Olly Alexander: Piosenka była mi potrzebna, bo dzięki niej przypomniałem sobie, jak to jest czuć się sexy

Wiosną zeszłego roku electropopowy zespół Years & Years ogłosił, że muzyczne drogi jego członków się rozchodzą. Pod szyldem Y&Y działa teraz sam Olly Alexander, który 21 stycznia zaprezentował pierwszą solową płytę "Night Call". To wydawnictwo pełne radości, głodu życia, porywające do tańca. - Zrozumiałem, że właśnie takiej płyty potrzebuję. Żadnych ballad - jedziemy z tym do klubu - opowiada w rozmowie z Gazeta.pl wokalista i aktor.

Olly Alexander płynie na fali spełniania marzeń. Nagrał dwa utwory z Kylie Minogue, zaśpiewał na gali BRIT Awards z Eltonem Johnem, zdobył mnóstwo pochwał za wymagającą rolę w serialu HBO "Bo to grzech", a teraz wydał pierwszy solowy krążek. Sam Alexander podkreśla, że rozejście się Years & Years, czyli zespołu, który współtworzył z Mikeyem Goldsworthym i Emre Türkmenem, było kwestią czasu. Każdy z nich zaczął poszukiwać w muzyce innych rzeczy. Na płycie "Night Call" słychać, że Alexander w tej chwili potrzebuje jednego: dobrej zabawy. 

O "Night Call" przyszło nam rozmawiać na kilka tygodni przed premierą — od tamtej pory kształt płyty zmieniał się jeszcze kilkakrotnie. Intensywne zmiany stały się zresztą niemalże stałym elementem życia Alexandra, który na przełomie 2019 i 2020 roku był przygotowany z całym zestawem piosenek do wydania kolejnego krążka z Years & Years. Potem wybuchła pandemia, a on został sam na pokładzie Y&Y i postanowił zacząć wszystko od nowa. - Skąd w tak pełnym wyzwań i trudności czasie czerpałeś energię do stworzenia tak kolorowego, pełnego życia albumu? - pytam.

- Część tej energii na pewno przyszła z muzyki Sylvestra czy innych legend disco, takich jak Donna Summer. Kiedy zaczynałem pracę nad płytą, dopiero skończyliśmy kręcić serial "Bo to grzech", którego akcja toczy się w latach 80., więc wczułem się mocno również w ducha tamtego okresu. Mnóstwo tanecznych utworów wyrażało wtedy wolność i radość pośród wszechobecnego smutku, niepokoju, nawet żałoby. Te brzmienia do dzisiaj rezonują z ludźmi na całym świecie - opowiada Alexander. - Podczas lockdownu, gdy nie mogliśmy się nigdzie ruszyć, zanurzałem się w takich brzmieniach, tańczyłem, kręciłem hula hop... i zrozumiałem, że właśnie takiej płyty potrzebuję. Żadnych ballad — jedziemy z tym do klubu. To piosenki, do których chce się tańczyć i które chcesz śpiewać.

Zobacz wideo "Bo to grzech" - zwiastun

Chociaż po odsłuchu "Night Call" nie ma wątpliwości, że wokalista inspirował się latami 80., jego płyta nie brzmi w stu procentach ejtisowo, co teraz przecież najmodniejsze. "Night Call" bardziej przypomina mi późne lata 90. i pierwszą połowę lat 2000. - Miałam nawet w głowie obraz ciebie, dorosłego Olly’ego, zabierającego siebie z lat dorastania na imprezę i to, jak pokazujesz temu chłopakowi, że jeszcze sporo dobrego przed nim - mówię, na co Alexander przytakuje: - Dokładnie! Idealnie to ujęłaś, nie mam nic do dodania.

Tak jak wspomniał sam Olly, w latach 80. osadzona jest za to fabuła serialu HBO "Bo to grzech", który dotyka barwnej, ale i niezwykle trudnej historii społeczności LGBTQ+ w Wielkiej Brytanii. Kiedy na horyzoncie pojawia się nowy wirus, bohaterowie zostają poddani życiowej próbie. Kolejna dekada wprowadza ich w dorosłość w cieniu epidemii AIDS, co nie oznacza, że w młodych ludziach gaśnie nieposkromiony apetyt na życie i pragnienie miłości.

- W trakcie pracy nad tak intensywną emocjonalnie produkcją jak "Bo to grzech" rodzą się wyjątkowe relacje, oparte na prawdziwym zaufaniu - zapewnia Alexander, który zaprosił znajomych z planu, żeby wystąpili w klipie do singla "Crave". - Jestem ogromnie wdzięczny chłopakom, że znaleźli dla mnie czas, chociaż wcale nie musieli. Bardzo chciałem ściągnąć wszystkich, m.in. Lydię [West] i Calluma [Turnera], ale dogranie kalendarzy nas przerosło. 

 

Dla 31-letniego artysty, który łączy pasję do muzyki z miłością do aktorstwa, występ w "Bo to grzech" okazał się przełomem. Nic dziwnego, że musiał go okupić pewnym poświęceniem. W rozmowie z "Guardianem" Alexander wyznał, że przed kręceniem scen erotycznych potrzebował się wczuć w "scenicznego Olly’ego" — zdarzało się, że śpiewał sam do siebie. 

Nie wiesz nawet, jak niezręczne są takie chwile, szczególnie podczas przełamywania lodów. Piosenka była mi potrzebna, bo dzięki niej przypomniałem sobie, jak to jest czuć się sexy. Trudno mi było się rozebrać przed kamerą. Na szczęście mieliśmy koordynatorkę intymności [Itę O’Brien - przyp. red.], która wsparła nas w całym procesie. Rozmawialiśmy m.in. o tym, kiedy czuję się sexy w stu procentach — odpowiedź brzmiała oczywiście: na scenie, kiedy śpiewam i daję się ponieść muzyce. Musiałem więc sprowadzić koncertowego Olly’ego na plan, żeby wszystko się udało

- wyjaśnia wokalista. Po tak angażującym emocjonalnie projekcie i w obliczu szaleństwa, które otacza nas wszystkich od blisko dwóch lat, nadszedł moment, by poszukać odskoczni i odlecieć gdzieś daleko. Na przykład wśród syren. - Świat "Night Call" jest inspirowany głównie mitologią i baśniami. Im starszy jestem, tym lepiej widzę, że to ważna część mnie i mojej wyobraźni. Do tego sama muzyka pop ma niezwykłą moc przenoszenia nas w czasie i przestrzeni, dlatego jeśli można opowiedzieć za jej pomocą bajkę, to czemu nie? - mówi Alexander. - Wyjątkowo natchnął mnie motyw syreny, która jest skazana na samotność gdzieś na środku oceanu. Śpiewa swoje piękne pieśni i kusi marynarzy, a oni nigdy nie uchodzą z tych spotkań z życiem. Groźna, drapieżna, ale przy tym czarująca, obezwładniająca… To główna postać, którą miałem na myśli, tworząc oprawę albumu. 

Olly Alexander: Chwilami tracę kontrolę nad samokrytyką

Skoro mowa o wchodzeniu w czyjąś postać, przypominam sobie, że kilka lat temu w jednym z wywiadów Olly dostał pytanie o to, jak będzie brzmieć jego solowa płyta. Odpowiedział w czterech słowach: "I Am… Sasha Fierce". To odwołanie do hitowego albumu Beyonce z 2008 roku, na którym artystka pokazała się z dwóch mocno zarysowanych stron — zarówno jako delikatna, wrażliwa dziewczyna, jak i sceniczna lwica. - Myślisz, że osiągnąłeś zamierzony wtedy efekt? - pytam Alexandra. Ten śmieje się: - Żartujesz! Nie pamiętam tego!

- Ostatnio nawet sporo myślałem o tym albumie i momencie kariery Beyonce, w którym się ukazał — to było coś przełomowego, ale najlepsze jest to, że później takich przełomów było tylko więcej. Życzyłbym sobie takiej passy! - dodaje rozbawiony wokalista. - "IASF" jest podzielona na część "osobistą" i część poświęconą alter ego Beyonce, w które wcielała się, żeby czuć się odważniej i bardziej sexy. Do siebie na pewno mogę to odnieść w taki sposób, że dziś jestem zdecydowanie pewniejszy siebie niż rok czy dwa lata temu. Jednocześnie nie oznacza to, że jestem w stanie się pozbyć mojej scenicznej postaci. Długo zajęło mi zrozumienie, kim ona jest.

- Do jakich wniosków doszedłeś?

- Na scenie jestem po prostu wolny — nie odczuwam codziennych zahamowań, presji, której się poddaję. To wszystko znika, bo występując, wkraczasz w centrum uwagi. Jednocześnie jesteś zależny od publiczności i tego, ile energii będziesz w stanie z siebie wykrzesać. To najlepsze uczucie na świecie — tak samo jak to, że mogę poznawać tę postać w różnych okolicznościach.

Beyonce zapewne też kochała Sashę Fierce, ale dwa lata po wydaniu "I Am…" stwierdziła, że "zabiła" tę postać, bo "już jej nie potrzebuje". Zastanawiam się, czy Alexander też dąży do tego, żeby nie potrzebować scenicznego alter ego. - Wiesz, na "Palo Santo" [poprzednim albumie Years & Years - przyp. red.] tworzyłem wokół siebie zwariowaną, futurystyczną rzeczywistość. Obsesyjnie podążałem za wątkiem androidów, ludzi i świata, w którym tylko ci drudzy mają jakiekolwiek uczucia. Tym razem, przynajmniej jeśli chodzi o muzykę, skupiłem się wyłącznie na sobie i na tym, co mogę z siebie wyciągnąć i dać światu - odpowiada Alexander.

Wracam myślami do pierwszego klipu, który promował "Night Call", czyli do "Starstruck". Tam również pojawiają się dwa wcielenia Olly'ego: jedno chce zalać drugie miłością, biega za nim, daje mu kwiaty, ale bezskutecznie — do czasu. - W jakim momencie tej gonitwy jesteś ty sam? Jak teraz postrzegasz samego siebie? - pytam. 

 

- Sporo rozmyślam o różnych wersjach nas wszystkich — o tym, jaką twarz pokazujemy publicznie, jaką rezerwujemy tylko dla przyjaciół — dlatego uznałem, że skierowanie interpretacji tej piosenki w taką stronę będzie ciekawe. "Starstruck" to piosenka o miłości do kogoś innego, nie do samego siebie, więc odwróciłem tę sytuację… - wyjaśnia Alexander i szybko dodaje, że po zakończeniu zdjęć do klipu zaczął mieć wątpliwości.

Przecież to takie banalne — na każdym kroku słyszymy teraz, że mamy kochać samych siebie. Ale potem okazuje się, że wcielić to w życie jest cholernie trudno. Musiałem ostatnio dać sobie po łapach, bo mam tendencję do bardzo ostrej samokrytyki, chwilami wręcz tracę nad tym kontrolę. Zanim zdążę się połapać, mój wewnętrzny krytyk krzyczy na mnie: "Olly, jesteś bez sensu", "Olly, beznadziejna robota", "Olly, zawodzisz wszystkich dookoła"... 

- Teraz łatwiej mi pokonać ten paskudny głos, bo serio siebie lubię. Wszyscy mamy gorsze dni, ale faktycznie, w wiele z tych dni potrafię spojrzeć na siebie i powiedzieć: "Dałeś radę, uspokój się". To zdecydowanie lepsze dla mojego zdrowia psychicznego. Kurczę, wiem, że to kolejny banał, ale… naprawdę wszyscy powinniśmy być dla siebie milsi - podsumowuje Olly.

Płyta "Night Call" ukazała się 21 stycznia.

Więcej o: