"Nalepa to dla nas artysta, który pisał piosenki, a nie pomnik, do którego nie wolno podejść" [WYWIAD]

- Najważniejszą rzeczą w twórczości jest miłość. W końcu my, mężczyźni, nie robilibyśmy bez kobiet tego, co robimy - mówi Tadeusz Nalepa w filmie dokumentalnym "Wszyscy jesteśmy romantyczni" Jana Sosińskiego z 1992 roku. Trzydzieści lat później to samo pytanie - o to, co jest najważniejsze w twórczości - zadaję Paulinie Przybysz i Jurkowi Markuszewskiemu z zespołu Rita Pax.

Spotykamy się kilkanaście godzin po oficjalnej premierze płyty Rity Pax "Piękno. Tribute to Breakout", czyli wypadkowej połączenia damsko-męskich muzycznych sił w hołdzie dla tych, dzięki którym Polska pół wieku temu poczuła bluesa. - Najważniejsza w tworzeniu jest autentyczność i podnieta. W twórczości kolektywnej ważny jest też po prostu przepływ energii. I odwaga prezentowania pomysłów w sposób nieskrępowany, co wymaga dużego opanowania i samoakceptacji - mówi Paulina. - Trzeba się czuć bezpiecznie ze sobą, a nie zastanawiać się nad tym, że cały czas podlegamy ocenie. I samo tworzenie, aby robić to coraz lepiej - dodaje Jurek.

Zobacz wideo Takiego konfliktu na planie "POPkultury" jeszcze nie było. Bo jak tu wybrać: Rammstein czy Kendrick Lamar?

O płycie

Pomysł na płytę "Piękno. Tribute to Breakout" narodził się w 2019 roku w ramach trasy Męskie Granie. - Mój ówczesny management zapytał: "Paulina, a jakbyś miała przygotować projekt specjalny w konwencji ‘tribute to…’, to co byś zrobiła?". Rozpisałam wtedy pomysł na Breakout. Przy okazji wypadało wtedy 50-lecie płyty "Na drugim brzegu tęczy" i wszystko ładnie się posklejało - wspomina Przybysz. - Myśląc, z kim mogę to zagrać, wyszłam od gitarzysty - i Paweł Zalewski szybko wyświetlił mi się jako ten właściwy. To jest chyba jeden z najbardziej inspirujących mnie melodycznie i frazowo gitarzysta, z którym zawsze gra mi się świetnie. Wtedy już wiedziałam, że trzeba zwołać drużynę pierścienia, czyli skład Rita Pax, i to była dla nas pobudka do działania, bo przez ostatnie kilka lat byliśmy uśpieni. Próby przed koncertem zweryfikowały, co my z tymi numerami zrobimy.

Weryfikacja przebiegła więcej niż prawidłowo, bo "Piękno. Tribute to Breakout" to hołd z prawdziwego zdarzenia. Wedle pomysłu Jacka Antosika, realizatora i współproducenta, album został zarejestrowany na autentycznym magnetofonie szpulowym Studer, remontowanym przez połowę pandemii. - Jacek sobie zamarzył, żeby nadać tej płycie więcej analogowej autentyczności. I chyba się udało - mówi Jurek. Na "Pięknie" Rita Pax nie idzie na skróty, grając od linijki do linijki covery Breakoutu, ale tłumaczy je na swój brzmieniowy język. Z zachowaniem bluesowego korzenia wiąże się podróż do miejsca, gdzie spotykają się psychodelia, alt-rock i soulowe frazy Pauliny (w tej ostatniej kwestii najlepszy popis to bez dwóch zdań nowa wersja "Gdzie chcesz iść", która w zestawieniu z wersją oryginalną Miry Kubasińskiej brzmi jak jej zbuntowana siostra bliźniaczka).

Są wykonania nieco odjechane, jak "Piękno" z Igorem Nikiforowem, który idealnie wpasowuje się w klimat filmowej aranżacji utworu; są i propozycje bardziej zachowawcze, jak "Poszłabym za tobą". "Pomaluj moje sny" czy "Oni zaraz przyjdą tu", gdzie słyszymy Łukasza Lacha i Wojciecha Waglewskiego, to zagęszczone faktury i przestrzenne wokale, które poszerzają breakoutową optykę. Niezwykły moment stanowi "Modlitwa", poruszająco wyśpiewana przez Wojciecha Waglewskiego. Ale bynajmniej nie dlatego, że Paulina ten utwór od siebie odepchnęła.

- Wojciech wykonywał "Modlitwę" na Męskim Graniu. To było tak piękne i nie do ruszenia, że nie mogliśmy zrobić inaczej. Na ten koncert przyniósł jeszcze gitarę, która kiedyś należała do Nalepy, taki jakby magiczny przedmiot w tej całej opowieści…. Ja sama już się dorobiłam swojej wersji "Modlitwy", do śpiewania na koncertach. Tam, gdzie organizatora nie będzie stać na Wojtka - śmieje się Paulina. - Prędzej czy później to usłyszycie, niełatwe zadanie, ale uważam, że aranż też magiczny.

 

O Nalepie i Kubasińskiej

Zakulisowe perypetie Breakoutu (i wcześniejszego Blackoutu ze Stanem Borysem), a szczególnie relacja Miry Kubasińskiej i Tadeusza Nalepy, to kawał skomplikowanej historii, którego trudno nie brać pod uwagę w kontekście ich muzyki. Doszło do zderzenia wyrazistych i kompletnie różnych osobowości. Nalepa mówił o sobie wprost, że jest artystą i nie ma konkurencji. Kubasińska twierdziła, że nie jest artystką, tylko zwyczajną babką, i że śpiewanie to dla niej po prostu praca. - Co zabraliście dla siebie po tak głębokim wejściu w świat Breakoutu? - pytam.

- Na pewno to, że autentyczność i szczerość, również w czerpaniu od innych, ma sens. Będąc gwiazdą tak niepowtarzalnego gatunku, którego w Polsce praktycznie nie było, Nalepa mógł sobie pozwolić na zuchwałość, mówiąc np., że nie istnieje branża, a on nie ma sobie równych - mówi Paulina. - Niemen przenosił do nas Jamesa Browna, Prońko i Łobaszewska były naszymi Arethami, a Breakout dawał powiew Claptona, Stonesów, Animalsów. Ale robili to po swojemu i to było cholernie ważne.

- Nie oceniam tych prywatnych wątków; z pewnością są ludzie, którzy znają tę historię na serio, taką jaką ona była, i na pewno jest w niej masa różnych czynników i uwarunkowań o których nie mamy pojęcia. Nawet inna pozycja kobiety, jej możliwości pół wieku temu. Jeśli chodzi o Mirę, zastanawiam się, w jakim stopniu na jej wypowiedzi o byciu artystką wpłynął stosunek Tadeusza do jej uczestniczenia w Breakoucie… Zaskakuje mnie za to, jak bardzo numery, które były pisane dla Miry przez mężczyzn, oddają autentyczność tej historii. Wierzę Mirze kompletnie, kiedy śpiewa "Gdybyś kochał…" - dodaje Paulina.

 

Bogdan Loebl, autor wielu znakomitych tekstów piosenek Breakoutu, Kubasińskiej i Nalepy, powiedział kiedyś, że wchodzenie w psychikę kobiety było dla niego trudne. Pomagał sobie, czytając wiersze Poświatowskiej, Hillar czy Świrszczyńskiej, ale "oddychał z ulgą, mogąc wrócić do bluesów". Pytam, czy Paulina odczuła, że blues to "męska muzyka" i czy wejście w muzyczne buty Tadeusza Nalepy sprawiło jej jakiekolwiek problemy.

- Nie, bo mam w sobie dużo gospelu, utworów Mahalii Jackson czy Niny Simone, które też bazują na bluesie i są śpiewane przez kobiety. Jasne, że kiedyś procentowo branża, szczególnie instrumentalna, była zdominowana przez facetów, ale dzisiaj tego nie odczuwam. U nas gra Kasia, w moim zespole gra perkusistka Wiktoria Jakubowska - nie jest to już szokujące.

Robiąc "Piękno", w wymiarze wokalnym czułam dużą naturalność fraz, nie kopiuję ich, bo nie mam potrzeby. Kiedy wybierałam utwory, które zaśpiewam, po prostu badałam w sobie, czy moje serce na strunach głosowych się rwie do tego numeru czy nie. "Kiedy byłem małym chłopcem" to na przykład numer, do którego aranżu włożyłam chyba najwięcej bajkowości. To soundtrack mojego dzieciństwa, piosenka, którą często śpiewał mój tata - i ciągle aktualna lekcja o autentyczności. Można ją śpiewać bardzo sauté, ale ja czułam ją jako długą podróż poprzez ten wicher, co wieje, i mam wrażenie, że ilustrujemy to obrazowo brzmieniami.

Nie da się ukryć, że biorąc na warsztat utwory Breakoutu, zespół Rita Pax igra z ogniem. Wśród reakcji na ten projekt gdzieniegdzie przewijają się nawet komentarze o "profanacji". To przypomniało mi słowa Natalii Kukulskiej o powstawaniu jej chopinowskiego projektu "Czułe struny". Natalia stwierdziła, że gdyby cały czas skupiała się na tym, że nagrywa właśnie piosenki do muzyki Chopina, pewnie musiałaby stać w studiu na baczność w stroju galowym. Czy Rita Pax odbrązowiła na swoje potrzeby Tadeusza Nalepę?

- Chyba tak. Po prostu wzięliśmy eksponaty piosenek i przetworzyliśmy je przez siebie. Ja w ogóle nie nazwałabym siebie czyjąkolwiek wyznawczynią. Są artyści, których uwielbiam, ale świętości? Trochę za dużo. Być może to dlatego, że przez całe życie siedzę w muzyce i nie zauważam superbohaterstwa, które miałoby odróżniać artystów od nieartystów, jak myślę o Chopinie, to raczej widzę kaszlącego romantyka z nieułożonym włosem i pogniecioną koszulą siedzącego przy pianinie boso niż posąg - odpowiada Paulina.

- Na tym polega nasza codzienność. Od dziecka się tym zajmujemy, gramy i śpiewamy czyjeś piosenki, trochę je zmieniając - wtrąca Jurek. - Przez te lata wielokrotnie miałam momenty, że śpiewałam ze Staszkiem Sojką, którego słuchałam w dzieciństwie, czy z Wojtkiem Waglewskim. Jurek ciągle gra np. z Edytą Bartosiewicz. To są ikony, ale jak już się z nimi spotykasz, pijesz kawkę, omawiasz, co będzie grane, to okazuje się, że siedzi z tobą po prostu Staszek, Wojtek, Edyta i że zaraz będziemy bawić się w muzykę, każdy z nas wywoła jakieś ciarki i suma da coś nowego - podkreśla Paulina.

Więcej ciekawych treści znajdziesz na stronie głównej Gazeta.pl

- Podobne podejście mam do Tadeusza Nalepy. Dopiero go poznaję przez literaturę, zapiski czy wywiady, ale wciąż widzę go jako artystę, który pisał piosenki, a nie pomnik, do którego nie wolno podejść, bo włączy się alarm. Nie odstraszają mnie komentarze, żebym "z tym wyciem poszła na roraty". To zabawne: przez całe swoje życie wydawnicze miałam zajebiste recenzje od dziennikarzy. Nie przeczytałam nigdy recenzji, która doprowadziłaby mnie do większego smutku, więc to, że akurat ta płyta wywołuje aferkę, totalnie mnie kręci. Skoro tamte płyty z zajebistymi recenzjami szły sprzedażowo raczej alternatywnie, może ta na hejcie sprzeda się w milionowym nakładzie.

O Ricie Pax

Jedyny utwór na płycie "Piękno", który nie pochodzi z dyskografii Breakoutu, to "Stare dusze". - Dla mnie to jesteśmy my. Myślę, że przez muzykę możemy w jakimś sensie wywoływać duchy. Robimy to, biorąc się za piosenki, które kiedyś były komuś potrzebne, i dotykamy tych postaci - mówi Paulina. - Według mnie "stare dusze" spotykają się wtedy, kiedy da się odczuć, że znajomość wykracza daleko poza wspólne inspiracje. To inny język komunikacji - dodaje Jurek.

- Muzyka ma to do siebie, że nawet nie musisz o tym rozmawiać, wystarczy, że z kimś pograsz i już wiesz. Sama mam tak wieloma muzykami np. z takim Markiem Pędziwiatrem albo z Kubą Więckiem - nie musimy dużo ze sobą gadać, wystarczy, że coś razem zagramy i mamy w oczach to samo, wiemy, że się rozumiemy. To przeżywanie relacji, które nie muszą być w żaden sposób romantyczne albo życiowe, ale i tak sprawiają wielką radość z życia, bo udowadniają istnienie jakiejś jedności. Czasami jak oglądam film i czuję, że wszystko jest w nim tak jakbym sama sobie to wyobraziła, mam to uczucie. Taką ponadsłowną rodziną jest właśnie Rita Pax, płyniemy razem w nieznane - i dzięki temu każdy z nas chce tu wracać.

W tym roku zespół Rita Pax obchodzi dziesiątą rocznicę powstania. Pytam Paulinę, po co w tamtym momencie, w 2012 roku, było jej potrzebne założenie takiego składu. - Byłam wtedy po dwóch płytach, moje pierwsze dziecko poszło do przedszkola. Pomyślałam: "ale ekstra, mam czas do 17, co ja będę robiła?". I stwierdziłam, że będę pisać piosenki inaczej niż dotychczas - intuicyjnie, przy pianinie i kilku innych instrumentach. Napisałam tak kilka numerów i uznałam, że żaden ze składów, z którymi obecnie gram, nie wniesie tej świeżości, na której mi zależało. Zaczęłam myśleć bardziej abstrakcyjnie - i wtedy na MySpace odnalazłam kolegów z podstawówki.

Kiedy zastanawiałam się nad genezą Rity Pax, wymyśliłam, że to takie D’Angelo and The Vanguard w wersji Pauliny Przybysz. Do 2012 roku zdążyła już zjeść zęby na soulu i r&b, tak jak i D’Angelo przed wydaniem "Black Messiah" w roku 2014. W jednym z wywiadów zapytano go: "dlaczego teraz chcesz grać bluesa?", na co ten stwierdził, że to dla niego naturalna kolej rzeczy. Po r&b i soulu potrzebował "wrócić do korzeni". - Ty też? - pytam Paulinę.

- Nie do końca. Dla mnie Rita Pax jest drogą ewolucji i odkrywania muzyki. Nie wychowałam się na rocku, psychodeli czy progrocku, więc wprowadzam w ten zespół bardzo dużo soulu, który czasami jest gaszony. Chłopaki mówią, żebym te swoje maryjki (zaśpiewy a la Mariah Carey) zostawiła na solowy album - żartuje Paulina. - Uczę się wpełzać swoją soulową frazą między gitary - mało tego, zaczęłam ostatnio śpiewać z przesterem podczas występu i to jest takie ekstra! Właśnie dlatego nie nazwałabym tego powrotem do korzeni. Kiedy powstało Sistars, r&b zrobiło się modne, a potem znowu wpadło do kategorii "niemodne i zabawne". W zamian wjechały alternatywne zespoły gitarowe i można powiedzieć, że trochę podświadomie załapaliśmy się z Ritą na ten trend. Ewolucja trwa - może niedługo będę robić tylko techno…

Jakie muzyczne odkrycia popchnęły Paulinę w stronę Rity Pax? - Zaczęłam słuchać Beatlesów, Becka, Blur, The Black Keys i coś się ze mną stało. A potem okazało się, że jestem w ciąży. Dużo było grania z brzuchem przy "RP1". Zrozumiałam wtedy zresztą, że ciąża dużo daje, jeśli idzie o otwartość umysłu, ten podwójny krwioobieg coś robi z głową. Wtedy powstała Rita Pax jeszcze bez Jurka, w pierwszym składzie był Remek Zawadzki. Jurek pojawił się u nas przy drugiej płycie.

- Jurek, czy Rita Pax to najlepszy zespół, z którym grasz? - pytam. - To takie sportowe pytanie. Nie lubię w ten sposób rozpatrywać muzyki - twierdzi Jurek. - Na pewno jestem tutaj mocno osadzony i zaangażowany. Mogę dać od siebie wszystko, co chcę. Nie ma też jednego szefa.

- Paulina to nie szef?

- Nie, chyba wszyscy się staramy, żeby tak nie było.

- Ja się nie czuję szefem. Cieszę się tym wręcz, że nim nie jestem - wyjaśnia Paulina. - Wczoraj wytwórnia zapytała, jak to jest możliwe, że nie można zespołu ustawić przy barze, żeby zrobić jedno zdjęcie. Wtedy do gry wchodzi nasz manager i stawia nas do pionu. Natomiast jak już jesteśmy w jednym pomieszczeniu, to w zespole jest bardzo dobra biologia. Umiemy weryfikować fajność danych pomysłów w sposób dość bezbolesny. Nie ma u nas drastycznej krytyki, bo mamy wspólne poczucie estetyki.

- I na pewno umiemy być szczerzy wobec siebie - dodaje Jurek.

- Tak. Znamy się milion lat, graliśmy razem w różnych podzespołach. Mam tak z ludźmi z podstawówki, że oczywiście traktuję ich poważnie, wiem, że jesteśmy dorośli, ale żadna dogłębniejsza ściema nie może między nami wystąpić, bo pamiętam, jak oni wyglądali w podstawówce i jakie niemodne swetry nosili - śmieje się Paulina. - Ciekawe jest też to, że mamy w składzie Rity rodzeństwo, ale to nie ja jestem jego częścią [braćmi są Paweł i Piotr Zalewscy - przyp. red.].

- Natalia nie chciała się do was wkręcić?

- A niech spróbuje! Jak widać na najnowszej płycie, oprócz naszej Kasi Piszek więcej lasek tu nie wpuszczam. Na albumie pojawiają się goście, ale to już sami mężczyźni.

Florence and the Machine"Nigdy nie powstrzymałam się przed wydaniem piosenki, bo się przestraszyłam". Tego się trzyma

O marzeniach

"Piękno. Tribute to Breakout" uruchomiło w Ricie Pax nowe pokłady energii. Następny album ma być już w pełni autorski; jego premierę poprzedzi jeszcze jesienna solowa płyta Pauliny Przybysz. - To właśnie można nazwać powrotem do korzeni - tajemniczo zapowiada artystka. Najbliższe plany są związane z letnimi koncertami Rity Pax. A marzenia? Wracam do filmu "Wszyscy jesteśmy romantyczni", w którym Tadeusz Nalepa zapytany, o czym marzy, mówił Janowi Sosińskiemu:

Mam sporo marzeń, ale przede wszystkim to sprawy zdrowotne. Każdy chciałby być młody, piękny i jeszcze w dodatku zdrowy i bogaty. (…) Marzeń finansowych nie mam. Poza tym wszystkim w życiu mi się układa.

Rammstein wydali nową płytę. 'Zeit' już w sprzedażyJak zarobić na niszowej muzyce ciężarówkę pieniędzy? Rammstein wie najlepiej

- Mnie się wydaje, że celebrowanie uważności powoduje, że te marzenia cały czas w nas są - zaczyna Jurek Markuszewski po chwili zastanowienia, kiedy powtarzam pytanie Sosińskiego. - Zawiesiłem się tutaj trochę, bo zdałem sobie sprawę, w jak luksusowej pozycji jestem i jak wiele z moich marzeń się spełniło. Żyję z tego, co kocham, robię świetne rzeczy z fajnymi ludźmi, mam rodzinę, mam czas, żeby tu być, więc w zasadzie cały czas spełniam marzenia. Bardzo wiele też zależy od nas samych, ale z marzeń, które w jakiejś części nie zależą ode mnie, tylko chociażby od słuchaczy jest to, żebyśmy mogli to robić na pełny etat, więcej grać i mieli więcej czasu na wspólne tworzenie.

- Ja chyba trywialnie zaczynam marzyć o zdrowiu rodziny, zarówno fizycznym, jak i psychicznym. O możliwości odczuwania spokoju, bo mam wrażenie, że powoli staje się to luksusem - dodaje Paulina Przybysz. - Ostatnio na planie klipu do piosenki "Stare dusze", który już niedługo będzie można zobaczyć, mieliśmy bardzo zaganiany, ale i przyjemny dzień. Wyłuskałam z niego taki wyjątkowy moment. Byłam świeżo po ostrej kontuzji, bo spadłam z konia, więc działałam trochę w systemie przetrwania. W lesie, gdzie kręciliśmy, postawiono wannę, do której weszłam.

- Monika z produkcji zapytała, czego chciałabym posłuchać - odpowiedziałam, że "Morning Phase" Becka. Była idealna temperatura, słońce przygrzewało, wiedziałam, że żaden kleszcz nie dostanie się do wanny i poczułam, że nie chcę być nigdzie indziej, że robimy coś cudownego i świat jest piękny. Myślę, że codziennie trzeba łapać takie momenty. A jak my to wykombinujemy, żeby nasze egoistyczne momenty nie były krzywdzące dla innych, to już nasza broszka - ale tak trzeba żyć.

Więcej o: