Sophie Ellis-Bextor o tym, dlaczego nie jeździ z dziećmi w trasę: To nie jest dla mnie finansowa bułka z masłem

Sprzedała miliony płyt, ale nadal mieszka na londyńskim przedmieściu. Gra koncerty od Tokio po Meksyk, ale sama chodzi na wywiadówki w szkołach swoich synów. Śpiewa i nagrywa od ponad dwudziestu pięciu lat, w tym czasie urodziła i wychowała pięciu synów. Jak każda kobieta nie narzeka na brak zajęć i zawsze ma ręce pełne roboty, o czym od dwóch lat rozmawia w swoim podcaście "Spinning Plates" z podobnymi sobie. 2 czerwca do sklepów trafia najnowsza płyta Sophie Ellis-Bextor, z którą rozmawia Mieszko Marek Czarnecki.

Mieszko Marek Czarnecki: Od zawsze jesteś piosenkarką, ale dwa lata temu stałaś się podkasterką. Masz za sobą niemal sto rozmów ze wspaniałymi kobietami, działającymi na wielu polach, odnoszącymi sukcesy zawodowe, spełniającymi się jako matki, żony albo singielki. Co wspólnego z nimi odkrywa w sobie Sophie Ellis-Bextor?

Sophie Ellis-Bextor: O rany… I to jest to pierwsze pytanie? Gdy wychodzę z domu, idę do sklepu, jadę metrem czy czekam na wizytę u dentysty, często zaczynam ten brytyjski "small talk". Niby zdawkowy, niby pozorny. Ale po chwili, gdy rozmawiam z kobietami, nasza rozmowa niezmiennie skręca w stronę rodziny. Nagle przestajemy rozmawiać o pracy czy pogodzie. To chyba najlepszy temat do przełamania lodów. Jednocześnie właśnie te wątki mnie interesują najbardziej. Mój najstarszy syn za chwilę kończy dwadzieścia lat i moment, gdy pojawił się w naszym życiu, przewrócił w nim niemal wszystko. Po nim nastąpiły cztery kolejne rewolucje, za każdym razem, gdy rodził się każdy kolejny z moich chłopaków. Mam więc ich pięciu, i dziś już niemal nie pamiętam, kim byłam wcześniej. Dzięki setce nagranych rozmów ze wspaniałymi kobietami i tysiącami u fryzjera, manicurzystki, w przedszkolu, szkole, odkryłam, że wyzwania, jakim staramy się stawić czoło, w większości są naprawdę takie same.

Zobacz wideo Jakim cudem Szwedzi zostali światowym liderem w dziedzinie tworzenia popowej muzyki? [MUSIMY O TYM POGADAĆ]

Mimo tego, że każda z was prowadzi inne życie.

I to jest równie fascynujące. Odkrywam w sobie niesamowitą ciekawość, jak moja rozmówczyni dotarła w to miejsce, w którym jest. Co przeszła? Jak? Którędy? I niezależnie od tego, czy siedzę przed mikrofonem z gwiazdą z pierwszych stron gazet, czy jest to naukowczyni zakopana na co dzień w stertach książek albo otoczona rzędami laboratoryjnego sprzętu, dostrzegam w każdej z nich wielką ciekawość świata i życia. Przyznaję - lubię być nawet wścibska, bo tak jak one, ja też tę ciekawość życia w sobie mam.

Te rozmowy pozwalają ci wyjść ze swojej bańki?

Nawet nie to. Gdy siadam ze swoimi przyjaciółkami przy kawie, rozmawiamy o tym, że uczucia i relacje stają się płytkie, o naszych nadziejach, pragnieniach. O tym, jak nasza rzeczywistość okazuje się czasem zupełnie bez sensu. Wspieramy się nawzajem. I tak też traktuję cykl moich wywiadów. To kobiety o różnorakich doświadczeniach, źródłach, pochodzeniu. Niemal w każdym wieku. Chciałabym w swoim życiu korzystać z tej mądrości, którą one zdobyły w swoim.

Ale to nie są tematy lekkie. Wręcz przeciwnie.

Stąd zawsze zaczynam od rozmowy o rodzinie. To zawsze działa. Ten klucz pozwala otworzyć kolejne drzwi.

Ty jednak jesteś jedną z najbardziej rozpoznawalnych brytyjskich piosenkarek ostatnich dwudziestu lat, a ci, którzy cię słuchają, żyją dużo zwyklejszym życiem.

Kiedy rozmawiałam z Jessie Ware, odkryłyśmy, że żadnej nawet do głowy nie przychodzi, by zabrać swoje dzieciaki ze sobą w trasę. Nie dlatego, że nie tęsknimy za nimi czy chcemy pożyć życiem dwudziestolatek. Nas po prostu na to nie stać. Mam pięciu chłopaków, czterech pojechałoby ze mną, a przecież muszą chodzić do szkoły. Czterech oddzielnych nauczycieli, więcej biletów, dużo więcej bagażu, zupełnie inne, droższe hotele, większe auta, opieka w trakcie prób i koncertów. To nie jest dla mnie finansowa bułka z masłem. A jednocześnie tęsknota, zmartwienia, rozłąka. Kto odbierze młodego z przedszkola, czy średni znowu zgubi albo potłucze swój telefon i nie będzie z nim kontaktu przez cały dzień. Czy odrobią lekcje, umyją porządnie zęby. Wydawać by się mogło, że z Jessie rozmawiałyśmy o naszym otoczeniu, ale każda kobieta mierzy się w istocie z bardzo podobnymi codziennymi zmartwieniami.

Chcesz pokazywać kobietom, jak są silne?

Bardzo bym chciała. Jesteśmy świetne we wzajemnym wspieraniu się. Ja też mam wokół siebie osoby, dzięki którym stoję w pionie. Moja mama, moja siostra, moje przyjaciółki. Oczywiście mój Richard też, ale to na radę i wsparcie kobiet liczę najbardziej. Mam wrażenie, że nie zawsze mamy świadomość, jak wspaniałe rzeczy robimy na co dzień i jak dobre w tym jesteśmy. Dziewczyny, z którymi rozmawiam, po wzlotach i upadkach poczuły spełnienie w wieku czterdziestu czy pięćdziesięciu lat. Ktoś by powiedział "dopiero", a ja i one mówimy "Zrobiłam to! Zrobiłaś to!". Widzę, że nawzajem dla siebie potrafimy być bardzo hojne.

Jednak w swoim domu wśród sześciu facetów jesteś jedyną kobietą. Nie czujesz się czasem samotna?

Mam przyjaciół, którzy czasami mówią "Och! Ależ bym chciała mieć choć jedną córkę" albo "chciałbym mieć choć jednego chłopaka", ale nie czuję, bym cokolwiek traciła. Moja szóstka cały czas słyszy swoją gadatliwą mamę czy żonę, której buzia niemal się nie zamyka, ale cieszę się tym, że oni też mają ze mną bardzo dobry kontakt. Oni doświadczają mojej bliskości, ale ja też tą bliskością jestem szczęśliwa.

A jak to jest łączyć swoje życie osobiste i zawodowe z tą samą osobą? Richard jest twoim basistą od dwudziestu lat.

I właśnie dzięki temu się poznaliśmy. Poszukiwałam basisty i ogłosiłam przesłuchanie. Znalazłam i basistę, i życiowego partnera. Dużo więcej niż się spodziewałam. Doskonały bonus. Richard jest ze mną niemal cały czas - w domu, w studiu, w trasie. Montuje moje podkasty i audycje radiowe. Nasze życie jest pełne wspaniałych epizodów, przygód, których nie musimy sobie opowiadać, ale wspólnie je przeżywamy. Myślę, że wiele współczesnych par na co dzień ma siebie znacznie mniej, choć bardzo by chciały. To świetny mąż, przyjaciel, ojciec. I muzyk!

O właśnie! Muzyka! Pamiętam jedno z twoich nagrań, gdy jeszcze jako nastolatka zaśpiewałaś duet z Manic Street Preachers. Ćwierć wieku temu. Właśnie wydajesz swój najnowszy album. Sprawiasz wrażenie, jakby twoja muzyka zatoczyła wielkie koło.

Bardzo tęskniłam za indie i rockiem, a "Hana" te wspomnienia przywołuje. Nie do końca wiem, czy było to świadome, czy nie. Podczas lockdownów sięgałam do dawnych płyt i piosenek. Wracałam do miejsc, gdzie dawno temu czułam się bezpiecznie i komfortowo. Starając się radzić sobie ze strachem o chłopaków, o rodziców, o przyjaciół, przypominałam sobie radość, spokój, pewność siebie z momentów sprzed lat. I chcąc nie chcąc trafiłam tam, gdzie zaczynałam. Do miejsc, które znałam i które w czasie pandemii były dla mnie jak azyl. Sięgałam do tamtych uczuć bardziej niż do muzyki, ale to, jak się okazuje - przełożyło się na to, jak "Hana" brzmi.

Ta płyta jest powrotem do czego?

Bardziej nowym początkiem. "Hana" to po japońsku świeżo rozwinięty kwiat. Jak wiosna. Jak nowe otwarcie, nadzieja. Mam dużo szczęścia, bo za każdym razem, gdy piszę muzykę, przechodzę coś na kształt katharsis, przebudzenia, oczyszczenia. Uspokajam się i zaczynam kolejną, zupełnie nową podróż. Nagrywając płytę, możesz stworzyć dokładnie taką przestrzeń, w jakiej chciałabyś być. Dlatego, gdy Ed Harcourt, mój producent, z którym nagrałam trzy płyty, i ja usiedliśmy, by zastanowić się, jaką płytę chcielibyśmy stworzyć, rozmawialiśmy obrazami, a nie brzmieniami.

Tak się z tobą pracuje?

Odkąd nagrałam "Wanderlust", mój pierwszy album wyprodukowany przez Eda, oboje odkryliśmy, że takie podejście inspiruje nas najbardziej. Wyobrażamy sobie muzykę jako miejsce, a to przekłada się na pewne reguły stawiania nut na pięciolinii. Nie tylko jest nam łatwiej pisać, ale też nagrywać i nadawać piosenkom zamierzone, a może bardziej wyobrażone brzmienie.

Tobie łatwiej. Jak być sobą, gdy jesteś na początku swojej artystycznej kariery?

Och… To naprawdę trudne. Jest tyle granic do wyznaczenia: między tobą a producentem, między tobą a wytwórnią, między tobą a menedżerem. Moment, gdy zaczynasz, jest jak ta chwila, gdy wstajesz z krzesła. Pierwsze piosenki, teksty, koncerty - to w istocie jedyne, co publiczność wie o tobie i co ty wiesz o publiczności. Próbujesz, wchodzisz tu, wchodzisz tam, zaglądasz. Dostrzegasz, że jedne numery pasują publiczności bardziej niż inne, przez co myślisz, że właśnie tego od ciebie ona oczekuje. Podkręcasz jedno, odpuszczasz drugie. Dziś więcej myślę o sobie i zdaję się bardziej na swój nos. Nie słyszę już tego głosu w głowie, który stale pytał: "czy to jest to?", "czy to na to czekają?". Zanim jednak znalazłam się w tym miejscu, musiałam przejść swoje i pokonać swoje niepokoje. Każdy je miał, ma i będzie miał. Lubię duże wytwórnie, ale dziś współpracuję z naprawdę niewielkim wydawnictwem, gdzie i oni, i ja cieszymy się z tego, że robimy razem coś, co nam po prostu sprawia radość.

Może to stąd, że ludzie po prostu lubią z tobą pracować? Nie wiem, kto nagrał więcej duetów niż ty.

Byłoby cudownie… Bardzo bym chciała, by tak było. Rzeczywiście, wokół mnie jest mnóstwo ludzi, którzy są ze mną od wielu lat. Nie tylko basista. To moja makijażystka, reżyserka moich teledysków, projektantki i projektanci. To już dwadzieścia kilka lat razem. Nie jestem wielką wytwórnią, więc nie mogę im zapłacić tyle, ile płacą duże marki, ale to, co mogę im dać, to wolność. Przez to często nie wszystko jest do końca zaplanowane, wśród nas jest wiele spontaniczności, ale dzięki temu jest w tym też mnóstwo radości. Powinno być jej mnóstwo - przecież o to chodzi w muzyce.