraz 15 lat i wyniosła ze szkoły podstawowej np. wspomnienie, jak katechetka na lekcji pyta ją, czy tata jej przypadkiem nie bije i nie zmusza do islamu. Innym razem na WDŻ usłyszała, że dziewczyny nie mogą brać tabletek antykoncepcyjnych, bo to jest wbrew naukom Jana Pawła II. Tym bardziej przeraża mnie to, że sytuacja od moich szkolnych lat wcale się nie poprawia - przynajmniej, jeśli chodzi o "górę".

W 2021 roku teoretycznie moglibyśmy oczekiwać takiego podejścia, że to, że się od siebie różnimy jako ludzie, pod najróżniejszymi względami, jest zupełnie normalne. A jednak w Polsce (i nie tylko) nadal jest z tym spory problem. Wierzysz, że np. muzyka ma realną moc budowania mostów między ludźmi?

To pytanie się doskonale łączy z tym, co chciałem powiedzieć, bo jedynym plusem, który w tym całym chaosie widzę, są młodzi ludzie. Pokładam w nich dużą nadzieję, bo to, co widzieliśmy np. na strajkach klimatycznych czy strajkach kobiet pokazuje, że oni chcą się uczyć i serio zmieniać świat. Ja w wieku mojej siostry nie wiedziałem, jak się nazywam i ciągle się uczę o tym świecie, a ona jest jakieś pięć kroków przede mną. Te dzieciaki obserwują, co się dzieje dookoła i nie da się im łatwo wcisnąć kitu. Mam też takie poczucie, że artyści powinni być łącznikami między ludźmi, pomagać w tym rozumieniu świata i wspierać szczególnie młodych w działaniu. Pamiętam, jak ja byłem zagubiony jako dzieciak i myślę o tym, jak łatwo i głęboko w takim wieku można się dziś zgubić. Rodzice kłócą się o politykę, nabierają się na hasła polityczne i są niejako pionkami w walce na "górze". Kłócimy się o idee czy podstawowe prawa człowieka, które pewne partie i ugrupowania "zagarniają" jako swoją agendę. Co wspólnego mają ekologia, prawa kobiet i patriotyzm z partiami politycznymi? Mieszanie polityki do takich spraw tylko pogłębia podziały.

Czyli gdybyś miał dokończyć zdanie: "Patriotyzm to dla mnie…", odpowiedziałbyś…

W pierwszej kolejności to pomaganie ludziom dookoła siebie, szczególnie starszym, to dbanie o Ziemię, patrzenie w przyszłość i myślenie, co zostawimy po sobie następnym pokoleniom, omijanie politycznych gier… To niezależność myślenia i myślenie o innych. Państwo to nie jest tylko miejsce, w którym żyjemy - dla mnie Polska to też moi najbliżsi, przyjaciele, znajomi. Musimy doceniać też historię, która pozwala nam dzisiaj w miarę normalnie funkcjonować - nasi dziadkowie walczyli w wojnach o to, żebyśmy teraz mogli się spełniać. Najbardziej boję się chyba tego, że w dobie tych różnych podziałów ta wywalczona rzeczywistość wydaje się bardzo krucha i zwyczajnie może się skończyć. 

Wspominałeś wcześniej o młodzieńczym poczuciu zagubienia. Odchodząc od polityki, a wracając do twojej historii, idę znowu myślami do The Weeknda. On po różnych, rodzinno-szkolnych perturbacjach jako 17-latek pewnego dnia wziął z domu materac i po prostu się wyprowadził, żeby żyć na własną rękę. Jak to wyglądało u ciebie? Kiedy poczułeś, że musisz już iść gdzieś sam?

Nigdy nie byłem tak pewny siebie, jak Abel, i zrobiło to na mnie ogromne wrażenie, jak się dowiedziałem, że on potrafił wziąć ten materac, spać pod mostem i żyć za nic, żeby wyjść na swoje. Kiedy ja wychodziłem na swoje, szedłem nomen omen w "Nowe miejsca", ale i tak ciągle kontaktowałem się z rodzicami (śmiech). Decydujący moment przyszedł, gdy zrozumiałem, że w Lublinie nic już mnie nie czeka. Narzucane mi przez rodziców pomysły na siebie nie wpływały na mnie dobrze, dlatego postanowiłem wyjechać i realizować marzenia. Nie nastawiałem się oczywiście na to, że będę sobie po prostu siedział, palił jointy i malował obrazy - za marzeniami jak najbardziej trzeba gonić, ale jednocześnie mieć plan na przyszłość.

 

Znam wielu ludzi, którzy wyjechali i wsiąknęli gdzieś w tej pogoni. Moją misją było to, żeby pokazać sobie i mojej rodzinie, że nie muszę wypełniać ich wizji, żeby być kimś - mój brat jest sędzią, moja siostra - lekarką, tata - dentystą, więc czułem na sobie presję, żeby nie zostać czarną owcą rodziny i coś osiągnąć, ale na swoich warunkach. Nauczyłem się, że warto mieć w tym wszystkim chłodną głowę. O artystach często myśli się jako o lekkoduchach, którzy niczego nie ogarniają - i to jest najgorsze, bo ludzie niezwiązani z biznesem artystycznym traktują artystów jak gości, którzy tylko siedzą i ćpają gdzieś po kątach. Dla mnie artysta niewiele różni się od biznesmena - poza tym, że artysta sprzedaje to, co ma w sobie. Doskonale to widać w Niemczech po tym, jak żyją artyści i jak jest wspierana kultura. Spędziłem trochę czasu w Berlinie i zobaczyłem, jak tam ważna jest sztuka i w jak wielu miejscach artyści mogą się pokazać i sprzedawać swoje dzieła.

Dlaczego w takim razie mimo wszystko zdecydowałeś się działać tutaj, zamiast - przykładowo - zostać w Berlinie?

Po pierwsze, w Polsce są naprawdę dobre warunki, żeby debiutować w przemyśle muzycznym. Niewiele osób o tym wie, ale jesteśmy dużym muzycznym rynkiem zbytu, dlatego właśnie u nas wielkie wytwórnie mają swoje siedziby. Dobrze i konsekwentnie zrobiony projekt może tutaj osiągnąć o wiele więcej niż w obcym kraju. Po drugie, jakby odciąć się od polityki, to jest kraj ludzi z wielkim potencjałem. Gdyby historia się z nami trochę łagodniej obchodziła, mielibyśmy szansę się rozwijać tak jak inne kraje i moglibyśmy być potęgą właśnie przez niesamowicie kreatywnych i zdolnych ludzi, którzy tu mieszkają. I to są ludzie, którzy mają duże parcie na walkę o lepszą przyszłość. Dlatego właśnie chcę tu zostać.

Mówisz dużo o podchodzeniu do spełniania marzeń z chłodną głową - zanim na dobre poświęciłeś się muzyce, miałeś pracę, której temat chyba wraca do ciebie jak bumerang. Czego cię nauczył czas za kółkiem? Byłeś kierowcą przez pięć lat, a czytałam, że dzisiaj żałujesz nawet, że nie zacząłeś jeszcze wcześniej.

Nauczyło mnie to bardzo dużo o świecie i o tym, jak różni są ludzie - kiedyś wydawało mi się, że wszyscy muszą myśleć tak samo jak ja, ale zdecydowanie tak nie jest. Do tego te jazdy to była istna karuzela - najpierw jedziesz z kimś i prowadzisz świetną rozmowę, za chwilę wieziesz gościa, który traktuje cię jak śmiecia, a potem wchodzi do samochodu płacząca dziewczyna i nie wiesz, jak się zachować. Nauczyłem się też asertywności i tego, jak nie dawać sobie wchodzić na głowę. Bardzo mnie denerwowało to, że pasażerowie traktowali mnie jak swoją własność, dlatego radzenie sobie z takimi sytuacjami dodało mi pewności siebie i pozwoliło zacząć wyrażać własne zdanie. Zyskałem też ogromny szacunek do osób pracujących w usługach i dzisiaj, kiedy jestem świadkiem tego, jak ktoś ewidentnie się znęca nad takimi osobami, zawsze wychodzę z tarczą i ich bronię.

Debiutujesz dopiero teraz właśnie dlatego, że potrzebne ci były tak konkretne lekcje asertywności i walki o swoje? Planujesz przenieść te doświadczenia do swojej dalszej twórczości?

Wiesz, walka o dobry byt nigdy nie inspirowała mnie tak bardzo jak sytuacje bezradności. Myślę tutaj np. o moich znajomych, którzy mogliby robić zawodowo niesamowite rzeczy, gdyby tylko byli takimi tradycyjnymi krzykaczami, których w Polsce nie brakuje. Myślę o tym, ile dzieciaków w Polsce popełnia samobójstwa, bo nie dostaje odpowiedniej pomocy. Jedna rzecz, która nie podoba mi się w The Weekndzie, to jego chwalenie się przykrymi rzeczami w stylu zdradzania swoich dziewczyn albo brania narkotyków. W Ameryce to się super sprzedaje i okej, tak już jest, ale w Polsce mamy tak dużo nierozwiązanych tematów do poruszenia… W tę stronę chciałbym iść - rozmyślania nad sukcesami zostawiam innym.

Dobrze, że przywołałeś znowu naszego bohatera, bo chciałam o nim wspomnieć już po raz ostatni - teraz już stricte w muzycznym kontekście. Gadamy sobie tutaj o zagranicznych idolach, ale o ile dobrze pamiętam, wśród twoich muzycznych inspiracji są też Krzysztof Krawczyk i Marek Grechuta. Co czerpiesz z ich muzyki?

W Krawczyku inspiruje mnie to, że on całe życie poszukiwał, uparcie próbował osiągnąć sukces w Stanach, chociaż było to praktycznie nieosiągalne. Ma niesamowitą siłę w sobie. Z kolei Grechuta stworzył zupełnie nowy muzyczny styl, którego w Polsce nie było - połączył poezję z muzyką (na tamte czasy) popową. Nigdy wcześniej ani później nie pojawił się ktoś taki jak on. Trochę żałuję, że nie mogłem go poznać. Jeżeli chodzi o tworzenie czegoś nowego, podobnie myślę o Obywatelu G.C. i Republice. Dzisiaj wszyscy kopiujemy to, co powstaje w Stanach, a wtedy byliśmy tak zamknięci na świat, że artyści musieli tworzyć własne style. Ja sam jestem oczywiście wśród kopiujących, ale miałem taki cel, żeby nie zostać porównanym do żadnego polskiego artysty. Oczywiście, jeśli tak się stanie, to trudno, ale chcę zrobić coś świeżego i nowego.

Zdradzisz, czego zatem mamy się spodziewać po twoim nadchodzącym materiale?

Szczerze? Zrobiłem tyle utworów w tak różnym stylu, że sam nie wiem, czego można się po mnie spodziewać (śmiech). Przez chwilę miałem pomysł, żeby zrobić część płyty w stylu ABBY, z drugiej strony interesuje mnie też trap. Chciałbym współpracować z różnorodnymi producentami i zobaczyć, gdzie mnie to poniesie. Na pewno mogę zdradzić co nieco à propos pięciu kolejnych singli - pierwsze z nich będą utrzymane w stylistyce lat 80., ale z końcówką pójdę w lata 90., i tam najpewniej zatrzymam się chwilę dłużej. Najbardziej liczę na utwór "Mandala", czyli mój trzeci singiel, do którego powstanie mój pierwszy klip - to będzie połączenie przypominające po części "Blinding Lights", po części "Take On Me" A-Ha. Zrobimy do niego teledysk, który w moich marzeniach wygląda trochę jak klip do "Beat It" Michaela Jacksona, ale czy te marzenia się spełnią - zobaczymy. Na pewno postaram się, żeby to było jakościowe i żeby nie wyglądało jak polska telenowela (śmiech). Tyle na ten moment mogę ci zdradzić, a co z tych planów wyniknie – obgadamy, mam nadzieję, przy następnej rozmowie.