Kaśka Sochacka: Kiedyś myślałam, że piosenkarka musi mieć obcisłą sukienkę i wysokie obcasy. To nie mój świat [WYWIAD]

Słuchacze dziękują jej za to, że jest "normalna". Zanim Kaśka Sochacka wypuściła płytę "Ciche dni", musiała trochę powalczyć i bardzo cierpliwie czekać. Choć - jak sama podkreśla - towarzyszą jej czarne scenariusze, nie poddała się i po siedmiu latach zakrętów, rozstań i powrotów wreszcie wydała zbiór intymnych przemyśleń o miłości, w których chyba każdy może odnaleźć siebie. - Rzeczy, o których piszę, dotykają wszystkich, dlatego zupełnie nie boję się odsłaniać - mówi artystka.

Możecie ją kojarzyć np. z programów "Mam Talent" albo "Must Be The Music", a jeżeli znacie takie seriale jak "Zawsze warto", "Przyjaciółki" czy najnowsza "Tajemnica zawodowa", to na pewno znacie też jej głos. Kaśka Sochacka nie od dziś czaruje słuchaczy melodyjnym głosem i tekstami wziętymi z życia, jednak dopiero teraz można posłuchać jej debiutanckiej płyty "Ciche dni". Obok Kaśki na albumie usłyszycie Dawida Podsiadło, Vito Bambino i Korteza - ostatni z wymienionych panów odegrał w artystycznej drodze wokalistki ogromną rolę. Na wyprodukowane przez Olka Świerkota "Ciche dni" składają się historie o relacjach, uczuciach i niełatwych przeprawach w głąb własnej głowy. W rozmowie z Gazeta.pl Kaśka Sochacka opowiedziała co nieco nie tylko o swoim procesie twórczym, ale też m.in. o muzycznych inspiracjach, "rozsądkowych" studiach, współpracy z Kortezem i o tym, dlaczego artyści powinni zachęcać odbiorców do czytania. 

Zobacz wideo POPKultura. Mówią o niej "Kortez w spódnicy", ale Kaśka Sochacka to zupełnie osobne zjawisko

Maja Piskadło: Lada dzień ukaże się twój debiutancki album, ale ciebie samą trudno nazwać debiutantką, bo muzycznie działasz już od dawna. Droga do tej płyty była naprawdę długa i niełatwa - najlepiej obrazuje to zresztą spisana historia twoich ostatnich siedmiu lat, którą do tego krążka dołączyłaś. Spytam prosto - jak się czujesz przed premierą "Cichych dni"?

Kaśka Sochacka: Jestem bardzo podekscytowana i szczęśliwa. Tak jak mówisz, długo czekałam, żeby to się wydarzyło i w końcu mogę trzymać tę płytę fizycznie, co jest właściwie doświadczeniem definitywnym - już to mamy, już nic się nie zepsuje i ta płyta naprawdę się ukazuje. Jestem z niej bardzo dumna.

Umieściłaś tam kilka piosenek, które dojrzewały parę ładnych lat, twoi słuchacze dobrze je znają. Jedną z nich jest "Mróz", w którym śpiewasz m.in. o szukaniu definicji siebie. Jesteś teraz w punkcie, gdzie możesz powiedzieć, że taką definicję znalazłaś?

Myślę, że uczymy się siebie przez całe życie - ten proces nie ma końca. Dzisiaj na pewno wiem o sobie dużo więcej - wiem czego chcę i mam bardziej poukładane w głowie. 

 

Mam wrażenie, że wszystko, o czym śpiewasz, to rzeczy bardzo osobiste, i że mocno odsłaniasz siebie i to, co o sobie wiesz, przed światem. Nie boisz się tego?

Zanim zabiorę się do pisania tekstu na konkretny temat, trochę wody w Wiśle przepłynie. Staram się oceniać sprawy na chłodno - z piosenek na albumie tylko "Ciche dni" były spisane na gorąco. Rzeczy, o których piszę, są dość uniwersalne, dotykają wszystkich, dlatego zupełnie nie boję się tak odsłaniać. Oczywiście żyjemy w świecie, w którym każdy się trochę maskuje i stara się pokazywać, jakie to życie jest super, ale jesteśmy tylko ludźmi i nie wszystko zawsze jest takie ekstra, czasem każdy ma chwilę słabości.

À propos tej uniwersalności - w komentarzach do twoich numerów i występów moją uwagę zwróciły podziękowania od słuchaczy za to, że jesteś "normalna". 

Szczerze mnie to cieszy. Dawno, dawno temu wydawało mi się, że żeby być piosenkarką, trzeba założyć wysokie obcasy, obcisłą sukienkę i śpiewać. To nie był mój świat. Nawet kiedy z dziesięć lat temu zdarzało mi się założyć ten obcas i sukienkę na występ, czułam się jak w bardzo niewygodnym uniformie, który tylko mi przeszkadzał, kompletnie rozpraszał moją uwagę. W końcu przestałam o tym myśleć i poświęciłam się tylko muzie, która teraz jest moją pracą, dającą mnóstwo szczęścia. Wiesz, dla mnie słuchanie muzyki było zawsze czymś w rodzaju mechanizmu obronnego, służyło do tego, żebym mogła się przenosić w jakieś inne miejsca. Jeżeli teraz mogę swoimi numerami robić coś podobnego innym, to nic, tylko się cieszyć. Ale od reszty niczym się nie różnię - może właśnie poza tym, że czasem coś napiszę i zaśpiewam.

A kogo dzisiaj słuchasz, żeby się zainspirować? Na albumie słychać różne muzyczne wpływy - z jednej strony pobrzmiewają echa folku, obecnego w twoim życiu od najmłodszych lat; z drugiej mamy alternatywny pop w firmowym wydaniu Olka Świerkota, po drodze jeszcze trochę innych brzmień. "Z soboty na niedzielę" skojarzyło mi się na przykład ze współczesnym country.

Jeśli chodzi o inspiracje, w ostatnim czasie na pewno muszę wymienić Cigarettes After Sex, uwielbianą przeze mnie dreampopową kapelę. Bardzo bliscy są mi też Beirut, Sharon Van Etten i Nick Cave. Na co dzień słucham w streamingu całej masy składanek ułożonych pod moje preferencje - co prawda przez to zmasowanie ulatują mi nazwiska artystów i nazwy bandów, ale chłonę tę muzykę całą sobą. Wielki wpływ ma na mnie też oczywiście Olek - świetnie się odnaleźliśmy we wspólnej pracy, lubimy podobne rzeczy, nigdy nie ciągnęliśmy siebie nawzajem w przeciwne strony. Musiało minąć sześć lat, żebyśmy mogli się zabrać do roboty, ale ostatecznie wspaniale się zgraliśmy. Miałam dużo szczęścia, że tak wyszło. 

Szczęście bez wątpienia stanowi istotny czynnik w twojej muzycznej historii, ale wydaje mi się, że największą rolę odegrał twój niesamowity upór. Takie życie na czekanie i sinusoida, kiedy już prawie wszystko wypala, a potem znowu cisza, musiały się na tobie mocno odbić.

Były momenty, kiedy odpuszczałam i wydawało mi się, że nic z tego nie będzie. Nigdy się nie poddałam, choćby dlatego, że ciągle miałam zespół w Krakowie, ale graliśmy raczej okazjonalnie i w dodatku z coverami. Niemniej pozwalało mi to czegoś się trzymać. Nie wiedziałam, że potrafię być taka uparta i nieustępliwa. Zdałam sobie z tego sprawę dopiero, kiedy usiadłam, żeby napisać tę historię. Wszyscy dookoła mi mówili: "niesamowite to robi wrażenie, jak ty uparcie do tego dążyłaś", ale do mnie to nie docierało. I jak zabrałam się do pisania, zrozumiałam, że to było przecież siedem lat mojego życia. Nie uwzględniłam np. tego, jak wysyłałam CV do różnych firm i dostawałam ciągle zaproszenia na rozmowy rekrutacyjne. W pewnym momencie, czekając na jedno z takich spotkań, złapałam się za głowę i pomyślałam: "O Jezu, jak źle. Przecież ja nie chcę tego robić". 

Nie ma lekko, kiedy serce mówi jedno, a rozsądek drugie. Do tego chyba częściej niż rzadziej dochodzi presja środowiska - miałaś wokół ludzi, którzy odradzali ci artystyczną drogę?

Wiesz, mam super rodziców, którzy nigdy nie stworzyli sobie jakiegoś "planu na mnie". Dali mi zupełną swobodę i sama podjęłam decyzję, że idę w muzykę. Być może trochę ich to zdziwiło - co prawda pochodzę z rodziny, która amatorsko zajmowała się muzyką od zawsze, ale nikt się z tego nie utrzymywał. Dlatego moje myślenie o muzyce jako źródle utrzymania pewnie było dla nich sporym zaskoczeniem - jednocześnie wszyscy bardzo mocno mnie wspierają i dopingują. To ja sama miałam w sobie taki rozsądkowy "stoper". Pochodzę z małej miejscowości, w szkole nieźle się uczyłam, więc od razu nastawiłam się na studia, ale bez konkretnego pomysłu na nie. Wybrałam ekonomię, bo ten kierunek wydawał mi się rozsądny. Paradoksalnie ludzie dookoła kibicowali mi w muzyce, ale sama podchodziłam do tego z myślą, że warto mieć jakieś wykształcenie, bo z tym śpiewaniem różnie może być. 

Z drugiej strony - cóż z tego rozsądku, kiedy dusza i tak ciągnie do muzyki. Przypomina mi się fragment twojej historii, gdzie piszesz, jak siedziałaś w małym biurze z koleżanką, która namiętnie słuchała Trójki i marzyłaś o tym, żeby twój numer też popłynął kiedyś z eteru.

Też mi to mocno utkwiło w pamięci - siedzisz zamknięta w zupełnie innym świecie, a z małych głośniczków przebija się ten świat, w którym chciałabyś uczestniczyć. Wtedy ta mocna wiara, że mimo wszystko to się kiedyś wydarzy, pozwalała mi się odradzać jak przysłowiowy feniks z popiołów. 

No i wreszcie się udało - tą "trójkową" piosenką kilka lat temu okazała się "Wiśnia". Przy okazji odsłuchu płyty wróciłam do tego numeru pierwszy raz od dawna i odkryłam, że przez pandemię tekst "Wiśni" nabrał nowej warstwy znaczeniowej. 

Jasne, że tak. Kiedy pandemia się zaczęła, ludzie od razu do mnie pisali, że ten numer przepowiedział przyszłość. Cieszę się, że powstał wcześniej, bo być może dzięki niemu niektórym było chociaż trochę łatwiej przetrwać to, co się dzieje dookoła.

 

To prosta piosenka, która mierzy się z trudnymi emocjami - nie tylko z tęsknotą, ale też m.in. ze strachem. Zawsze uderzają mnie wersy, gdzie śpiewasz: "Podobno kiedyś codziennością będą trąby powietrzne" albo "W Japonii wiśnie zakwitły o dwie pory roku wcześniej". Strach o siebie, o miłość łączy się ze strachem o klimat, świat. 

Z natury jestem fatalistką, straszą mnie czarne scenariusze. W piosence “Boję się o ciebie” z nowej płyty umieściłam np. tsunami, bo ogromnie się go boję. Jeżeli jadę na wakacje nad ocean, zawsze sprawdzam historię danego miejsca w tym kontekście czy jakie jest zagrożenie, że to tsunami może wystąpić… Zawsze staram się uważnie obserwować to, co się dzieje dookoła, nie spływa to po mnie. W "Wiśni" nic nie jest wyssane z palca. Wszystko stało się mniej więcej w przeciągu tygodnia - podczas sprawdzania codziennej prasy docierały do mnie informacje czy to o Japonii i wiśniach, czy potężnym gradzie w Rzymie, potem sporo o tym czytałam… I nagle do mnie dotarło, że choćby nie wiem co się wokół działo, to nic nie zmieniło faktu, że ja… tęsknię. Cokolwiek się wydarzy, to uczucie tęsknoty jest silniejsze niż wszystko inne. 

Pozwolisz, że odejdę od tęsknoty ponownie na rzecz strachu, ponieważ sporo o nim śpiewasz na płycie. Wydaje mi się, że bohaterka liryczna twoich tekstów - bo nie wiem, czy na pewno ty - nie może do końca uwierzyć w szczęście, bo się boi, że zaraz coś się spieprzy, a - nawet więcej - że to będzie jej wina.

Na pewno jest w tych piosenkach doza zwiewnego smutku, przenikającego te treści. Te teksty można interpretować na różny sposób, z czego się bardzo cieszę - są one o miłości, ale gdyby zajrzeć głębiej, to może to być różna miłość, którą można przypisać do różnych ludzi. "Boję się o ciebie" może być wyrazem miłości do partnera, ale i do syna, rodzica, przyjaciela - kogoś, o kogo się boisz. Podobnie "Wiśnia" - ludzie pisali w komentarzach do niej, że tęsknią nawet za zwierzakiem. A czy bohaterce trudno jest uwierzyć w szczęście? Myślę, że ona jest świadoma tego, że w życiu są wzloty i upadki, że fortuna kołem się toczy, i po prostu to akceptuje. Zaczyna łapać w tym jakiś balans.

Ten balans trochę trudno się łapie w dzisiejszym świecie. Pędzimy na oślep, chcemy być we wszystkim najlepsi i często nie dajemy dojść do głosu temu, co mamy w środku.

Dlatego czasem trzeba sobie dawać wolne. Warto od siebie wymagać, bo w przeciwnym razie może nam przemknąć koło nosa mnóstwo doświadczeń i zwyczajnie zatrzymamy się w rozwoju, ale musimy też czasem dać sobie chwilę, żeby ochłonąć, coś sobie w głowie poukładać. Szukanie tego osławionego work-life balance to absolutny mus. Czasem trzeba odpocząć. 

Ktoś mógłby powiedzieć, że artysta o work-life balance wie niewiele, bo cóż takiego ma do balansowania. Czasem wyjdzie na scenę, coś sobie pośpiewa, czasem pójdzie do studia, ale generalnie ma luz i może żyć jak chce. Tymczasem - czego często nie widać - to konkretna, wcale nie taka łatwa robota.

Sama nie sądziłam, że to jest aż tak ciężka praca. Jest w niej cała feeria barw - masz mnóstwo nieprawdopodobnej radości, którą trudno jest do czegokolwiek porównać, ale też sporo stresu i wyzwań, bo jednak to, co robisz, oceniają inni. Ja cały czas jestem czymś zajęta, mam mało czasu na rozmowy z rodziną i przyjaciółmi, więc to nie jest leżenie brzuchem do góry. Myślę, że w tej pracy jest sporo takich emocji, których nie ma w żadnej innej, ale biorę to wszystko, chcę tego.

Ten element oceny, o którym mówisz, jest niezwykle istotny w momencie, gdy stykamy się z dużymi wydarzeniami społeczno-politycznymi. Dość szybko narasta pewnego rodzaju presja, żeby zabrać głos, z którą różni artyści różnie sobie radzą. Ty zdajesz się od tego typu sytuacji stronić. 

Każdy artysta powinien robić to, co uważa dla siebie za najlepsze. Jeżeli ktoś chce artystycznie zabierać głos na określone tematy i pisać takie, a nie inne piosenki, to powinien to robić. Ja nie potrafiłabym do tego podejść na siłę - gdyby ktoś do mnie przyszedł i powiedział: "słuchaj, jest teraz taka sytuacja gospodarczo-polityczna, napiszmy o tym piosenkę", mówię pas. To, co i jak piszę, wychodzi prosto ze mnie - gdybym sama coś takiego napisała i była dumna z tego, jak wyszło, jak najbardziej bym się tym podzieliła, ale musiałoby to być od początku do końca artystycznie uzasadnione. 

Kaśka SochackaKaśka Sochacka fot. Agata Trafalska (mat. prom. / Jazzboy Records)

Przy dzieleniu się tego typu rzeczami trzeba się liczyć z tym, że taki ruch na pewno spotka się z falą komentarzy, niekiedy naprawdę mocnych - i znowu wywierających presję, ale tym razem np. w kierunku zmiany wyrażonego zdania.

Pandemia bardzo dobrze to pokazała, kiedy zamknęliśmy się w domach i porozumiewaliśmy się internetowo - szybko się okazało, jak bardzo podzieleni jesteśmy i jak łatwo dajemy się wciągać w kłótnie. Obserwując niektóre z takich wymian, od razu widać, jak jedni brną głęboko w założoną narrację, a inni czują się przez to zdradzeni i emocje w nich buzują. Myślę sobie, że może my jako artyści powinniśmy zachęcać do czytania, badania źródeł, żeby jeden mem na Facebooku nie budował świadomości o danym problemie. Jestem pewna, że gdyby grzebanie w faktach i sprawdzanie źródeł było powszechnym zjawiskiem, odpadłoby wiele problemów, na które cierpimy. To bardzo ważne, żeby nie rzucać osądów zbyt pochopnie. Ktoś kiedyś powiedział, że im więcej wie, tym mniej wie - i to chyba kwintesencja tego, o czym mówię. 

Wróćmy jeszcze na moment do muzyki i do artystycznych spotkań. Znowu gadam o wzruszeniach, ale nie mogłam nie uronić łezki, kiedy posłuchałam numeru "Dla mnie to już koniec". Na dodatkowej płycie została zamieszczona pierwsza wersja, śpiewana przez ciebie samą, ale na płycie "głównej" to duet z Kortezem, czyli jedną z osób towarzyszących ci niejako od początku tej kilkuletniej muzycznej przeprawy. Jak doszło do tego, że wykonaliście wspólnie akurat ten kawałek?

Ta piosenka pierwotnie nie miała być duetem - powstała w takiej konfiguracji, w jakiej można jej posłuchać na drugiej płycie. Jesienią mieliśmy ruszyć w trasę i chcieliśmy zagrać coś nowego, więc wysłałam ten numer do Łukasza z intencją, że może go zaaranżujemy pod koncerty. Jemu bardzo się spodobało i zaproponował, żebyśmy zaśpiewali razem, co dla mnie było przepiękne. Jestem Łukaszowi niezwykle wdzięczna, bo dużo dla mnie zrobił - to, że byliśmy razem w trasie, że graliśmy "Wiśnię", że mogłam pożyć w jego bajce, od której tak dużo się zaczęło. Jak przyszło co do czego, nie miałam nawet krzty śmiałości, żeby w ogóle pomyśleć, że na mojej płycie miałyby być jakieś duety. Tymczasem Łukasz sam wyszedł z inicjatywą i nadał tej piosence nowy wydźwięk - dochodzi tutaj kontekst damsko-męski, którego nie ma, kiedy śpiewam sama. A to, że wersja solowa znajduje się na drugim krążku, to decyzja wydawnicza, bo wszystkim się wydawało, że ten numer ma trochę inny vibe, gdy śpiewam go sama i gdy śpiewam go z Łukaszem.

Ważną osobą, która tworzyła z tobą płytę, jest też Agata Trafalska. W rozmowie, którą niedawno czytałam, Agata mówiła, że jej ingerencja w twoje teksty nie jest duża; z kolei ty w swoim story wspominasz: “Agata uświadomiła mi, że to, co staram się chować, jest najlepsze”.

Gdyby nie Agata, nie byłoby tej płyty, wyglądającej w taki sposób. To, że dwa lata temu spojrzała na mnie inaczej, że chciała mnie poznać, że ja się przed nią otworzyłam i pokazałam jej rzeczy, które trzymałam gdzieś na dyktafonie i wiersze z “szuflady” - to zmieniło wszystko. Szczególnie na początkowym etapie Agata bardzo mi pomagała - wysyłałyśmy sobie nawzajem fragmenty, nakręcałyśmy się. Niektóre teksty, jak np. "Z soboty na niedzielę", zaczęłyśmy pisać w wakacje 2019, a skończyłyśmy zimą 2020. Z "Wiśnią" było tak, że miałam dwie zwrotki, refreny, cały aranż, melodię, a później razem pracowałyśmy nad kolejnymi zwrotkami. Część numerów powstała w ten sposób.

Powstanie innych zainspirował Olo, który powiedział mi: "słuchaj, jak zrobiłaś 'Wiśnię' tak, że najpierw napisałaś tekst, a potem zrobiłaś muzę, to może po prostu nagrywaj tak piosenki". Spodobało mi się to - czasami, kiedy wpadł mi do głowy jakiś dobry wiersz, próbowałam go zaśpiewać. Tak np. powstały "Znowu", "Balkon", "Ciche dni". Każdy z tych tekstów ma inną historię, udział Agaty w nich jest różny. Ale wszystko, co zrobię, jej pokazuję. Niezwykle ważne dla mnie jest jej zdanie.