Festiwale wróciły po pandemii. Na dobre i na złe

To jest pierwszy od lat sezon festiwalowy. Trudny i pełen problemów. W Europie zaczął się mocnym akcentem w postaci barcelońskiej Primavery Sound, skończy się serią skandynawskich imprez z odbywającym się w Oslo Oya Festivalen na czele.

Festiwale wróciły do gry po długiej przerwie i to wróciły z wielkim hukiem. Tak jakby wszyscy chcieli nadrobić stracone przez pandemię lata, przypomnieć, jak ważnym elementem życia społecznego były imprezy tego typu i mocno zaznaczyć, że wracają na dobre. Życie chciało jednak trochę inaczej. Owszem, pierwszy od trzech lat sezon przyniósł sporo mocnych wrażeń, ale jednocześnie przyniósł też mnóstwo problemów, trudności i przeszkód. A nawet obaw, że może być jednym z ostatnich.

Wielki powrót wielkiej publiczności

Pierwszy sezon festiwalowy po przerwie jest sezonem nadmiaru, nadwyżki i ekscesu. Festiwali jest więcej niż kiedykolwiek, pojawia się na nich więcej osób niż wcześniej, wszystkiego jest dużo i mocno. A przynajmniej organizatorzy starają się robić takie wrażenie.

Nie ma najmniejszych wątpliwości - jeśli uznać, że ludzie głosują "nogami", przychodząc na imprezy masowe, w tym sezonie bardzo jednoznacznie zagłosowali "za". Na wielu festiwalach już były ogromne tłumy, widać, że uczestnicy i uczestniczki są "wygłodniali" takiej formy spędzania wolnego czasu i wracają do niej, nie zważając na nic: wysokie ceny, problemy techniczne i ostrzeżenia przed kolejną wzbierającą falą koronowirusa.

Ten wielki powrót był bardzo na rękę tym, którzy organizowali festiwale, ale czasem okazywał się zarazem ich wielkim problemem. Dyskusja na ten temat zaczęła się już na samym początku sezonu, kiedy odbywała się tryumfalna edycja barcelońskiego festiwalu Primavera Sound. Bo szybko okazało się, że głównym tematem nie jest jej rozmach. A byłoby o czym mówić - ta edycja trwała... dziesięć dni, zamiast zwyczajowych trzech.

Zobacz wideo Artyści, których nie poznalibyśmy na ulicy, bo chowają się za maskami

Tłok, bałagan, zagubieni debiutanci i debiutantki

Mówiło się dużo o wielkim tłoku, mocno utrudniającym uczestniczenie w imprezie. Można było odnieść wrażenie, że organizatorzy i organizatorki - pewnie chcąc jak najbardziej wyrównywać straty z ubiegłych dwóch lat - zdecydowali się na wpuszczenie na teren festiwalu znacznie większej liczby osób niż podczas poprzednich edycji. A że infrastruktura była podobnej wielkości, co wcześniej, okazała się mocno niewydolna. Kolejki do stoisk gastronomicznych czy toalet ciągnęły się niemal kilometrami, w "wąskich gardłach" robiły się wielkie zatory, a najbardziej bulwersujący okazał się brak dostępu do wody pitnej.

Już po festiwalu okazało się, że przyczyn trzeba szukać jednak zupełnie gdzie indziej, a poczucie bycia w tłumie było subiektywne. Rzeczniczka Primavery poinformowała na konferencji prasowej, że frekwencja była niższa niż w przedpandemicznych czasach. Problemem okazała się więc raczej niekompetencja, czy może "wyjście z wprawy" festiwalowej obsługi, a także brak doświadczenia samych uczestników i uczestniczek festiwalu. Na Primaverze około 80 proc. publiczności to, według zapewnień organizatorów i organizatorek, osoby, które były na festiwalu pierwszy raz. Nie znały więc terenu, a być może nie wiedziały też, jak zachowywać się na festiwalu, żeby nie przeszkadzać innym.

Sean BeanSean Bean z kontrowersyjną opinią o scenach intymnych. Aktorki oburzone

Co do obsługi - ten problem sygnalizowany był także przy okazji innych festiwali - przez trzy lata przerwy bardzo dużo osób doświadczonych w organizowaniu tego typu imprez, z powodu braku pracy odeszło do innych branż. Wiele już nie wróciło. A więc spora część obsługi technicznej festiwali także debiutowała w tej roli, co mogło mieć mocny wpływ na jakość pracy.

Odwołane loty, nawałnice i ulewy

Inną przeszkodą w organizacji festiwali okazały się w tym sezonie niezależne od osób je przygotowujących problemy związane z ogólną sytuacją ekonomiczną na świecie, kryzysem klimatycznym i trwającą wciąż pandemią. Te pierwsze w kontekście festiwalowym oznaczały przede wszystkim ogromny chaos logistyczny: odwołane i opóźnione loty, strajki kolejnych grup zawodowych, obsługujących ruch lotniczy, problemy z dostarczaniem bagażu. Takie banalne, zdawałoby się, sprawy, mocno uprzykrzyły życie osobom pracującym nad organizacją festiwali i spowodowały wiele problemów - w zasadzie na każdym z tegorocznych festiwali zdarzała się sytuacje, że ktoś spośród artystek i artystów nie zdołał dotrzeć na czas.

Niektóre festiwale zostały także mocno doświadczone przez pogodę. W Polsce najgłośniej było oczywiście o froncie atmosferycznym, który przeszedł przez teren Open'era, powodując całkowitą ewakuację imprezy. Na szczęście nic się nikomu nie stało, ale był to wyraźny sygnał, że nawet w Polsce mogą się dziś zdarzyć zjawiska atmosferyczne powodujące niemożliwość organizowania imprez masowych w plenerze.

Ewakuacja Open'era 2022Ewakuacja Open'era 2022 Fot. Martyna Niećko / Agencja Wyborcza.pl

Zdecydowanie poważniejszy dramat wydarzył się miesiąc później na drugim końcu świata - największy australijski festiwal Splendour In The Grass został, niemal dosłownie, utopiony w błocie. Duża część koncertów została odwołana, a wielu uczestników i uczestniczek godzinami czekało na autobusy, które miały ich wywieźć z zatopionego przez ulewne deszcze terenu, ale same utknęły na zalanych drogach.

Pierwszy dzień na festiwalu Pol'and'Rock 2022Pol'and'Rock Festival. Tłumy na festiwalu i wiwat dla Ukrainy

Wreszcie - pandemia. To był cichy niszczyciel tegorocznego sezonu festiwalowego. Nie mówiło się o nim za dużo, pewnie dlatego, żeby nie psuć zabawy i nie drażnić ludzi poddawanych od dwóch lat najróżniejszym ograniczeniom, ale skutki jego działalności było widać bardzo wyraźnie. Najgłośniejsze były oczywiście odwołania występów - nowojorscy gwiazdorzy z The Strokes nie dolecieli na pierwszy weekend Primavery, The Chemical Brothers nie dotarli ani do Glastonbury ani do Gdyni. A trasa legendy feministycznego punk rocka, amerykańskiej formacji Bikini Kill, była przerywana kilka razy przez kolejne przypadki zakażeń w ekipie (na polskim OFF Festivalu na szczęście udało się im pojawić).

Ale była też tajemnica poliszynela - masowe zakażenia wśród publiczności podczas festiwali. Nikt nie jest w stanie policzyć, bo już dawno nie prowadzi się takich statystyk, ile osób wracało do domu po festiwalowym weekendzie z wirusem. A że takich przypadków było mnóstwo, widać było choćby po ilości postów w mediach społecznościowych z zdjęciem pozytywnego testu czy słowną informacją o pofestiwalowym zakażeniu.

Oya - różnorodna, mocna i ciekawa

Tymczasem, w kalendarzu festiwalowym, choć sezon powoli będzie się kończył, jest jeszcze mnóstwo atrakcji. W Polsce są jeszcze choćby Kraków, Chorzów oraz Olsztyn. W Europie najmocniejszym akcentem na koniec lata będzie, jak co roku przed pandemią, seria dużych festiwali skandynawskich. Chodzi o trzy imprezy, które obywają się mniej więcej w podobnym czasie, w połowie sierpnia i mają podobny skład - wielkie gwiazdy przemieszczają się w tym czasie między skandynawskimi miastami.

Travis Scott na Kraków Live Festival w 2017 roku / Fotografia ilustracyjnaKraków Live Festival. Wystąpi nie tylko Halsey i Young Leosia. Ogłoszono kolejne gwiazdy

Te imprezy to Oya Festivalen w Oslo, Way Out West w Goeteborgu i Flow Festival w Helsinkach. Już przed pandemią z nich wszystkich Oya zawsze wyróżniała się najbardziej: różnorodnym i bogatym programem, ciekawym miejscem, w którym się odbywa, nietypową strukturą i odważnym włączaniem ekstremalnego grania do programu.

Podczas tegorocznej edycji będzie można zobaczyć na scenach niezwykle eklektyczny program, w którym jest miejsce zarówno na alternatywny, taneczny pop Gorillaz, coraz bardziej mroczny, niemożliwy do podrobienia styl Nicka Cave'a i klasyczne metalowe riffy, podawane z niejaką ironią przez lokalne gwiazdy, norweski zespół Kvelertak.

Koncert zespołu Gorillaz w Warszawie - w sierpniu 2022 wystąpią na Oya FestivalKoncert zespołu Gorillaz w Warszawie - w sierpniu 2022 wystąpią na Oya Festival Fot. Franciszek Mazur / Agencja Wyborcza.pl

Organizatorzy i organizatorki zadbali też o promocję młodej rodzimej sceny - dzień przed właściwą imprezą odbywa się "club night", wieczór, podczas którego w kilkunastu klubach Oslo można posłuchać najświeższych talentów z norweskiej sceny. To bardzo oryginalne włączenie do programu klasycznego plenerowego festiwalu dla masowej widowni, elementu charakterystycznego raczej dla butikowych imprez showcase'owych.

Oya odbędzie się w znakomicie nadającym się do organizowania tego imprez miejscu - historycznym parku w centrum miasta, tchnącym atmosferą rodem z czasów Wikingów. I jak zawsze będzie miała bardzo familijny charakter - to cecha charakterystyczna wszystkich skandynawskich imprez tego typu. Zapowiada się więc, że w Oslo tegoroczny europejski sezon letnich festiwali zostanie zamknięty w nader godny i ciekawy sposób. Początek 9 sierpnia.

Więcej o: