Znany kabareciarz pisze thriller. "Ta makabra przydarzyła się naprawdę" [WYWIAD]

Przemysław Borkowski, współtwórca Kabaretu Moralnego Niepokoju, postanowił na chwilę przestać rozśmieszać. Wręcz przeciwnie: będzie straszył. Jego najnowsza książka ?Hotel Zaświat? to mroczny thriller bazujący na prawdziwych wydarzeniach. - Coś takiego przydarzyło się w mojej rodzinnej miejscowości - mówi Borkowski w rozmowie z Zuzanną Iwińską.

Zuzanna Iwińska: Dla ZUS-u jest Pan literatem, dla szerokiej publiczności artystą kabaretowym. I teraz ktoś taki bierze się za thriller.

Przemysław Borkowski: Ten gatunek wybrał się sam. Po prostu zacząłem pisać książkę, która okazała się thrillerem. Poza tym chciałem nieco odpocząć od śmiechu. Górnik też nie przynosi pracy do domu. Nie kopie sobie kilofem w piwnicy. Ja też mam czasami ochotę nie śmiać się.

"Hotel Zaświat" Przemysława Borkowskiego w promocyjnej cenie na Publio.pl >>>

Czyli zamiast bawić wolał Pan teraz postraszyć?

- Sam bardzo lubię takie klimaty, podobnie jak moi koledzy z Kabaretu Moralnego Niepokoju. Bardzo lubimy oglądać horrory, co zresztą często robimy. Mamy w naszym busie DVD, czas w trasie zabijamy oglądaniem filmów. Horrory są do tego odpowiednie, bo są proste. Jadąc busem, trudno oglądać Bergmana, nawet jakby się bardzo chciało.

Posiadając tak ogromny kapitał, za jaki uważam poczucie humoru, nie wolał Pan nieco hojniej obdarzyć nim najnowszą powieść "Hotel Zaświat"?

- Jakiś czas temu wydałem zbiór opowiadań komicznych - "Opowieści Central Parku". Tam się już wyżyłem.

To już Pana trzecia książka, ale dlaczego komik właściwie bierze się za literaturę? Poddaje się pan modzie na pisarza-celebrytę?

- Ja jestem raczej z trzeciego rzędu osób znanych, a literatura od zawsze była moją pierwszą miłością. Podobnie jak moi koledzy z kabaretu studiowałem polonistykę w Warszawie. Był nawet taki okres, że uważaliśmy się za poetów. Ba! Wydaliśmy wspólnie tomik wierszy. Jeśli mogę powiedzieć, że granie w kabarecie jest moją pracą, to pisanie jest moją pasją, której nigdy nie zdradziłem i udaje mi się raz na jakiś czas książkę napisać.

I jak to się zaczyna?

- Po prostu któregoś dnia siadam i zaczynam pisać. Nie mam żadnego planu. Najpierw do głowy zawsze przychodzi mi pierwsze wydarzenie, pierwsze zdanie. Ta powieść zaczęła się od pierwszego rozdziału, poznamy w nim człowieka, który wraca po latach do swojego domu i znajduje pływającą w rzece rękę.

Mocne uderzenie jak na sam początek...

- Makabryczne i niestety prawdziwe. Coś takiego przydarzyło się w mojej rodzinnej miejscowości. Trudno było nie opisać takiej historii. Stanowi ona punkt wyjścia dla całej powieści.

 

Ta prawdziwa historia zakończyła się mniej krwawo niż ta w książce?

- Na szczęście na własnej skórze nie doświadczyłem głównej historii, a jedynie wątku pobocznego, od którego zaczyna się powieść. Mój kolega z podstawówki zabił swoją konkubinę, jej ciało zakopał nad rzeką. Po jakimś czasie, na wiosnę, woda wymyła zwłoki.

Czytając "Hotel Zaświat" można odnieść wrażenie, że nie tylko opowieść o makabrycznym znalezisku jest tu prawdziwa.

- Miejscowość, która jest opisana w książce, też ma swój pierwowzór - to Dywity pod Olsztynem, w których się wychowałem. Oczywiście nie wszystkie opisy są odwzorowaniem rzeczywistości, w końcu to fikcja, a nie reportaż. Naprawdę istniał na przykład hotel Zaświat. W mojej rodzinnej miejscowości też stał taki podejrzany budynek, którego dokończenia przez wiele lat nikt się nie podejmował. Jednak - z tego co wiem - nie działy się tam aż tak straszne rzeczy. Do powieści wplotłem także wiele historii, które opowiadano mi w dzieciństwie, na przykład o niemieckim czołgu, który uciekał przez zamarznięte jezioro i lód się pod nim załamał. Do dziś nie wiem, czy jest to prawdą, aczkolwiek dawniej często słyszałem tę historię.

To niech jeszcze Pan powie, że postaci to też Pana znajomi...

- Wszyscy bohaterowie mają swoje pierwowzory! Tyle mogę powiedzieć, myślę, że kilku moich znajomych odnajdzie się na kartach tej książki. Nie ukrywam, że załatwiłem też przy okazji parę prywatnych porachunków, na przykład postać demonicznego Wrony ma swój pierwowzór i co tu dużo mówić - tego pierwowzoru trochę nie lubię.

A główny bohater?

- To już trochę ja. Mieszkam w Warszawie, tutaj założyłem rodzinę, mam dom, ale podobnie jak Krzysztof Rozkroczny czuję się takim trochę wygnańcem. Chociaż świetnie się tu czuję, bardzo lubię to miasto, uważam, że Warszawa jest świetna, to gdzieś tam w środku tęsknię do krajobrazów dzieciństwa. Może więc właśnie dlatego powstała ta książka? W pewnym sensie moja powieść traktuje między innymi o pożegnaniu lub nawet jest pożegnaniem z krainą lat dziecinnych.

Brzmi poważnie.

- Całe szczęście książka ma tak dziwną i mam nadzieję ciekawą fabułę, że jeśli ktoś nie chce, nie musi się tym wątkiem przejmować.

A czego nie lubi Pan w swoim bohaterze?

- Nie lubię tego jego niezdecydowania. Tego, że poddaje się wydarzeniom. Historia wciąga go wbrew jego woli. Tę cechę zauważam też u siebie i nie lubię jej, dlatego złośliwie obdarzyłem nią bohatera swojej powieści.

To chyba cecha wnikliwych obserwatorów. Czy pan dziwi się światu, który obserwuje?

- Dziwienie się światu jest cechą ludzi inteligentnych, mnie to niestety coraz rzadziej się zdarza. Jednej tylko rzeczy się dziwię i to od wielu już lat - naszemu, górnolotnie rzecz nazywając, istnieniu. Bo nawet zwykłe życie normalnego, przeciętnego człowieka może być dziwnie absurdalne, wystarczy to dostrzec. Już sam fakt, że się rodzimy i umieramy jest niesamowicie fascynujący, dziwny i skandaliczny. Marzy mi się czasami, żeby opisać coś takiego jak dziwność istnienia na przykładzie życia banalnego, życia człowieka, któremu nie przydarzają się żadne niesamowite historie. Niestety, póki co to zadanie mnie przerasta i chyba żadnemu pisarzowi nie udało się mu sprostać w stu procentach.

Według Josteina Gaardera światu dziwią się przede wszystkim dzieci. Może warto przymierzyć się do jakiejś książki dla najmłodszych?

- Myślałem o tym, ale moja wyobraźnia jest tak poplątana, że mogłyby wyjść z tego jakieś horrory. Nie wiem, czy dzieci by to wytrzymały: te wszystkie moje ulubione makabreski, tajemnice i mroczne historie.

Konstanty Ildefons Gałczyński wciąż jest aktualny?

- No niestety już nie. Kiedyś to był mój idol, ale to chyba poeta głównie dla młodych ludzi, do nich trafia jego wrażliwość.

Kto więc wskoczył na jego miejsce?

- Ostatnio czytuję wiersze Kawafisa, ale nie powiem żeby to był mój ulubiony autor. W prozie też nie mam jednego nazwiska. Staram się po prostu czytać dużo. Wybieram różnorodne pozycje. Mam nawet zasadę, żeby nie czytać dwóch książek jednego autora. Na świecie jest zbyt dużo wspaniałej literatury, by koncentrować się na jednym pisarzu nawet najbardziej genialnym.

Ciekawe podejście, ale nie wiem, czy mnie przekonuje...

- Czytając książki jednego autora, można obserwować jego rozwój, ale z drugiej strony można ulec fascynacji i zacząć pisać tak jak on. Jedynym pisarzem, dla którego kiedyś zrobiłem wyjątek był Bułhakow. Przeczytałem jego wszystkie działa, dzięki temu odkryłem wspaniałą, ale niezbyt znaną szerokiemu odbiorcy powieść "Biała Gwardia".

Pana lista ulubionych książek, które chciałby Pan znów przeczytać po raz pierwszy?

- Na pierwszym miejscu: "Anna Karenina" - genialna rzecz, potem "Wielki Gatsby", "Ubik", "Dżuma" oraz "Zbrodnia i Kara".

I jeszcze "Rękopis znaleziony w Saragossie" - w "Hotelu Zaświat" widać wiele nawiązań do powieści szkatułkowej.

- Miałem wręcz taki pierwotny zamysł, żeby była to powieść szkatułkowa, jednak ta technika całkowicie rozsadziłaby fabułę. Ale nie ukrywam, że inspiracją tej techniki był "Rękopis znaleziony w Saragossie". Niezwykle mi się podobał zarówno film, jak i książka.

"Najłatwiej jest robić rzeczy, których się nie umie" - brzmi motto na Pana blogu, na którym zamieszcza Pan swoje satyryczne rysunki. Ale nie towarzyszy Panu przy pisaniu?

- Pisaniu to nie wiem, ale na pewno rysowaniu. Moi koledzy z kabaretu namówili mnie, żebym zrobił coś z tym, jak to oni nazywają, "talentem". Wcześniej narysowałem ilustracje do naszego programu kabaretowego "Bajki według KMN". Ostatnio zilustrowałem też książkę mojego kolegi Roberta Górskiego "Jak zostałem premierem". Daje mi to sporo satysfakcji być może właśnie dlatego, że nie potrafię rysować. Doskonale wpisuje się w wymowę tej sentencji, którą sam wymyśliłem.

To jakie jest Pana literackie marzenie?

- Chodzi za mną od jakiegoś czasu jeden temat. To historia - prawdziwa zresztą - pewnego miasteczka na Wołyniu, którego mieszkańcy w czasie I wojny światowej zbuntowali się przeciw historii, ogłosili niepodległość, wyrzucili ze swoich granic żołnierzy, a potem konsekwentnie bronili się przed wszystkim próbującymi je zająć armiami. Opisałem ją zresztą w "Hotelu Zaświat". Chciałbym kiedyś napisać o tym powieść.

Więcej o: