Zwolniony dziennikarz Radia Gdańsk pewny, że poszło o podpis ws. "lex TVN". "Słyszałem, że prezes jest zły" [WYWIAD]

Dziennikarz kulturalny Radia Gdańsk i Programu 2 Polskiego Radia Marcin Mindykowski po dziewięciu latach został poinformowany o rozwiązaniu umowy przez lokalną rozgłośnię. W rozmowie z Gazeta.pl potwierdza, że dostał reprymendę od swojego kierownika za podpisanie się pod apelem dziennikarzy w sprawie "lex TVN".

Marta Korycka: W jaki sposób dowiedział się pan o zakończeniu współpracy?

Marcin Mindykowski: Odnalazłem apel ws. "lex TVN" w internecie, mój podpis ukazał się 14 sierpnia w "Wyborczej" i oko.press. 19 sierpnia dostałem telefon od mojego bezpośredniego przełożonego, czyli szefa działu kultury w Radiu Gdańsk, który powiedział, że prezes pokazał mu ten list i odnalazł pod nim mój podpis. Spytał, dlaczego podpisałem jakiś niszowy protest niszowych portali i niszowych dziennikarzy, na co odpowiedziałem, że to chyba nie jest niszowy protest, skoro podpisało się ponad tysiąc dziennikarzy, w tym naczelni największych ogólnopolskich mediów. Usłyszałem: "Ale nie podpisał się nikt z mediów publicznych", na co odpowiedziałem, że to nieprawda, bo jest kilka nazwisk z Polskiego Radia.

Tłumaczyłem też, że to nie jest protest w mojej obronie, ani w sprawie publicznego radia, tylko protest przeciw ustawie, którą uważam za skrajnie szkodliwą dla naszego kraju - wizerunkowo i międzynarodowo. Ale przede wszystkim taką, która godzi w wolność słowa i pluralizm medialny i jako zaniepokojony obywatel mam prawo wyrazić swój pogląd, co gwarantuje mi Konstytucja. W dodatku jestem dziennikarzem, więc sprawy wolności słowa są dla mnie bardzo ważne. Mój kierownik stwierdził jednak, że nie będzie nadstawiał za mnie karku i mnie bronił. Rozmowę zakończyła uwaga, że teraz prezes podejmie w mojej sprawie decyzję. To było w czwartek, a w poniedziałek dostałem telefon z sekretariatu radia, że jest pismo do odbioru dla mnie. Byłem wtedy w Warszawie, więc pojawiłem się w firmie we wtorek rano. Otrzymałem jednozdaniowe pismo, bez podania powodu, o rozwiązaniu umowy, która obowiązywała od 2012 roku. Od razu próbowałem spotkać się z prezesem w celu uzyskania wyjaśnień, obiecano mi, że moja prośba zostanie przekazana i jak tylko prezes się do niej odniesie, zostanę powiadomiony o możliwym spotkaniu. Do spotkania nie doszło przez dwa kolejne dni, nie nadeszła też żadna odpowiedź, mimo powtórnej próby kontaktu z mojej strony. Jeszcze tego samego dnia strażnik kazał mi oddać kartę umożliwiającą wstęp do radia.

Rozumiem, że dla pana powód decyzji jest oczywisty?

Absolutnie tak. Od paru osób słyszałem, że prezes jest zły, że wyraża oburzenie w sprawie mojego podpisu, odbyła się też rozmowa z moim przełożonym, który poinformował mnie o tej reakcji i zastrzeżeniach do mojego wsparcia dla protestu dziennikarzy.

Studio TVN24 podczas programu FaktyKRRiT ciągle nie podjęła decyzji o koncesji dla TVN24. Rząd zmienia taktykę

Zobacz wideo Kayah i Super Girl & Romantic Boys w jednym secie? Męskie Granie Orkiestra zaskoczyła tak, jak tylko ona potrafi

Czy wcześniej - przed publikacją apelu dziennikarzy - były jakieś sygnały, że umowa może być rozwiązana?

Ta umowa od lat była niestety umową o dzieło, tzw. umową śmieciową. Zacząłem współpracować z Radiem Gdańsk jeszcze jako dziennikarz "Dziennika Bałtyckiego", jako osoba gościnnie recenzująca filmy na antenie. Natomiast już od wielu lat to było moje główne źródło utrzymania i uważam, że między mną a radiem istniał stały stosunek pracy. Miałem swoje audycje, robiłem materiały do wielu pasm, do programów o tematyce kulturalnej i serwisów informacyjnych, prowadziłem magazyny. Zarówno zarobki, jak i zakres moich obowiązków i aktywności od co najmniej trzech lat sugerowały zmianę formy zatrudnienia, ale radio uporczywie zastępowało to umową śmieciową. Przypuszczam, że będzie to podnoszone przez związek zawodowy - syndykat dziennikarzy, którego jestem członkiem i do którego skierowałem pismo wysłane do prezesa [otrzymaliśmy je do wglądu - red.].

Myślę też, że etat dla mnie przez ostatni rok wstrzymywał mój protest w sprawie zakazu informowania o festiwalu Docs Against Gravity na naszej antenie. Domyślam się, że powodem był jeden z filmów, który poruszał sprawę sytuacji osób LGBT w Czeczenii, podczas wydarzenia była organizowana debata na temat sytuacji osób LBGT w Czeczenii i Polsce. Mailowo otrzymałem zakaz informowania na antenie o całym festiwalu. Wtedy przygotowałem list wewnętrzny, podpisało go ponad 30 dziennikarzy naszej rozgłośni. Kiedy w ostatnim roku z kierownikiem poruszałem sprawę etatu, słyszałem zresztą, że uratował mnie spod topora, a prezes jest na mnie cięty. I że powinienem się cieszyć, że tu jeszcze pracuję, bo już wtedy chciał mnie wyrzucić.

Siedziba Radia GdańskPodpisał apel ws. "lex TVN" i stracił pracę w Polskim Radiu. Mamy oświadczenie Radia Gdańsk

Rozważa pan kolejne kroki, sąd pracy?

Nie chciałem być ofiarą medialną tej sytuacji ani robić z siebie męczennika. Zrobił go ze mnie prezes Radia Gdańsk. Podpisując list, chciałem po prostu jako dziennikarz zabrać głos w sprawie dla mnie fundamentalnie ważnej, wolności słowa i pluralizmu mediów. Nie spodziewałem się, że to się aż tak rozwinie. Nie chciałem też jeszcze nagłaśniać tej sprawy. Gdy koleżanki i koledzy napisali o tym w mediach społecznościowych, montowałem swój ostatni materiał, uznając, że moi rozmówcy zasługują na to, by się ukazał, mimo pisma, które otrzymałem. Na pewno jestem zdeterminowany, by wykorzystać wszystkie możliwości prawne i medialne w celu dochodzenia swoich praw i racji.

Współpracuje pan też z Programem II Polskiego Radia. Co z tą umową?

Mam osobne umowy z każdą rozgłośnią, z którą współpracuję. Na razie ta obowiązuje, nie wiem, jak będzie po nagłośnieniu tej sprawy. Teoretycznie te umowy są niepowiązane, nie wiem, jak Dwójka zachowa się w tej sytuacji.

Więcej o: