"Nigdy nie powstrzymałam się przed wydaniem piosenki, bo się przestraszyłam". I tego Florence się trzyma

"Bajka w czternastu piosenkach" - taki dopisek do tytułu swojej najnowszej płyty "Dance Fever" dołącza Florence Welch. W tej bajce, wystrojona w zachwycające sukienki i przybrana kwiatami, Florence jest księżniczką, która zostaje swoim własnym rycerzem na białym koniu, bo chce przetrwać w świecie walącym się jak domek z kart. Jej największy przeciwnik? Ona sama - i emocje, nad którymi próbuje zapanować.

Nigdy nie byłam fanką Florence + The Machine - jeśli już, to okazjonalną słuchaczką. Te utwory, do których najczęściej wracałam, zawsze miały dla mnie jedną wspólną cechę. Kojarzyły mi się z pędem, w który puszcza się człowiek, uciekając przed zbliżającym się zagrożeniem, i z momentem, gdy udaje się dotrzeć do bezpiecznego miejsca i można odetchnąć, choć w środku ciągle buzują emocje. Z wieloma utworami z "Dance Fever" mam dokładnie tak samo. To pierwsza płyta Florence Welch, którą przesłuchałam uważnie, od deski do deski - i już wiem, że podobny proces czeka mnie z poprzednimi albumami. Głównie po to, żeby sprawdzić, jak Welch rozwijała w sobie niezwykłą samoświadomość, która przebija się przez każdą piosenkę z "Dance Fever".

Zobacz wideo POPKultura, odc. 115

Florence Welch niczym Kassandra

Tak wysoki stopień samoświadomości pociąga za sobą sporą udrękę, która kryje się głównie w nieustannej potrzebie zapanowania nad sobą, nad wszystkim tym, co jest z nami nie tak, co nam nie wychodzi, co robimy źle albo co wydaje się złe w oczach innych. Na "Dance Fever" Florence Welch walczy ze sobą o taką właśnie kontrolę. Chce żyć po swojemu, ale cieniem kładzie się na nią strach, frustracja, złość, którą Florence potrzebuje z siebie wyrzucić. I wytańczyć.

Lwia część płyty powstała w lockdownie. W rozmowie z magazynem "Rolling Stone" Welch wspomina, że początkowa faza pandemii zastała ją w Nowym Jorku, gdzie pracowała z Jackiem Antonoffem, który współprodukował "Dance Fever". Pierwsze sesje przebiegały świetnie, aż matka artystki nie zadzwoniła i poprosiła, żeby wróciła na chwilę do domu. Nastawiała się na maksymalnie miesiąc przerwy. Wydłużająca się konieczność stania w miejscu długo nie pozwalała jej wrócić do tworzenia.

Więcej ciekawych tekstów znajdziesz na stronie głównej Gazeta.pl

"Choreomania" brzmi, jakby została wyjęta z samego środka lockdownu, tymczasem powstała na długo przed jego rozpoczęciem. Florence fascynowała się wtedy tytułowym renesansowym zjawiskiem, znanym też jako "epidemia tańca" czy "taniec św. Wita". Grupy ludzi gromadziły się w jednym miejscu, żeby tańczyć do dosłownej utraty sił. "A ja wariuję na środku ulicy z pełnym przekonaniem, jak ktoś, komu nigdy nie przytrafiło się coś naprawdę złego (...) Nie wiem, jak to się stało, jak to zatrzymać / Nagle tańczę do wyobrażonej muzyki (...) Kręcę się i tańczę, aż umrę" - śpiewa Florence w "Choreomanii", z początku przywodzącej na myśl brzmienie jednego z jej największych przebojów, "Dog Days Are Over". 

 

- Tak to już jest, że piosenki, które brzmią najbardziej "pandemicznie", pisałam sporo wcześniej. Często mi się to zdarza - powiedziała Florence w wywiadzie dla "Independent". O tym zresztą opowiada "Cassandra", gdzie Welch wciela się w mityczną przeklętą kapłankę, która zawsze przepowiadała przyszłość zgodnie z prawdą, ale nikt nie chciał jej słuchać. W przypadku Florence jest właściwie odwrotnie - całe rzesze ludzi chcą usłyszeć, co ma do przekazania, jednak żeby ten przekaz mógł ujrzeć światło dzienne, artystka musi go tworzyć z myślą, że nikt go nie usłyszy.

- Wchodzę w rozmowę z samą sobą, po czym zdaję sobie sprawę z tego, że przecież wszyscy tę rozmowę usłyszą. Ale nigdy nie powstrzymałam się przed wydaniem piosenki, bo się przestraszyłam, że powiedziałam za dużo - mówi Welch w programie Zane’a Lowe’a dla Apple Music. 

Odkąd weszła na ścieżkę trzeźwości, całe siły zaczęła wkładać w taniec

Na "Dance Fever" Florence podzieliła się ze słuchaczami kolejnymi dylematami dotyczącymi kobiecości i związanych z nią ról społecznych ("King"), duchowości czy relacji międzyludzkich ("Girls Against God", "Heaven is Here"). Wróciła wspomnieniami do czasów, gdy wydawało się jej, że wierność rock'n'rollowym korzeniom polega na piciu na umór. Zamykający płytę "Morning Elvis" to pocztówka sprzed blisko dekady, z dnia, gdy podczas wyprawy do Nowego Orleanu uparła się, żeby zostać na imprezie do samego rana - wróciła z podartą sukienką, kompletnie poturbowana.

- Co takiego we mnie było, że tak zawzięcie pisałam swój własny wyrok śmierci? Tak mało o siebie dbałam... - wspomina Welch. - Nie miało znaczenia, co robiłam poprzedniej nocy, czy tydzień wcześniej, do jakiego chaosu doprowadziłam, bo wiedziałam, że kiedy wejdę na scenę, coś mnie ocali i będę rozgrzeszona. I ta piosenka jest o tym uczuciu, ale to także hołd dla wszystkich wykonawców, którzy na naszych oczach przekuwali ból w piękne rzeczy.

Odkąd Florence weszła na ścieżkę trzeźwości, całe siły zaczęła wkładać w taniec. Artystka twierdzi, że najważniejsze przesłanie jej nowego albumu zamyka się w dwóch wersach z piosenki "Free": "Słyszę muzykę, czuję rytm / I przez moment, kiedy tańczę, jestem wolna". W najbardziej oczywisty ze wszystkich utworów na "Dance Fever" do tańca zaprasza singiel "My Love", który w kontekście całego krążka zaskakuje brzmieniem. Z przewijającej się przez album podniosłej instrumentacji zostają tylko smyki i mocny bęben (a do tego nieodłączne chóralne zaśpiewy Florence) - poza tym to zwrot o 180 stopni z disco iskrą, której piosence nadał Dave Bayley z Glass Animals.

 

"My Love" najpierw była smutnym wierszykiem zapisanym w kuchni. Bayley włożył w niego ładunek energii w postaci syntezatorów i tanecznego beatu, które Florence dopełniła rytmicznymi oddechami i wokalem przywodzącym fanom na myśl czasy albumu "Ceremonials". Na trackliście ten tęskny banger poprzedza piosenka "Daffodil", która dla Florence w pewnym momencie była "najbardziej florence-and-the-machine'owską rzeczą, jaką kiedykolwiek stworzyła". Utwór powstał zeszłej wiosny, kiedy Welch na widok ponownie rozkwitającej przyrody pozwoliła sobie poczuć nadzieję na to, że być może świat jednak się nie skończy. To nadzieja podszyta wielkim niepokojem, a jednocześnie ratująca przed kompletną zgubą. 

Pamiętam, jakie emocje w ubiegłym roku wywołał u mnie projekt Bo Burnhama "Inside", który powstał w głębokim lockdownie i idealnie oddał sinusoidę, po której przez poprzedni rok poruszało się wielu z nas. "Dance Fever" Florence + The Machine to dla mnie idealne dopełnienie tego procesu, który i tak trwa, i potrwa jeszcze długo (a może już nigdy się nie skończy?). Ta płyta utwierdziła mnie w mało odkrywczym, ale istotnym przekonaniu: niekontrolowane wybuchy emocji są potrzebne tak samo, jak uważna refleksja nad tym, co je powoduje - grunt, żeby się w sobie nie zakisić. I tańczyć, jeśli trzeba.

Jeden znaczek może uratować życie tysiącom ludzi walczących o pokojową przyszłość Ukrainy i całej Europy. Licytuj razem z nami

Więcej o: