Celeste: Artyści mają moc, żeby rzucać światło na historie, które mogłyby zostać przemilczane [WYWIAD]

Jedni rozpływają się nad jej "starą duszą", inni widzą w niej nową Adele albo Amy Winehouse. Celeste podbiła serca słuchaczy w Wielkiej Brytanii swoim pełnym ciepła wokalem i czarującym soulowo-jazzowym stylem muzycznym. Może się pochwalić np. główną nagrodą w plebiscycie BBC Sound of 2020 i nominacją do Złotego Globu, a to z pewnością dopiero początek. Jej debiutancki album "Not Your Muse" chwyta za serce i dzielnie walczy z tezą, że dziś muzyki z sercem już nie ma.

Celeste Waite urodziła się w Kalifornii - jako mała dziewczynka wraz z matką wróciła do brytyjskiego miasta Brighton, gdzie spędziła całe dzieciństwo. Muzyka towarzyszyła jej od dziecka. Mama słuchała The Clash, dziadek odkrył przed nią klasykę soulu i jazzu, którą później odkrywała też dzięki ojcu. W czerwonym Jaguarze dziadka pierwszy raz zapoznała się z twórczością Arethy Franklin. W 2017 roku wyprowadziła się do Londynu - w kieszeni miała 100 funtów i całą masę marzeń. Straciła pracę w pubie, bo ciągle znikała, żeby pisać piosenki. Dziś jej kariera nabiera coraz większego tempa - obok udanych singli i świetnie przyjętego albumu "Not Your Muse" nagrała piosenki do filmów "Co w duszy gra" i "Proces Siódemki z Chicago". Za utwór "Hear My Voice" do drugiego z wymienionych tytułów otrzymała nominację do Złotego Globu. Z Gazeta.pl Celeste porozmawiała o swoim procesie tworzenia, o emocjach, samoakceptacji i nie tylko.

Zobacz wideo Po co artyści korzystają z masek? Daft Punk twierdzili, że są robotami

Celeste: Musiałam zrozumieć, że nieuciekanie przed własną wrażliwością to wyraz siły

Maja Piskadło: Z twoją twórczością zetknęłam się po raz pierwszy w specyficznych okolicznościach: zeszłej jesieni któregoś dnia ruszyłam w długą podróż autobusem. Psychicznie czułam się fatalnie. Słuchałam muzyki, przeskakiwałam przez kolejne piosenki, aż trafiłam na "I Can See The Change" - i nagle miałam wrażenie, jakbyś mnie za pośrednictwem tego numeru mocno przytuliła. Myślę, że podobnie można się poczuć podczas słuchania wielu innych utworów twojego autorstwa - ciągle się zastanawiam, jak ty to robisz. 

Celeste: Bardzo ci dziękuję. Od razu sobie wyobrażam, jak jedziesz tym autobusem, promienie słońca wpadają przez okno, ty spoglądasz na drogę...

Powiem ci więcej - była noc i padał deszcz, melancholia podkręcona do granic możliwości.

Tym bardziej to widzę. Ale wracając do pytania - dla mnie najważniejszym elementem w pisaniu piosenek jest wyrzucenie z siebie jakiejś historii, która wręcz wyrywa się, żeby zostać opowiedziana. W życiu przechodzimy przez całą masę sytuacji, które zostawiają na nas ślady - niekoniecznie negatywne, ale wiesz, o co mi chodzi. Wypełnia się nasz bagaż emocjonalny. Z pisaniem kojarzy mi się nawet fizyczny ból.

Głowy? Serca?

Brzucha. Tam się u mnie chowa jakiś ciężar, który odczuwam szczególnie mocno, kiedy sobie odświeżam te różne sytuacje. Kiedy tworzę, staram się wedrzeć w ten ból. Psychicznie czasami to bardzo pomaga, czasami potrafi też dobić. Ktoś, kto tworzy muzykę, musi umieć wejść naprawdę głęboko do własnego wnętrza. Wspomniałaś o tym, jak się czujesz, kiedy muzyka w konkretny sposób do ciebie przemawia - ja mam podobnie z akordami, które odblokowują we mnie dźwięki i historie. Potem słowa się ze mnie wylewają, przyglądam się im i nagle wszystko się klei - widzę sens w tym, co chciałabym przekazać. 

 

A jak z dzisiejszej perspektywy, kiedy nabrałaś sporo doświadczenia, wspominasz moment, gdy ukończyłaś swoją pierwszą piosenkę w życiu?

Pamiętam, że zaczęłam od spisania na papierze garstki słów w formie wiersza, ale nie byłam pewna, co z tego wyjdzie. Stresowałam się, bo następnego dnia miałam pierwszy raz w życiu nagrywać w studiu i myślałam sobie, że przecież nie pójdę z pustymi rękami. Kiedy już pojawiłam się na miejscu, dostałam pytanie, czy mam jakiś pomysł na akordy albo melodię, a ja miałam tylko słowa. Ludzie, którzy wtedy ze mną grali, szybko wpadli na muzyczny trop, zaczęli grać na pianinie, szukać tej melodii - właśnie dzięki nim udało mi się wypracować własny proces. Najbardziej w pamięć zapadła mi końcówka tego dnia, kiedy śpiewałam do mikrofonu po prostu ustawionego na środku sali, między zespołem. Dopadło mnie takie poczucie spełnienia, satysfakcji, że z niczego udało się zrobić coś. A do tego nieodparte wrażenie, że będę robić coś takiego częściej, bo już wiem, że potrafię.   

Media lubią porównania - o tobie często mówi się m.in. jako o nowej Adele albo Amy Winehouse. Pada też np. Sade, sama słyszę w tobie inspiracje Niną Simone, Billie Holiday czy twoją ulubioną Arethą Franklin. Jestem ciekawa, jak - i czy w ogóle - takie opinie wpływają na twój proces twórczy. Z jednej strony to oczywiście forma dużego komplementu, ale z drugiej - forma, która wysoko winduje oczekiwania.  

Wiesz co, nie mam w związku z tym jakichś większych dylematów, bo doskonale wiem, kim jestem i znam swoje miejsce w muzycznym świecie. Ale zbija mnie z tropu fakt, że kiedy media piszą takie rzeczy, te oczekiwania urastają do tak wysokiej rangi, że ludzie spodziewają się po mnie dosięgania poziomu tych czy innych artystek. Nagle ja - osoba, która muzycznie jest dopiero juniorką, bo wypuszcza na poważnie muzykę od trzech-czterech lat i ciągle się uczy - jestem postrzegana przez pryzmat osób, które mają miliony fanów na całym świecie i po kilka albumów na koncie. Czasami wydaje mi się, że niektórzy dziennikarze tak właśnie na mnie patrzą, przez co o wiele ostrzej podchodzą do mojej muzyki, bo ich zdaniem nie dorównuję jednej czy drugiej gwieździe, a niby powinnam. 

To, że doskonale wiesz, kim jesteś, odzwierciedlają twoje teksty. Emanujesz w nich poczuciem pewności siebie, szczególnie jako kobieta, ale jednocześnie nie ukrywasz, że, jak każdy, niejeden raz w siebie wątpiłaś. Byłabyś w stanie wskazać coś, czego musiałaś się o sobie nauczyć, żeby wypuścić płytę w tym kształcie, który dzisiaj znamy? Żeby śpiewać takie teksty, jak np. "I can be bold, but I can’t be owned" ["Mogę być wyrazista, ale nie będę niczyją własnością"]? 

Potrzebowałam zdać sobie sprawę z tego, że nieuciekanie przed własną wrażliwością i słabymi punktami oraz szczere mówienie o tym to wyrazy siły. Można się ze sobą kłócić, upychać to głęboko do środka, ale uważam, że gdy zaakceptujesz swoje wady, słabości i pozwolisz sobie czuć, stajesz się w pełni człowiekiem.

Myślisz też o fizyczności?

Jasne. Trudno udawać przed sobą i światem, że nie jesteś tym, kim jesteś. O moich kompleksach śpiewam w piosence "Ideal Woman" - to, że w ogóle wypuściłam ten numer i miałam świadomość, że ktoś to kiedyś usłyszy, było z mojej strony przejawem godzenia się z rzeczami, które przez wiele lat uważałam w sobie za problematyczne.

 

Kiedy byłam młodsza, myślałam, że jestem za wysoka, bo mam ponad metr osiemdziesiąt wzrostu, albo źle się czułam z tym, że nie mam płaskiego brzucha, że noszę afro... Jednak w końcu dotarłam do punktu, w którym zwyczajnie akceptuję siebie, i uwielbiam to uczucie. Nie przepadam za sformułowaniem "kocham siebie", bo rzadko się mówi o tym, co to tak naprawdę, w samej esencji tego określenia oznacza.

A co oznacza?

Dla mnie to rozumienie swoich wad i podważanie tego, jak o nich myślimy. To pomaga stawać się lepszym.

Słuchacze doceniają cię za to, jak prostolinijnie i dojmująco bierzesz na warsztat temat miłości, przede wszystkim w kontekście związków i relacji. Zmienię nieco wcześniejsze pytanie - czego musiałaś się nauczyć czy dowiedzieć o miłości, żeby mogła powstać ta płyta?

Jestem teraz w bardzo szczęśliwym związku. Mogłam w niego wejść i rzeczywiście się zaangażować tylko dzięki poczuciu, że znam siebie. Na samym starcie miałam świadomość, że gdyby coś jednak poszło nie tak, to nie oznacza, że zawali się mój cały świat i będę musiała budować siebie od nowa. Wcześniej potrzebowałam też pozamykać pewne sprawy. "Strange" powstało w takim właśnie kontekście - była jak studnia, która się we mnie nagle otworzyła i wylała poczucie straty, pustki. Ale nie chodziło tutaj tylko o romantyczny związek - ta piosenka jest też o przyjaźni. O ludziach, których uwielbiałam, z którymi kiedyś spędzałam całe dnie, a którzy zniknęli. 

Dlaczego?

Ta piosenka wyznaczyła dla mnie nowy etap. Cieszyłam się, bo moja kariera muzyczna zaczynała się rozkręcać, ale przez to musiałam pourywać znajomości z wieloma osobami z Brighton, gdzie dorastałam. Sporo z tych relacji zaczęło funkcjonować już tylko w sytuacjach, w których nie chciałam brać udziału - mówię o chodzeniu na grube imprezy, piciu, braniu narkotyków. W chwili, kiedy zrozumiałam, że muzyka to coś naprawdę poważnego, koniecznością było odcięcie się od tego. Przepaść, która zaistniała między mną a moimi znajomymi i jej przeskoczenie było mi potrzebne, żeby znaleźć nowy sposób na życie. Chociaż to, co obecnie robię, jest naprawdę męczące i wymagające, nie zamieniłabym się za nic innego.

 

"Strange" ma jeszcze inny wydźwięk, który być może nie jest widoczny na pierwszy rzut oka. Odnoszę się tam do sytuacji, gdzie tracisz swoje prawdziwe "ja" z pola widzenia. Według mnie to największa strata z możliwych. Brak jasności pod względem tego, kim jesteś, niezwykle utrudnia funkcjonowanie w związku czy przyjaźni. A już szczególnie wtedy, kiedy kompleksy zżerają cię na tyle, że nie jesteś w stanie wchodzić w jakiekolwiek relacje. Cieszę się, że to przerobiłam i dotarłam do miejsca, w którym potrafię się otworzyć na miłość.

W kontekście tego, o czym opowiadasz, myślę sobie, że trzeba porządnie poznać siebie także po to, żeby mówić jednym głosem z innymi, albo wręcz takim głosem dla innych zostać. Na "Not Your Muse" znalazł się kawałek "Tell Me Something I Don't Know", który ma polityczny przekaz. Masz poczucie, że zabieranie głosu w sprawach wielkiej wagi jest twoją powinnością jako artystki?

Nie wydaje mi się, że na artystach spoczywa taki obowiązek nałożony z zewnątrz. Jednocześnie jestem zdania, że mamy moc, żeby rzucać światło na historie, które inaczej mogłyby zostać pominięte, nieopowiedziane. Wspomniałaś wcześniej na przykład o Ninie Simone - ona była pod tym względem niezwykle płodna. Opowiadanie historii może uprawomocnić i dawać ten metaforyczny głos ludziom, których wołania często nie słychać. Z mojego punktu widzenia jest tak, że w momencie, gdy sama powiem już to, co mam do powiedzenia o sobie, siłą rzeczy zastanawiam się, co mogę powiedzieć, zrobić dla innych. Stąd właśnie wzięła się piosenka "Tell Me Something I Don't Know" - ciążyło na mnie to, jak wiele niesprawiedliwości jest na świecie. Szczególnie odczuwam to oczywiście na moim własnym podwórku, w Wielkiej Brytanii.

Co masz na myśli?

Przy poprzednich wyborach parlamentarnych miałam nadzieję, że dojdzie do nowego otwarcia. Tak się nie stało - rządzi Partia Konserwatywna, która nie dostrzega podstawowych potrzeb wielu rodzin i pojedynczych osób w tym kraju. Mam wrażenie, że nasi politycy są totalnie odklejeni od tego, co to znaczy żyć, gdy nie da się tych właśnie podstawowych potrzeb wypełnić. Ten kawałek wypłynął z mojej frustracji i potrzeby zaprotestowania przeciwko temu, co obserwuję. To właśnie istota protestu - kiedy robi się naprawdę ciężko i czujesz się kompletnie ignorowany, stajesz do walki. 

 

Dla mnie ta piosenka to też jest protest, nawet jeśli subtelny w wyrazie. Chciałam zażądać odpowiedzi na pytania, które zadaje sobie całe mnóstwo osób. Myślę, że artysta może sporo zdziałać i zmienić przez puszczenie w eter konkretnego przesłania. Jeżeli tylko się nam chce, to możemy i powinniśmy tak postępować.