Jako Lilly Hate Roses działali od 2012 roku i wydali dwa studyjne albumy. Teraz ukaże się pierwszy, zupełnie inny, już pod nową nazwą. - Nigdy jeszcze nie wyszliśmy z tylu stref komfortu, co w ciągu ostatnich siedmiu miesięcy - czy to przez nowy wizerunek Kasi, czy przez moje dziaranie się w klipie, czy zwyczajnie w kwestii tworzenia muzyki… Cieszę się, że te zmiany widać, bo najbardziej się obawiałem, że wraz ze startem nowego zespołu nikt nie poczuje różnicy. Gdybyśmy po prostu wydali trzecią płytę Lilly Hates Roses, byłoby to z pewnością znacznie mniej rozwojowe. Tymczasem porzuciliśmy wszystko - gramy z innymi osobami, zmieniliśmy wytwórnię, management. Wszystko zaczęliśmy od nowa - mówią w rozmowie z Gazeta.pl.
Kamil Durski: Kiedyś przeczytałem, że śmiertelność jako cecha jest dobra, bo narzuca nam ambicję, żeby coś ze sobą robić. Mając gwarancję, że przyjdzie następny dzień, odkładalibyśmy w nieskończoność wszystko. Tymczasem świadomość tego, że mamy ograniczony czas, że wszystko się kiedyś skończy, że umrzemy, daje napęd, żeby działać. Ego nie jest już w kosmosie, bo zaczynamy się traktować z większym dystansem; rozumiemy, że jesteśmy tak samo istotni jak inni ludzie, mamy podobne lęki...
Kasia Golomska: Ja zrozumiałam to wszystko lepiej przez pandemię - tak jak wiele osób bardzo dużo czasu spędziłam, siedząc i zamartwiając się, co będzie dalej. I myślałam o tym, że to się nigdy nie skończy, że nie wyjdziemy z zamknięcia… A potem uznałam: matko, czas ucieka, a ja siedzę, zamiast brać się do roboty. To pewnie brzmi górnolotnie, ale, kurczę, taka prawda! Nauczyłam się od Kamila, żeby na koniec dnia mówić sobie na przykład: "dzisiaj było dobrze, zrobiłem takie i inne rzeczy". To dotyczy zarówno pracy, jak i spraw dla siebie - żeby codziennie znajdować jakiś promyczek.
KD: U mnie magiczne kliknięcie nastąpiło kilka lat temu, kiedy uznałem, że życie rzeczywiście nie ma sensu… ale to nic (śmiech). Piosenka "Umrzesz tak jak ja", która jest wyrazem "pozytywnego nihilizmu", opowiada o tym, żeby dobrze wykorzystać czas, który tutaj mamy. Co prawda w tekście ujęliśmy to nieco ironicznie, ale chyba każdemu zależy na tym, żeby się uwolnić od wszechobecnej sztuczności i plastiku, żeby oddychać pełną piersią…
KG: Tak, można tak powiedzieć. Wiesz, ATLVNTA powstawała bardzo długo. Musieliśmy przerywać prace nad utworami, żeby skupić się na zerwaniu kontraktu, szukaniu nowej wytwórni - samo to zajęło nam rok i przy okazji całą głowę. Po dłuższym czasie uświadomiliśmy sobie, że od dawna nie napisaliśmy ani jednej piosenki i że skupiamy się na wszystkim oprócz robienia muzyki. Byliśmy przy tym zamknięci na zmiany, nowe rzeczy... Kiedy pracowaliśmy nad trzecią płytą Lilly Hates Roses, wszystkie utwory były gitarowe, podobne do siebie, konserwatywne brzmieniowo. Aż tu nagle Bogdan zasugerował, żebyśmy zmienili nazwę i zaczęli robić więcej - może się wydawać, że to prosta rada, ale dla nas była jak grom z jasnego nieba.
KD: Tworząc Lilly tyle czasu, nie zdawaliśmy sobie sprawy, że możemy zrobić taki ruch. Mieliśmy zespół przez siedem czy osiem lat i staliśmy się w jakimś stopniu niewolnikami jego konwencji. Dopiero Bogdan pokazał nam, że można inaczej. Doskonale pamiętam ten dzień, bo rozmawiałem z Kasią przez telefon, jadąc do domu komunikacją miejską...
KG: Kamil mi o tym przypomniał, kiedy odbieraliśmy płytę. "Pamiętasz, jak ci powiedziałem w autobusie, że za pomocą umysłu w trzy lata stworzymy przedmiot? To jest on" (śmiech).
KG: Ciekawe pytanie. Sam pomysł na tamtą nazwę powstał lata temu, kiedy chciałem spersonifikować punkówę, którą zobaczyłem w pociągu - wyobraziłem ją sobie jako kogoś, kto nienawidzi róż i dałem jej na imię Lilly. Jej postać zawsze w jakiś sposób nam towarzyszyła, np. na okładce naszej pierwszej płyty. Myślę, że gdyby istniały takie dwie dziewczyny, byłyby to dwie wersje Kasi na przestrzeni lat. Lilly była skromną, introwertyczną marzycielką…
KG: Tak, z uwagi na nagość YouTube zaczął nam obcinać zasięgi, a do tego straciliśmy kilka współprac. Pewnie mogłoby to wyglądać inaczej, gdyby ludzie nie znali nas, zwłaszcza mnie, z etykiety grzecznych i zawsze ubranych osób (śmiech). W Lilly na przykład nosiłam swetry po samą szyję, więc ten kontrast z ATLVNTĄ mógł niektórych przestraszyć. Do pewnego momentu nawet nie byłam o to zła, bo rozumiem, że kiedy się robi coś takiego, nie można liczyć na to, że wszystkim się to spodoba. Gorzej, kiedy wchodzi element oceniania z góry nagości, erotyki jako czegoś niewłaściwego. Najważniejsze jest dla mnie to, że ja czuję się z tym super. Zawsze wszystkiego się bałam - bałam się ludzi, bałam się mówić, bałam się siebie, i w końcu przyszedł moment, kiedy mogę głęboko odetchnąć. Znalazłam swoją drogę i mam nadzieję, że jak najwięcej osób polubi moje nowe wcielenie - ale na to nie mam już wpływu.
ATLVNTA mat. prasowe
KD: Masz rację. Nigdy jeszcze nie wyszliśmy z tylu stref komfortu, co w ciągu ostatnich siedmiu miesięcy - czy to przez nowy wizerunek Kasi, czy przez moje dziaranie się w klipie, czy zwyczajnie w kwestii tworzenia muzyki… Cieszę się, że te zmiany widać, bo najbardziej się obawiałem, że wraz ze startem nowego zespołu nikt nie poczuje różnicy. Gdybyśmy po prostu wydali trzecią płytę Lilly Hates Roses, byłoby to z pewnością znacznie mniej rozwojowe. Tymczasem porzuciliśmy wszystko - gramy z innymi osobami, zmieniliśmy wytwórnię, management. Wszystko zaczęliśmy od nowa. Ja w Lilly zawsze byłem szarą eminencją, a teraz wyszedłem z cienia i rapuję (śmiech).
KG: Na pewno częściowo wynika to z wyjścia z cienia, o którym mówił Kamil. Pod językiem angielskim można się ukrywać, bo ludzie niekoniecznie słuchają, o czym dokładnie w nim śpiewasz. Możesz opowiadać mroczną historię swojego życia i wyłapią to dwie osoby z dziesięciu. W polskim wydaniu słuchacze siłą rzeczy nadstawiają uszu i sprawdzają, co takiego masz do powiedzenia - a wypada mieć coś sensownego.
KD: Próba przestawienia się na język polski była dla nas mobilizująca pod wieloma względami. Zauważyłem, że jako tekściarz często piszę w naszym języku dla innych, ale nigdy dla siebie. Z jednej strony chodziło o zburzenie tego muru, który za pomocą angielskiego można sobie postawić, ale tak, z drugiej również o wspomniany przez ciebie trend. Postanowiliśmy, że jeżeli to ma być zupełnie nowe, nie możemy być w tyle i musimy się zmierzyć z polskim.
KD: Wierzę, że nasz album przekazuje pozytywny komunikat. Teksty są nieco nostalgiczne - dołujący jest może tylko jeden - jednak zależało nam, żeby to była przyjemna podróż. Podczas pisania fascynowała mnie słabość człowieka jako cecha, która jest normalna, wybaczalna. Jednym z motywów przewodnich jest to, żeby przestać się dojeżdżać za rzeczy, których już nie zmienimy. Wchodzimy też w przestrzeń światopoglądową - w utworze "Srebro" pozwalam sobie na przykład na diss w stronę legionistów. W Lilly Hates Roses na tego typu zabiegi nie było miejsca, bo nie pasowało to do naszej folkowej konwencji.
KG: W Lilly mieliśmy hamulce, których nie potrafiliśmy przejść - jeśli inspirowaliśmy się Tame Impalą, to chodziło ciągle o pierwszą płytę. Nie chcieliśmy widzieć tego, że Parker [Kevin Parker, załóżyciel grupy - red.] poszedł dalej i robi inne rzeczy, i że może my też powinniśmy. Teraz jesteśmy w stanie dostrzec inne elementy w tych samych, dobrze nam znanych utworach i zabrać z nich coś dla siebie.
KD: Inspirują nas te same cechy muzyki, bez względu na gatunek. To samo lubimy w techno, trapie, folku, metalu… Chodzi na przykład o niewymuszoną przebojowość - piosenka układa się naturalnie, intuicyjnie, i to można zaobserwować wszędzie. A co do tej "kotwiczki" w Lilly Hates Roses, kilka utworów, które weszły na płytę ATLVNTY (a zrobiliśmy około 60 numerów), miało być na trzeciej płycie LHR. Wtedy wiedzieliśmy tylko tyle, że nie chcemy już grać folku, ale i nie chcemy rozwadniać Lilly, bo lubimy konceptualne granie. Lilly miała realizować postanowienia muzyki folkowej, dlatego stanęliśmy w stylistycznym rozkroku.
KG: Szczerze mówiąc, poznaliśmy to określenie dopiero w chwili, kiedy ktoś nam je przypisał.
KD: Ale spodobało mi się to, że o ile folk to muzyka "prowincjonalna", z natury, o tyle teraz gramy przeciwieństwo folku, stąd etykieta jest trafna. ATLVNTA ma problem, jeśli idzie o jednoznaczną metkę gatunkową. To nie jest do końca alternatywa, to nie jest hip-hop, nawet rave’owe numery nie są w stu procentach rave’owe… "Urban", muzyka miasta, ładnie to spina. Nie mówiąc już o tym, że mieszkamy w mieście, które ma dwa miliony mieszkańców, więc gdzie z tym folkiem…
KG: Aczkolwiek trzeba pamiętać, że kiedy zaczynaliśmy Lilly, mieszkaliśmy w bardzo małych miejscowościach. No i wszystko się zmieniło.
KD: Może Kanye Westa? (śmiech). Jesteśmy jego fanami! Sam uwielbiam też stary polski hip-hop. Ostatnio zastanawialiśmy się z kumplem, co odróżnia tę muzykę od całej reszty. Paktofonika czy Pezet nie byli "polską odpowiedzią na…". Robili wtedy coś swojego, bo nie było łatwego sposobu, żeby samplować rzeczy z Zachodu, dlatego stary polski hip-hop stoi na samplach ze starych polskich płyt. Bardzo chciałem zawrzeć podobny klimat na naszym albumie - pomiędzy piosenkami mamy więc skity, natomiast brzmieniowo… Cóż, "Anthrax" trochę przypomina mi Tworzywo**; z kolei beat w "Umrzesz tak jak ja" miał być truskulowy, stąd ten flecik, który kojarzy mi się z Pezetem. Dorzuciliśmy tam perkusję z paczki sampli z Tame Impali, no i voila — mamy mieszkankę Australii i prawdziwego rapu z Katowic.
KD: Planujemy jeszcze jeden teledysk, później pojedyncze koncerty jesienią i pełna trasa wiosną. Z wiadomych względów jeszcze się wstrzymujemy - nie tylko ze względu na pandemię, ale i dlatego, że nasz zespół jest stosunkowo nowy, chcemy jeszcze trochę popróbować, zanim ruszymy w świat. To lato pozytywnie nas zaskoczyło, bo nie planowaliśmy zupełnie żadnych koncertów, ale ostatecznie wpadliśmy i na Open’er Park, i na Soundrive Festival. Na razie powiem krótko: gramy w trio, na scenie jest z nami jeszcze bębniarz, i staramy się utrzymać hip-hopowe, imprezowe flow. Ciąg dalszy nastąpi!
* Muzyk, kompozytor, wokalista, multiinstrumentalista i producent muzyczny. Dwukrotny laureat nagrody polskiego przemysłu fonograficznego Fryderyka.
** Fisz Emade jako Tworzywo Sztuczne, Fisz Emade Tworzywo - grupa powstała w 2002 roku w Warszawie z inicjatywy braci: producenta muzycznego i instrumentalisty Piotra "Emade" Waglewskiego oraz rapera i wokalisty Bartosza "Fisza" Waglewskiego