W naszej ostatniej rozmowie dwa dni przed śmiercią Jacek powtarzał: Kurde. Strasznie jestem dumny z tej płyty

- Jacek zmarł na 10 dni przed premierą pierwszego singla. Kiedy teraz opowiadam o "Monomieście", czuję się trochę, jakbym stał za szybą. Ta dysocjacja jest niesamowita (...) Przez ostatnie trzy lata jego życia byliśmy ze sobą blisko i bardzo się zaprzyjaźniliśmy. Wybebeszaliśmy się przed sobą, co myśmy w tym życiu już nawyrabiali. Bardzo dużo z tego opowiadania zostało na płycie zawarte - dla mnie to nie są rzeczy obojętne. Z wieloma tekstami się bardzo identyfikuję, jeszcze w kontekście tego, że Jacek umarł. Dlatego ta płyta ryje mi banię - opowiada Michał "Dimon" Jastrzębski o debiutanckim albumie grupy Monofon.

Monofon powstał w 2020 roku z inicjatywy wcześniej związanych z zespołem Lao Che basisty Rafała Boryckiego, perkusisty Michała "Dimona" Jastrzębskiego i gitarzysty Michała Wójcika. Do współpracy nad debiutanckim albumem zaprosili Halszkę Nabirę (instrumenty klawiszowe, kornet) oraz wokalistę Jacka Szymkiewicza. "Monofon to zdecydowanie supergrupa i tym debiutem udowadnia to w 100 procentach" - pisała w recenzji pierwszego albumu zespołu Martyna Szota z "All about music". Smutno się złożyło, że "Monomiasto" grupy Monofon to ostatnia płyta, nad jaką pracował Jacek "Budyń" Szymkiewicz - wokalista, wychwalany tekściarz, multiinstrumentalista i założyciel grupy Pogodno.

Więcej ciekawych treści znajdziesz na stronie głównej Gazeta.pl

Zobacz wideo Maria Dębska i Krzysztof Zalewski o piosence, która powstała na potrzeby filmu "Nie będzie romansu"

On sam o projekcie mówił: "Na początku była muzyka i to ona prosiła się o teksty. Kiedy już koledzy Jastrzębski i Borycki pokazali mi muzykę zapytałem o krajobraz emocjonalny, który towarzyszył im, kiedy muzykę pisali. Usłyszałem o życiu mężczyzn już po kryzysie wieku średniego, po przejściach czasem wykraczających poza dobry smak i granice finezji w zezwierzęceniu. O powrocie do punktu, z którego wyruszyli na te wszystkie niesamowite przygody. O dystansie, który sprawia, że nieszczęścia stają się lżejsze, a z czasem zamieniają się w żart, który katastrofom przydaje piękna rodem z greckiej tragedii. Otworzyłem więc memuary moich przygód i na światło dzienne wyciągnąłem te, które w tym samym sosie były umazane. Historie o burzach z piorunami, szybkich samochodach, włoskiej kuchni i psychologii". Więcej o projekcie opowiedział Michał "Dimon" Jastrzębski.

Justyna Bryczkowska: Powiedziałeś w jednym z wywiadów, że płyta "Monomiasto" zryła ci banię. Dlaczego?

Michał "Dimon" Jastrzębski: To płyta wielu zakrętów. Perspektywa czasu pokazała mi, że w czasie pracy nad tym materiałem wydarzyło się dużo skrajnych rzeczy, które były ciężkie. Dopiero teraz to do mnie wraca. Pamiętam, że kiedy nagrywaliśmy, byłem bardzo zdeterminowany, żeby to robić. Ciężar emocjonalny wydarzeń, które miały miejsce w czasie powstawania tej muzyki, był ogromny i w ogóle do mnie nie docierał. Teraz widzę, że wypierałem je dla własnego bezpieczeństwa psychicznego. Taki automatyczny mechanizm. Nie przeżywałem ich i robię to dopiero teraz. 

Jakie to były wydarzenia? 

To jest zawieszenie działalności Lao Che, które jesienią odczuwam najbardziej, bo też mniej pracuję i gram, co odbija się na finansach. No i dwa: całą produkcję wykonawczą płyty Monofonu wziąłem na siebie. To się łączy z mnóstwem zadań organizacyjnych, kompozycyjnych, którymi musiałem się zająć, by płyta w ogóle powstała. Na to wszystko na koniec nałożyła się śmierć Jacka - zmarł na 10 dni przed premierą pierwszego singla. Kiedy teraz opowiadam o "Monomieście", czuję się trochę, jakbym stał za szybą. Ta dysocjacja jest niesamowita.

Jeszcze jego teksty sprawiają, że to nie jest zwykły album z muzyką rozrywkową. Mam przeświadczenie, że to jest płyta artystyczna i bezkompromisowa, z czego się bardzo cieszę. Bo te treści wzięły się z moich rozmów z Jackiem. Przez ostatnie trzy lata jego życia byliśmy ze sobą blisko i bardzo się zaprzyjaźniliśmy. Rozmawialiśmy o naszym życiu. Jacek był ode mnie o osiem lat starszy, ja byłem koło 40-tki, można powiedzieć, że kryzys wieku średniego miałem już za sobą. I tak wybebeszaliśmy się przed sobą, co myśmy w tym życiu już nawyrabiali. Bardzo dużo z tego opowiadania zostało na płycie zawarte - dla mnie to nie są rzeczy obojętne. Z wieloma tekstami się bardzo identyfikuję, jeszcze w kontekście tego, że Jacek umarł. Dlatego ta płyta ryje mi banię.

Jedną piosenkę śpiewasz ty, resztę zaśpiewał właśnie  ś.p. Budyń. Wydaje mi się, że ta płyta jest w dużym stopniu materiałem terapeutycznym. Czy któryś z tych utworów jest teraz dla ciebie szczególnie znaczący? 

Czasy są takie, że zjawisko płyty zanika. Muzyka teraz to single, jedna piosenka. Jestem z rocznika '81 - w momencie, w którym zacząłem się interesować muzyką, słuchało się całych albumów. Jeśli się angażuję w jakiegoś artystę, to traktuję go całościowo, a nie wybiórczo. Tak samo podchodzę do płyty "Monomiasto". Dla mnie to jest monolit, cała historia. Wiadomo, że ta piosenka, którą zaśpiewałem i napisałem do niej tekst, to jest wyjście ze strefy komfortu, zza tej perkusji, za którą siedziałem przez 20 lat. Powstała na kanwie mojej osobistej historii. Ale to i tak jest dla mnie część całości. Powiem więcej i powiem szczerze, że ja już tę płytę porzuciłem dawno temu. Emocjonalnie i konceptualnie. W momencie, w którym Jacek zaczął przysyłać demówki, usłyszałem teksty i wokale, przesłuchałem ze dwa razy. I porzuciłem. Jestem z niej ogromnie dumny, bo to moje CV, ale nie skupiam się już na niej tak bardzo. 

Kiedy czytałam o tym, jak ta płyta "Monomiasto" powstawała, odniosłam wrażenie, że trochę jak feniks z popiołów - budujecie na czymś, co zostało po Lao Che. Czy szukaliście tutaj siebie muzycznie na nowo, realizowaliście pomysły, których wcześniej nie mieliście szansy ruszyć?

Na pewno robiliśmy rzeczy, których wcześniej nie mieliśmy szansy zrobić, bo praca w Lao Che szła trybem zadaniowym. Każdy miał swój odcinek, na którym się realizował i nikomu nie trzeba było dwa razy powtarzać, że musi coś zrobić. Często się zdarzało, że każdy z nas wręcz robił dwa razy więcej, niż trzeba było. Byliśmy tak totalnie zaangażowani i skupieni na zespole, co było grupowe. Oczywiście mogę powiedzieć, że w Lao Che są jakieś piosenki, które zaaranżowałem, czy nadałem im bieg. Ale tam nie pracowałem w takiej formie, jak przy Monofonie, w którym miałem okazję się wykazać. Wydaje mi się, że ta płyta też pokazuje to, co najlepszego wynieśliśmy z Lao Che: zrobiliśmy rzecz artystyczną. 

Mam wrażenie, że wyssaliśmy też z mlekiem tej laocheńskiej mamy szacunek do słowa. Kolegów, którzy próbowali na tę płytę coś napisać i zaśpiewać było przed Jackiem jeszcze dwóch i to były rzeczy, które jakoś się nam nie kleiły. Dopiero Jacek był w stanie podnieść tę poprzeczkę na tyle wysoko, że to się idealnie złożyło. 

Coś jeszcze?

Na pewno na tej płycie słychać bezkompromisowość. To dla mnie ważne, bo jestem też muzykiem sesyjnym, gram z różnymi artystami i strasznie się z tego cieszę. To, co się teraz dzieje w moim życiu, to niesamowite doświadczenia zawodowe. Zdarza mi się być w tak zwanej branży, a Lao Che było zespołem, który trzymał środkowy palec przed tą branżą. Monofon też jest trochę projektem poza obiegiem branżowym. Bo to nie jest tak, że w powstanie tej płyty był zaangażowany sztab ludzi. To była nasza oddolna inicjatywa - robiliśmy na tej płycie, to co mieliśmy ochotę i to czuć. Bardzo wiele osób już mi potwierdziło, że słychać na niej mnogość stylistyczną. Z Lao Che też wynieśliśmy to, żeby muzyką się bawić, nie idąc na kompromisy.

Trudno pytać, co dalej z Monofonem, kiedy podkreślasz, że słowa są dla was tak ważną częścią tego projektu, a Budynia już z wami nie ma.

Mam nadzieję, że ten projekt przetrwa i uda nam się sprawy poukładać. Cała ta premiera, te wszystkie wywiady, tak mnie psychicznie rozstroiły, że czasami nie wiedziałem, gdzie jestem. Będziemy powoli próbowali to kleić, żeby się spotkać, pograć, zagrać ten materiał na próbie. Zobaczymy, co wyjdzie. Od samego początku próbowałem kogoś zaangażować na front. To się nie udawało, dopiero Jacek okazał się odpowiednią osobą. Teraz umarł. Chwilę po jego śmierci mieliśmy pomysł, żeby może kogoś zaprosić, żeby z nami zagrał koncerty i wykonał po swojemu ten materiał. Po dwóch miesiącach przyszła odpowiedzieć, że jednak sorry, ale nie mam czasu, bo będę robić płytę. Znowu opadły mi ręce - może to jest ten sygnał, żeby zrobić to samemu.

Od razu przypomina mi się historia Genesies i wyciągania Phila Collinsa z jego kącika perkusyjnego.

Bardzo mnie kręci pomysł, żeby spróbować wyjść na front. Nawet miałem ostatnio taką przygodę. Zostałem zaproszony w rodzinnym Płocku do programu, który zawsze porusza lokalne wątki. Tym razem był to odcinek o filmach i serialach, które były w Płocku kręcone. Zostałem poproszony, by zaśpiewać "Bruce Lee karate mistrz" Franka Kimona. Zrobiłem to undergroundowo, było dużo różnych błędów, ale to mnie bardzo zachęciło, żeby spróbować zrobić więcej. Za bębnami jednak jest bezpiecznie, siedzisz sobie z tyłu i nawet jak czasem nie trafisz, to i tak masz przed sobą zasieki z instrumentu. Z przodu nie wiedziałem, co zrobić z rękami. Autentycznie. Potem obejrzałem nagranie z tego występu i bardzo było to widać - dużo ćwiczenia przede mną. Nawet powiedziałem mojej mamie, że chciałbym spróbować zaśpiewać te nasze piosenki. Powiedziała tylko: O, Boże nie, nie dotykaj tego, nie ruszaj. Rób tam te swoje, ale ja bym tego nie ruszała.

Straszne.

Jacek był tak barwną osobowością z taką charyzmą i ekspresją, które są niezastąpione po prostu. Chodzi o to, żeby tego nie spaskudzić. Natomiast zacząłem pracować nad piosenkami i nad nimi myśleć w kategorii pracy domowej. Ale nie wiem, czy jest sens się rozdrabniać. Może warto to za jakiś czas pokazać jako Monofon 2? Może to będzie jakaś kontynuacja? Piszę nowe rzeczy, trochę mi pomaga moja przyjaciółka Aleksandra Górecka. To jest żona Barta Sosnowskiego, która też pisała dla niego teksty. Konsekwentnie spotykamy się od paru miesięcy raz w tygodniu na obiad i rozmawiamy - tak jak z Jackiem, o życiu. Wydaje mi się,  że zaczyna się powoli wyłaniać koncept literacki. Małymi kroczkami posuwam się do przodu. 

Myślę, że 20 lat na scenie to jest szmat czasu i zaczynanie od początku musi być wstrząsem.

To dopiero teraz do mnie dociera. Współpracuję np. z duetem Anieli - to jest Paweł Krawczyk i Asia Prykowska. Ona wraca na scenę po parunastu latach niebytu artystycznego. Paweł Krawczyk to wiadomo, mąż Kasi Nosowskiej, główny kompozytor Heya. No i Paweł debiutuje w wieku lat 50. Właśnie się z tego śmialiśmy. Mieliśmy taką rozmowę - ja jestem od niego o dekadę młodszy. Kiedy on był w Heyu, ja w Lao Che, nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, że ile to jest zadań. W Lao Che dostawałem maila, że koncert jest tu i tu, o tej godzinie, obiad o tej porze, śpisz w tym hotelu, samochód przyjedzie po ciebie o tej godzinie. Ty wsiadasz, przyjeżdżasz do danego miasta, grasz koncert, jest jakiś harmonogram. A tutaj mnożą się zadania do wykonania i masz świadomość, że jeśli tego sam nie zrobisz, to nikt tego za ciebie nie zrobi. To na pewno jest wstrząs. 

Jak sobie z tym radzisz? 

Jestem właśnie w momencie rozstroju. Wydawało mi się, że dużo rzeczy udało mi się już przepracować i poukładać, ale teraz okazuje się, że to nie jest takie proste. Zrobienie czegoś takiego, co udało się zespołowi Lao Che, czyli dużej kariery - bo to był duży zespoł - to też jest wyjątkowa rzecz. Po tym, jak zespół został zawieszony, wcale nie jest takie oczywiste, że lider też jest mega-gwiazdą i pociągnął za sobą rzeszę fanów. To wcale mu się nie udało, ale tego mu życzę. Jest też Nanga, kolejny zespół post Lao Che, - tak samo się boryka i to też się toczy raczej podziemnym kręgiem. To skomplikowane.

Masz tę jedną piosenkę, którą śpiewasz na Monofonie i tu rozumiem, że jej wykonywanie nie jest problem. A myślałeś o tym, żeby do pozostałych napisać jeszcze raz słowa po swojemu? 

To wydaje mi się karkołomne. Ta płyta już się dokonała, już jest i koniec. Raczej myślę o tekstach do nowych piosenek. Powiem, że nawet ciężko mi ten Monofon ćwiczyć. W momencie, w którym złapałem się za pierwsze piosenki, poczułem się zmęczony tą muzyką. Bo od początku wszystkie te numery rzeźbię i już mi się to ulewa. Więc miałem moment, że mówiłem: Róbmy nowe. To jest ciekawy element procesu twórczego, pamiętam, że Spięty o tym mówił w wywiadach o Lao Che, że w momencie, kiedy coś nagra, to on to porzuca. Ja teraz czuję to samo. Z moich obserwacji wynika, że nie chodzi o to, żeby to zrobić, ale żeby to cały czas robić i tworzyć. Wydaje mi się, że szukanie nowych rozwiązań tekstowych do istniejących już muzycznych form na tej płycie jest bez sensu - z mojej perspektywy jako twórcy.

Jest też tak, że Jacek nam to zostawił. To jest niestety jego "Black Star" [ostatnia płyta Davida Bowiego, która ukazała się dwa dni przed śmiercią muzyka 10 stycznia 2016 roku - przyp. red.]. Mamy to i jeśli będziemy coś dalej robić, a mamy taki zakus, to już zawsze będzie częścią naszego repertuaru.

To też jest niesamowite - teraz mówię o tym, że to jego "Black Star". A w momencie, kiedy on to pisał, wysyłał mi demówki, nawet w naszej ostatniej rozmowie dwa dni przed jego śmiercią, powtarzał: Kurde, wiesz co? Strasznie jestem dumny z tej płyty. Nigdy wcześniej w życiu aż tak nie pisałem. Że aż tak się otworzył, bo on zawsze był krotochwilny, żartobliwy, ironiczny. Nawet jeśli chciał coś ważnego powiedzieć, to robił to w tak przezabawny i uroczy sposób, że ludzie się koncentrowali na tym, że jest "hi hi ha ha, fajnie fajnie". Tutaj te rzeczy, o których on śpiewa, wcale nie są takie zabawne. 

Ten cytat, który zostawił o tej płycie, w którym mówił, że zapytał was o pejzaż emocjonalny towarzyszący tej płycie. Myślę, że był tak szczery, bo wy byliście z nim tak szczerzy.

Tak. Byłem z nim szczery. Nam w ogóle zaskoczyło od pierwszej chwili - a wszystko się zaczęło od tekstu "Warszawa Stambuł", który napisałem. Kiedy to zrobiłem, bałem się go komukolwiek pokazać - wstyd mi było. Przed Jackiem też się stresowałem, pomyślałem, że chcę, spróbuję. Zadzwoniłem, wysłałem mu mejla, następnego dnia się spotkaliśmy. On bardzo szybko dokonał korekty, która ostatecznie była bardzo niewielka. Polegała na tym, że odrzucił połowę tekstu i zostawił taki sos. Jedno słowo dorzucił od siebie - "prześnień". 

Na tym spotkaniu od razu padło też pytanie: Po co to zrobiłeś? Co ty tu chciałeś powiedzieć?. Opowiadałem mu o moim mężu, jak się zaczął proces rozkładu naszego związku. To była 10-letnia relacja, która miała różne historie na koncie. Bardzo osobiste, prywatne, czasami też zahaczające o styl życia, który geje lubią uprawiać. Dla Jacka to było bardzo intensywne. Użył wręcz określenia, że to "zezwierzęcenie". Można powiedzieć, że to "zezwierzęcenie" przypieczętowało koniec tego związku.

Jak mu odsłoniłem taką część mojego życia, to dalej popłynęło. On mi dawał fajne zwroty. Też opowiadał o sobie bardzo szczerze - nasza przyjaźń zaskoczyła od razu od tego pierwszego spotkania. Nie mieliśmy na sobie żadnych masek, nie mieliśmy przed sobą nic do ukrycia. Fajnie, że nasza relacja tak na niego zadziała, że tak podszedł do tych szczerych tekstów. No i jeszcze nasza muzyka go zainspirowała - bo ona była motorem napędowym. Pamiętam, jak to usłyszał, to powiedział: Kurde, stary, co to jest, jak to brzmi. Był naprawdę szczerze zachwycony, ale faktycznie staraliśmy się nagrać tę muzykę najlepiej, jak potrafimy. Wymyśliliśmy sobie taki koncept, żeby to zrobić według analogowych prawideł, bez współczesnej elektroniki. Ta płyta jest bardzo organiczna i czarno-biała. Kiedy jej słuchałem bez wokali, poczułem, że można ją puścić nawet jako płytę instrumentalną. Bo to brzmi jak ścieżka dźwiękowa do filmu. 

To też jest ciekawe w tworzeniu, że zakładasz sobie różne rzeczy, ale to jak cię proces twórczy pcha, to nigdy nie wiadomo do końca, gdzie wylądujesz. To jest super i bardzo mi się podoba. Jak mi się wydaje, że coś wiem, kiedy robię jakąś piosenkę, to się szybko okazuje, że nic nie wiem. 

Czy trochę nie jest tak, że być może nie czułeś się trochę zduszony przez tych 20 lat: siedziałeś sobie w swoim bezpiecznym bębenkowym kąciku i nie widziałeś potrzeby, żeby robić inne rzeczy? 

Zduszony się nie czułem, bo świetnie się mogłem spełniać jako perkusista w Lao Che i bardzo mi to pasowało. Ale tak, byłem takim typowym perkusistą-pasjonatem: interesowałem się talerzami i bębnami wszelkiej maści. Wiele lat poświeciłem na to, żeby nabyć technicznej biegłości w grze. Teraz czuję, że dowiedziałem się wszystkiego, czego chciałem i patrzę na muzykę szerzej. Bębny są dla mnie narzędziem: nie do końca jest ważne, czy użyję werbla płytszego, czy głębszego. Mnie interesuje, żeby miał brzmienie, którego szukam. Wcześniej szukałem brzmienia, ale w określonym werblu, bo on jest najlepszy. 

To jest dla mnie ciężki moment. Zawieszenie Lao Che było decyzją Spiętego - wydaje mi się, że nie było potrzeby robić tego w sposób aż tak drastyczny. Z perspektywy zawodowej i życiowej osuwa się grunt finansowy spod nóg. Jeśli nazywasz się "zawodowym muzykiem", tak jak ja i koledzy z zespołu, to znaczy, że masz na tej muzyce zarabiać pieniądze i się z niej utrzymać, z koncertowania itd. Wywalanie takiego przedsięwzięcia jak Lao Che, jest mocno ryzykowne i teraz to wychodzi. Też widzę, że mnie to zmieniło. Teraz szukam w tej pracy czegoś więcej niż sama perkusja. Co nie znaczy, że sama perkusja nie daje mi przyjemności, bo ciągle daje mi to ogromną frajdę. To, że możesz napisać skrawek melodii, jakiś tekst do niej dobrać, to jest taki teren intrygujący i korci mnie, żeby tam leźć. 

Czy w takim razie, gdyby ktoś powiedział, że wraca Lao Che, poszedłbyś w to od razu, czy jednak zauważył, że masz już jakieś plany i to w pierwszej kolejności?

Bardzo bym chciał grać z Lao Che, ale wydaje mi się, że to zawieszenie sprawiło, że każdy z nas powiedziałby: Dobra, grajmy, ALE. Nie wiem, czy to byłby znowu zespół, który gra 120 koncertów rocznie, może to byłoby 60 czy 70. Oczywiście tęsknię za tym, bo to ważna część życia. Myślę, że wszystkim tego brakuje. Nawet gdyby to granie miało zająć dużo czasu, głęboko wierzę, że nie porzuciłbym robienia czegoś swojego. Z Lao Che było tak, że wszystko działało według planu. Raz na dwa lata wyjeżdżaliśmy na obóz kompozycyjny, który trwał dwa tygodnie. To był taki rytm, w którym czekało się do weekendowych wyjazdów na koncerty, ale artystycznie w międzyczasie się nie robiło nic. Widocznie Lao Che dawało nam to spełnienie jako wspólny muzyczny twór, bo teksty to zawsze była domena Spiętego. 

Powiedziałbyś, że sodówa wam na jakimś etapie uderzyła do głowy?

Za siebie mogę tylko powiedzieć. Na pewno bywałem trudny we współpracy i miałem jakieś wymagania pod względem technicznym. To był mocno gremialny zespół, ale na pewnym etapie zaczął być bardzo poważnym projektem i przynosić bardzo poważne przychody. Jeśli nie ma granic, to robią się trudności. Spięty mówi, że zawiesił go z potrzeby serca, ale wydaje mi się, że też mieliśmy jakieś nienazwane problemy. Nie da się być w ekipie przez 20 lat i twierdzić, że zawsze było super i nigdy się nie kłóciliśmy. Jeśli się na siłę nie rozmawia o czymś poważnym, to też nie rozwiązuje tych problemów. Teraz widzę, że często takie próby były obracane w żart przez niektórych kolegów - to była ucieczka od rozmawiania o tym, co się wydarzyło. To trochę zadziwiające. Ale nie chce mi się już o tym myśleć. Bo to dzielenie włosa na czworo, a ja myślę ciepło o tym zespole. To ważna część mojego życia, bardzo ciepło myślę o naszych wspólnych dokonaniach i mam nadzieję, że jeszcze się kiedyś spotkamy. 

Więcej o: