Kiedy wygrał Grammy za album roku, pół świata pytało: "kto to jest?". Jon Batiste w końcu doceniony

"We Are" to przekrojowa płyta, prezentująca niemały wycinek bogactwa muzyki afroamerykańskiej z poprzedniego wieku, który Jon Batiste z miłością ubiera w retro-współczesność. Z jednej strony - murowany kandydat do nagrody Grammy za album roku, z drugiej - niespodzianka wieczoru. Fani Billie Eilish czy Taylor Swift po ceremonii zachodzili w głowę: kto to właściwie jest ten Batiste? W skrócie: to muzyk z krwi i kości, który graniu poświęcił całe dotychczasowe życie.

Gdy na koniec imprezy wstawał od stolika, żeby odebrać statuetkę, nie krył zdumienia. W szranki stanął w końcu z takimi nazwiskami jak Taylor Swift, Doja Cat, Justin Bieber, Billie Eilish czy Ye. Gremium przyznające nagrody Grammy w przypadku albumu roku nie postawiło jednak na popularność, ale na radość z tworzenia, zaraźliwą energię i uniwersalne społeczne przesłanie. Nawet jeśli Jon Batiste nie podąża współczesną brzmieniową drogą i kłania się jazzowej, soulowej, funkowej i popowej nostalgii, to jest idealnym artystą na obecne czasy. Choćby dlatego, że dzielnie poszukuje w muzyce jasności, której tak bardzo potrzeba na świecie. 

Zobacz wideo POPKultura, odc. 110

Jazz w małym palcu od małego

Nie wiemy, czy Jon Batiste urodził się przy dźwiękach instrumentów, ale na pewno towarzyszyły mu one od pierwszych dni życia. Jego ojciec, Michael, gra na basie i jest współzałożycielem The Batiste Brothers Band. W Nowym Orleanie o rodzinie Batiste mówi się zresztą "muzyczna dynastia". Jej protoplastami byli kuzyni Harold i Alvin - pierwszy komponował i aranżował utwory dla takich gwiazd jak Sam Cooke, Sonny & Cher czy Dr. John; drugi był uznanym klarnecistą jazzowym, którego uczniami byli m.in. Branford Marsalis, Randy Jackson, Ronald Harrison, a także sam Jon Batiste. - Zawdzięczam mu rozpalenie we mnie iskierki do studiowania jazzu i indywidualnego obcowania z instrumentem. Przez ostatnie 40 lat Alvin uczył grać wszystkich w Nowym Orleanie - wspomina muzyk w rozmowie z Forbesem.

W wieku ośmiu lat Jon śmigał już na perkusji w Batiste Brothers Band, ale pod wpływem filmu "Apollo 13" myślał jednocześnie o karierze astronauty. Matka zasugerowała mu, że perkusistów jest w rodzinie pod dostatkiem i że mógłby się zainteresować fortepianem - w końcu to "instrument kompozytorów i dyrygentów". Chłopaka nie trzeba było długo namawiać; zaledwie siedem lat zajęło mu opanowanie klawiatury na tyle, że w 2004 roku, kiedy kończył liceum artystyczne, nagrał pierwszą płytę, "Times in New Orleans". Za idola Jon obrał sobie wtedy Theloniousa Monka. - Lubię pokazywać ludziom, jak zmieniło się moje granie między 17. a 19. rokiem życia, i to właściwie prawie wyłącznie przez grzebanie w twórczości Monka i przez próby odnalezienia podobnego brzmienia - mówi Batiste. W tym samym okresie młody pianista założył zespół Stay Human, z którym od kilku lat gra co wieczór w programie CBS "Late Show with Stephen Colbert".

Wyższe wykształcenie Batiste zdobył w nowojorskiej Juilliard School, gdzie zgłębiał tajniki jazzu. Do tej pory nagrał osiem albumów studyjnych, kilka wydawnictw koncertowych i brał udział w licznych ciekawych projektach. W stałego bywalca wielkich rozdań nagród zmienił się za sprawą ścieżki dźwiękowej do filmu Pixara "Co w duszy gra", której jest współautorem wraz z Atticusem Rossem i Trentem Reznorem. Animacja opowiada o muzyku jazzowym, który przypadkowo umiera i musi znaleźć drogę powrotu na Ziemię przed swoim koncertowym debiutem.

- Myślę, że to był świetny sposób na wprowadzenie jazzu do świadomości publicznej na nowo - twierdzi Batiste na łamach "Atwood Magazine". - Jazz często postrzega się przez pryzmat historii i wtłacza się go w przeszłość; "Co w duszy gra" to natomiast przyszłość, połączenie animacji z jazzem, ze współczesną inżynierią dźwięku, z elektroniką, która też jest częścią soundtracku. Przede wszystkim ten film umieszcza jazz w globalnym kontekście kulturowym, a jednocześnie składa hołd tradycji - zaznacza kompozytor.

Kuba Badach - teledysk do piosenki 'Liczy się tylko to'Kuba Badach: Artystą czuję się w procesie tworzenia. Na scenie jestem zabawiaczem

Szufladki? Nie, dziękuję

Jon Batiste opisuje swoją twórczość jako "muzykę społeczną", "jazz 2.0". Z założenia czerpie on zarówno z jazzowych tradycji, jak i z brzmień kojarzonych ze wspólnotą, grupowym doświadczaniem dźwięków, a więc np. z folkiem czy amerykańską piosenką popularną. - Nie myślę nawet w kategoriach gatunkowych. W ten sam sposób podchodzę do improwizacji: tak naprawdę nic nie jest poza zasięgiem; chodzi o inspirację chwilą, w której się znajduję, i o sprawienie, by odpowiednio mocno to wyrazić - wyjaśnia Batiste. - Myślę, że kiedy zaczynasz zawężać swój kierunek i pomysły, wchodzisz do szufladki, zanim faktycznie coś stworzysz. 

Różnorodność inspiracji i poczucie wspólnoty są wszechobecne na płycie "We Are". Bez trudu można na niej wyłapać wspomniane wcześniej ukłony w stronę soulu, funku, jazzu, ale też hip-hopu ("Boy Hood"), bluesa ("Cry") czy muzyki gospel ("We Are"). Na przestrzeni każdego z utworów odnajdziemy ślady brzmieniowego DNA Nowego Orleanu i piosenek, które Batiste chłonął jako dziecko. "Tell the Truth" to na przykład niepodważalny hołd dla "I Was Made to Love Her" Steviego Wondera. Tekst do książeczki dołączonej do fizycznego wydania krążka napisał Quincy Jones, kolejny z mentorów Jona. 

Sam autor streszcza "We Are" jako "celebrację kultury i muzyki afroamerykańskiej, która odkrywa motywy pochodzenia, autentyczności czy ewolucji". - Wszyscy ludzie pochodzą od jednego przodka. Tylko sami możemy się nawzajem ocalić. Dopóki na świecie działa zło, nasza praca nie będzie mieć końca - zapewnia Batiste na łamach "Guardiana". Rozmawiający z nim Ammar Kalia od razu dzieli się refleksją, że z muzyka wychodzi kaznodzieja. Batiste niezmiennie definiuje siebie i to, co robi przez pryzmat wiary. Opowiada o darach od boga i jest przekonany, że "We Are" udało mu się stworzyć dzięki mocy płynącej właśnie od siły wyższej. - Nagrałem tę płytę, gdy miałem 33 lata, czyli w tym samym wieku, w którym Jezus został ukrzyżowany. Do tego w podobnym okresie tak wielu wspaniałych muzyków, jak np. Marvin Gaye i Stevie Wonder, wydało dzieła życia. To jest odrodzenie i ewolucja Jona Batiste - deklaruje artysta.

W wywiadach Batiste konsekwentnie podkreśla, że muzyka i tworzenie nie są elementami jego życia - one po prostu nim są. Kiedy przyjrzymy się więc społecznemu zaangażowaniu muzyka w ostatnich latach, wspólnotowy przekaz "We Are" staje się jeszcze bardziej oczywisty. Kompozytor przyłączył się do ruchu Black Lives Matter, grał na marszach, które współorganizował; poprzez dochód z singla "We Are" wsparł organizację Equal Justice Initiative, wspierającą m.in. osoby niesłusznie osadzone w więzieniach. Rozmawiając z Terry Gross dla NPR, Batiste powiedział:

Chcę utwierdzać osoby, które znajdują się pod ostrzałem, we własnym człowieczeństwie. Jesteśmy nieustannie bombardowani przez politykę, przez wszystkie środki masowego przekazu. Wszystko sprowadza się do tworzenia podziałów, zmuszania do opowiedzenia się po jednej ze stron. Poprzez muzykę chcę wyrazić, że wszyscy jesteśmy w tym razem. Wszyscy funkcjonujemy w jednej przestrzeni, w danym mieście. I nadszedł nasz czas. To jest nasz świat. Musimy się zjednoczyć i zrozumieć, że inaczej wszystko się rozpadnie.

"Muzyka to dla mnie coś więcej niż rozrywka"

Pojawiły się liczne głosy, że nagroda Grammy za album roku dla "We Are" to mało zaskakujący i bezpieczny werdykt, bo grono głosujących ma słabość do artystów, którzy odwzorowują muzyczną przeszłość. "Akademia uwielbia promować [takie brzmienie - przyp. red.]: to tradycyjna, brzmiąca w stylu vintage muzyka, przywodząca na myśl stary soul i R&B oraz wybitnych czarnych muzyków. (...) Batiste oferuje przede wszystkim dźwięki retro, które są przystępne i niezbyt wymagające" - pisze Elijah C. Watson dla Okayplayera. Inni uważają, że wpływ na wyróżnienie miały zawodowe koneksje Jona Batiste ze stacją CBS, która rokrocznie emituje rozdanie Grammy. 

Zdecydowanie można się zgodzić z tym, że "We Are" powiela garść brzmieniowych schematów i z większym powodzeniem znajduje amatorów wśród "boomerów" niż generacji Z i jeszcze młodszych słuchaczy, kreujących nowe trendy. Niemniej płyta Jona Batiste o wiele mocniej niż pozostałe nominowane do Grammy albumy podkreśla to, czego brakowało nam wszystkim, niezależnie od wieku - wspomnianą wcześniej istotę wspólnoty, muzycznej i nie tylko.

Propozycje Taylor Swift czy Billie Eilish to indywidualne opowieści, które zapraszają do utożsamiania się z nimi. Ani "evermore", ani "Happier Than Ever" nie mają jednak aż tak dużego potencjału, by wyposażyć słuchacza w optymizm i wiarę w kolektywne lepsze jutro. Podobnie jest w przypadku Olivii Rodrigo, nazywanej przez media "duchową młodszą siostrą Billie Eilish", która na "Sour" wskrzesiła wizerunek zbuntowanej nastolatki ze złamanym sercem, gdzie grają i zadziorne gitary, i ckliwy pop. 

Doja Cat i Lil Nas X wydali płyty, na których roi się od hitów - na "Planet Her" oraz "Montero" rap idzie w parze z kolorowym popem; szczególnie Lil Nas X wysuwa się przed szereg jako jeden z nielicznych dumnych reprezentantów społeczności LGBTQ+, działających w środowisku hip-hopowym. Akademia rzeczywiście zdaje się podążać o krok czy dwa za Doją i Lil Nasem, ciągle szukając odpowiedzi na pytanie, czy rap to nowy pop i czy taki stan rzeczy można zaakceptować. Zagadką pozostają nominacje dla "Dondy" Ye czy "Justice" Justina Biebera - głównie pierwszej z wymienionych płyt towarzyszył rozgłos na niezwykłą skalę, który ostatecznie przyćmił samą treść. 

- Najlepsze w otrzymaniu tej nagrody było to, że mogli to zobaczyć moi najbliżsi. Dziadek, rodzice. Ich poświęcenia, moje lekcje fortepianu, nawet udział dziadków w marszach podczas ruchu praw obywatelskich - to wszystko doprowadziło nas do tego momentu - mówił po gali Grammy Jon Batiste. Wcześniej, stojąc na scenie, spuentował swoje wyróżnienie przemówieniem:

Bardzo głęboko wierzę w to, że nie ma kogoś takiego, jak najlepszy muzyk, tancerz, aktor. Sztuka jest subiektywna i dociera do ludzi wtedy, kiedy trzeba. To trochę tak, jakby piosenka czy płyta miała wbudowany radar i odnajdywała słuchacza, kiedy ten najbardziej jej potrzebuje. (…) Na to pracuję każdego dnia. Kocham muzykę, gram, odkąd byłem małym chłopcem. Dla mnie to coś więcej niż rozrywka; to duchowa praktyka.

***

Pomóż Ukrainie, przyłącz się do zbiórki. Pieniądze wpłacisz na stronie pcpm.org.pl/ukraina.

Najnowsze informacje z Ukrainy po ukraińsku w naszym serwisie ukrayina.pl >>.

Więcej o: