(Prawie) wszystko na Fryderykach było po coś. W tym roku miło i bezpiecznie

Miły wieczór bezpiecznej zabawy - tak można podsumować tegoroczną galę wręczenia Fryderyków. Jeśli chodzi o skandale, nie ma o czym opowiadać. Jeśli chodzi o nagrodowe zaskoczenia, również nie ma tu za wiele do gadania, bo takowych nie było. Paradoksalnie atmosfera w Netto Arenie wydawała się o wiele mniej napięta niż przed rokiem, podczas ceremonii przeprowadzonej w reżimie sanitarnym i z mniejszym rozmachem.

W piątkowy wieczór odwołań do wojny w Ukrainie pojawiło się zaledwie kilka. Tomasz Organek wystąpił w koszulce z ukraińską flagą i napisem "Russian warship, go f**k yourself!", a na koniec utworu "Walcz" wykrzyczał "Putin, idi na c**j!". Drugie hasło ostatnich tygodni, "Slava Ukraini", wypowiedziała szefowa projektu Creators for Ukraine, która podziękowała ZAIKS-owi za wsparcie dla ukraińskich artystów. Anna Skrobiszewska, wdowa po Grzegorzu Ciechowskim, zadeklarowała, że Złoty Fryderyk, którego odebrała wraz z członkami zespołu Republika, zostanie przekazany na aukcję charytatywną, która wesprze działania pomocowe dla Ukrainy. Na koniec Skrobiszewska zacytowała utwór Republiki "Arktyka", wołając: "Syberia przegra!". Tym samym tematyki wojennej na Fryderykach byłoby właściwie na tyle.

Zobacz wideo POPKultura, odc. 113

Zawiałow gotowa pociąć swojego Fryderyka

Pośród artystów występujących na scenie Netto Areny świetnie spisał się Mrozu, który wykonał retropopowy, melodyjny utwór "Złoto" w towarzystwie pokaźnego zespołu, m.in. ze skrzypaczkami. Najlepszym dowodem na to, jak łatwo "Złoto" wpada w ucho były momenty, gdy całe grupy wychodzącej z gali publiczności zanosiły się refrenem: "Daję słowo, wszystko było po coś…". Wspaniały show dał Ralph Kaminski, który miał okazję zaprezentować szerokiej telewizyjnej publiczności ułamek projektu "Kora", wyróżnionego Fryderykiem dla albumu roku: piosenka poetycka i literacka. Kaminski, który o swojej twórczości myśli totalnie, dbając o każdy szczegół brzmieniowy i wizualny, był murowanym zwycięzcą w kategorii artysta roku - i zdecydowanie zasłużonym. 

Artystką roku została natomiast Daria Zawiałow, która otworzyła główną część gali piosenką "Metropolis". Po wybuchowym koncercie na warszawskim Torwarze, który zamykał trasę "Wojny i noce", nie mam wątpliwości, że Daria długo jeszcze będzie nam przypominać, dlaczego to właśnie ona zabrała do domu złotą statuetkę - a konkurencję miała poważną. "Powinnam pociąć tego Fryderyka i podzielić między nas wszystkie" - mówiła Zawiałow o Kaśce Sochackiej, Mery Spolsky, sanah i Young Leosi.

Niepocieszeni byli fani tej ostatniej. Początkowo zapowiadano, że Young Leosia wystąpi na gali razem z Malikiem Montaną. Nazwisko rapera szybko zniknęło z programu, ale Leosia została - i konsekwentnie wybijano jej ksywkę w reklamach imprezy. Skończyło się na tym, że szczeciniankę mogliśmy usłyszeć tylko w przebitkach z nominacjami. A szkoda - "Szklanki" na żywo w TVN-ie to byłoby coś. Z uwagi na wypadek podczas prób nie odbył się też występ T. Love, na co podczas gali spuszczono zasłonę milczenia. Poza tym - plan został zrealizowany. 

Do zaprezentowania się na gali organizatorzy zaprosili przede wszystkim artystów związanych ze scenami Męskiego Grania (lub, jak kto woli, nurtem męskiegraniecore). "I Ciebie też bardzo", utworu roku, nie usłyszeliśmy, ale Vito Bambino ożywił publikę trzeźwą deklaracją, że to ciekawe, jak ważny i emocjonalny utwór udało się stworzyć w ramach reklamy piwa. Mimo wszystko nie można nie zauważyć, że ekipa Fryderyków podjęła nieśmiałą próbę wyjścia z bańki. Wystąpił saksofonista jazzowy Sylwester Ostrowski z zespołem, który zagrał pod włos zapewnień prowadzących, że jazz to muzyka "kojąca". Zagrała legendarna już punkrockowa grupa Dezerter czy Szczyl, reprezentant świeżej krwi na polskiej scenie hiphopowej, który pokazał się z Piotrem Roguckim w piosence "Cień".

Szkoda, że w Netto Arenie nie wystąpił np. barwny polsko-ukraiński zespół Dagadana, że nie pojawił się mocniejszy akcent na muzykę elektroniczną, że pianistycznego popisu nie dała producentka roku Hania Rani, że poza Szczylem nie było miejsca na hip-hop. Z drugiej strony trudno oczekiwać, że na imprezie, której patronują giganci mainstreamu (przynajmniej jeśli przymkniemy oko właśnie na hip-hop), uda się oddać realia kwitnącej przecież młodej polskiej sceny. 

Jednym z największych muzycznych zaskoczeń był występ, którego nie pokazano w telewizji ani online. W przerwie między dwiema częściami ceremonii publiczność zabawiał francusko-polski zespół Storo i Piotr Kupicha w rockowym wcieleniu. Nie sądziłam, że spod moich palców kiedykolwiek wyjdą takie słowa, ale… to było przekonujące wcielenie. W wokaliście grupy Feel ujawnił się naturalny showman - było dobre tempo, biegi po scenie, skoki, zawołania do publiczności, a przy tym niezły rockowy wokal. Nie wiem, jaki jest obecny status kariery zespołu Feel, ale jeśli została ona wstrzymana przez Piotra Kupichę na rzecz rozwoju tej strony jego osobowości, pozostaje tylko trzymać kciuki, nawet jeśli łatkę jak-anioło-głosową niełatwo będzie zedrzeć. 

Lepsze to niż nic 

Nie przestają mnie zadziwiać pomysły Akademii Fonograficznej związane z wrzucaniem polskiej muzyki do konkretnych szufladek. W tym roku mój faworyt to "album roku: muzyka korzeni / blues". Muzyka korzeni (roots music) to termin, którym w Stanach Zjednoczonych rzuca się na prawo i lewo, mówiąc o utworach łączących wpływy folku, rocka, country i bluesa. Nie ma to więc za wiele wspólnego z naszą muzyką ludową - a właśnie takie brzmienia dominują w zaproponowanym przez Akademię Fonograficzną zestawieniu. Specjalizujący się w śpiewie białym zespół Tulia, czerpiąca z folkloru Polski i Ukrainy grupa Dagadana i monumentalny projekt Miuosha z Zespołem Pieśni i Tańca "Śląsk", czyli "Pieśni współczesne", postawiono naprzeciwko ociekającego przecież soulem i funkiem albumu Jareckiego "Totem" oraz rzeczywiście bluesowego, inspirowanego naturą albumu Wojtka Mazolewskiego "Yugen". Zgoda - "muzyka korzeni" to termin parasolowy, ale ten polski parasol chyba nie do końca działa. 

Idąc dalej: na bogactwo młodych (i nie tylko młodych) zespołów grających rocka, jak i kapel metalowych, odnoszących sukcesy również za granicą, nie mamy w Polsce co narzekać. Tymczasem Akademia postanowiła uhonorować tych muzyków wspólną kategorią, "album roku: rock/metal", i dość bezrefleksyjnie nominować jedną grupę metalową na cztery rockowe. W kategorii hip-hop bez dwóch zdań wygrała popularność - nigdy nie zgodzę się z tym, że "Młody Matczak" to lepszy album niż "NIC" Sokoła czy "Polska Floryda" Szczyla (a o Gracjanie Roztockim na gali chyba powiedziano już wszystko).

Po raz kolejny całkowicie zignorowano artystów r&b/soulowych i zrezygnowano z odświeżającej sytuację ubiegłorocznej kategorii "album roku: r&b/soul/gospel". Domyślam się, że zaważył tutaj brak nowych albumów Bartka Królika, Rosalie. i Pauliny Przybysz, czyli prawdopodobnie jedynych artystów z tego nurtu, których Akademia ma na radarach. No nic, może za rok… 

Złote Fryderyki za całokształt twórczości tym razem powędrowały do wybitnego jazzmana Henryka Miśkiewicza, członków zespołu Republika oraz Jacka "Budynia" Szymkiewicza, któremu nagrodę przyznano pośmiertnie. Lider zespołu Pogodno, wszechstronny poeta, trzymający się z daleka od głównego nurtu, zmarł nagle 12 kwietnia. W prostych, świetnie dobranych słowach hołd oddali mu Brodka i Zalewski, jedni z wielu artystów, na których Budyń miał ogromny wpływ. Brodka podkreśliła, że gdyby nie Budyń, nie byłoby "Grandy". Z kolei Krzysztof Zalewski, który przyjaźnił się z Szymkiewiczem, zaznaczył, że Budyniowi ta nagroda nie jest już potrzebna. Może się za to przydać np. słuchaczom, którzy z muzyką Budynia nie mieli do czynienia. - Zazdroszczę wszystkim tym, którzy go jeszcze nie znają. Zazdroszczę wam olśnień, które na was czekają - powiedział Zalewski, poprzedzając najbardziej wzruszający moment wieczoru.

W imieniu Budynia nagrodę odebrała jego rodzina: żona Anna, córka Jagoda i syn Jakub. - Szczecin był bardzo ważny w życiu mojego taty. Tu poznał moją mamę, tu się urodziłam - mówiła Jagoda Szymkiewicz. - Specjalnością taty było mówienie. Czasem nawet za dobrze mu szło i potrafił się rozgadywać. Nie wiem, co powiedzieć. Jestem bardzo dumna z taty, zawsze byłam, jestem i będę.

Więcej o: