Iwaszkiewicz to nie ramota [ROZMOWA]

"Iwaszkiewicz miał w życiu kilka takich momentów, kiedy spadał na głowę z dużej wysokości. Zwykle udawało mu się pozbierać, ale jego życie nie było takie łatwe i wygodne, jakby się mogło na pierwszy rzut oka wydawać" - mówi Anna Król, autorka książki "Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie".

"Rzeczy" w formie ebooka są dostępne na Publio.pl >>

Jak zaczęła się Twoja fascynacja Jarosławem Iwaszkiewiczem?

Wolę słowo "zaciekawienie". Potem stopniowo zastępowane zaintrygowaniem, aż do momentu, kiedy zaczęłam w nim widzieć coraz bardziej wymykającego się definicjom i łatwym sądom, fascynującego człowieka. A im mniej się rozumie, tym bardziej ma się ochotę szukać dalej. Pięć lat temu odpowiedź byłaby prostsza - oczywiste literackie nazwisko, czytałam część utworów, znałam jego teksty z teatru i filmu. Prawdziwe zainteresowanie rozbudził we mnie sam Iwaszkiewicz i to, co sam o sobie napisał.

Ale to był taki moment, że przeczytałaś "Dzienniki" i dzięki temu wsiąkłaś w jego życie i twórczość?

Myślę, że "Dzienniki" bardzo się do tego przyczyniły. Potem poznałam bliżej ludzi, którzy znają się na Iwaszkiewiczu, badają jego twórczość i biografię, zaczęliśmy o nim rozmawiać. Ważne były wizyty w dawnym domu na Stawisku. Ale bliżej "człowieka" znalazłam się dopiero, kiedy poznałam jego bliskich - rodzinę, przybranego syna, panią Zosię Dzięcioł, dawną gosposię. Sam Iwaszkiewicz zadbał o to, żeby pozostawić po sobie wiele tropów - osobistych przedmiotów, zapisków, korespondencji. Starałam się skoncentrować na rzeczach mniej znanych albo takich, które dotąd nie wydały się badaczom interesujące - pozostawionych w szafie krawatach, urwanych guzikach, listach miłosnych i wielu innych, w które wpisane jest sto różnych historii. Z jednej strony Iwaszkiewicz przez całe życie bardzo łaknął zainteresowania i docenienia, z drugiej - "skarżył się", np. w "Dziennikach", że żaden biograf nie będzie się nim - czy też jego biografią - interesował.

Myślisz, że to była kokieteria?

Z jednej strony na pewno tak. Z drugiej trzeba pamiętać, kim był, wypowiadając takie słowa w latach pięćdziesiątych. Wielką, ważną postacią polskiego życia literackiego, prezesem ZLP, posłem na Sejm. Ale w tym samym czasie miał też coraz głębsze poczucie, że nie jest należycie rozumiany i doceniany - ani w Polsce, ani tym bardziej na scenie europejskiej i światowej. Głośno mówił o tym, że on sam porównuje się nie z Andrzejewskim, a ze Steinbeckiem, Greene'em, Genetem, Camusem.

Z perspektywy czasu takie porównania nie wypadłyby na niekorzyść Iwaszkiewicza.

Literacko dorównywał najlepszym, był jednym z częściej tłumaczonych na języki obce polskich pisarzy, a jednocześnie uwarunkowania polityczne, historyczne mu nie pomagały. Marzył o literackiej Nagrodzie Nobla. Skończyło się na Międzynarodowej Leninowskiej Nagrodzie Pokoju i Orderze Budowniczych Polski Ludowej. Myślę, że przez lata narastało w nim przeświadczenie, że nie pasuje do swoich czasów.

A co najbardziej Cię zaskoczyło w Iwaszkiewiczu podczas pracy nad "Rzeczami"?

Kiedy już wiedziałam, że chcę pisać książkę o Iwaszkiewiczu, zaczęłam pojawiać się regularnie w Stawisku,, szperałam w archiwum, więcej rozumiałam i ten dom bardziej się dla mnie otworzył. W archiwum literackim jest skatalogowanych prawie 1100 teczek. Przez lata je porządkowano, dziś wszystkie są bardziej lub mniej precyzyjnie opisane, zawartość sprawdzona, logicznie ułożona. Zanim zajrzy się do pojedynczych teczek można sprawdzić, co zawierają w osobnej księdze. Początkowo przeglądałam te, których tytuły podobały mi się najbardziej -"Sprawy do załatwienia", "Różne", "Sprawy osobiste", "Podróże".. Szybko się zorientowałam, że Iwaszkiewicz zachowywał absolutnie wszystko, bilety kolejowe, karty pokładowe i meldunkowe, rachunki z hoteli, kwity z pralni, potwierdzenia odbioru honorariów, nawet karteczki z listą codziennych zadań. Z mojego punktu widzenia były to rzeczy niezwykle wartościowe. Z czasem wyłoniła się z nich konkretna historia. Później praca w archiwum była bardziej systematyczna. Ale iskrą, zapalnikiem było to spontaniczne zaglądanie to tu to tam, ciekawość i chęć dowiedzenia się czegoś nowego.

Wymarzony pisarz dla biografa.

Dokładnie tak. Później te drobne rzeczy zaczęłam układać w całość, budować z nich pewien portret. Kiedy zaczęłam myśleć o swoich poszukiwaniach jako o książce, zorientowałam się, że najbardziej interesują mnie te rzeczy, które początkowo najbardziej mnie zaskoczyły. Najczęściej wiązały się z życiem osobistym, choć w pewnym momencie uderzyło mnie to, jak bardzo jego życie odbija się w twórczości, jak przetwarzał swoje doświadczenia na literaturę. Niby dotyczy to każdego pisarza, ale w przypadku Iwaszkiewicza jest uderzające. Odczytywanie tropów biograficznych w utworach również było fascynującą przygodą.

Zaskoczyła mnie także cała masa spraw, składających się na tzw. życie osobiste. Na przykład to, że Iwaszkiewicz, który jeszcze kilka wcześniej był dla mnie przede wszystkim wielkim pisarzem, miał ogromne kompleksy - jako człowiek i mężczyzna. Myślę, że miał duże problemy z określeniem własnej tożsamości, i to na wielu poziomach - od kwestii intymnych i płciowych, po twórczość i rosnące latami konflikty wewnętrzne. Rozczarowało go wiele relacji z ludźmi. Miał w stosunku do siebie wielkie oczekiwania, był pracowity i ambitny. A przy tym niezwykle autorefleksyjny, wiele czasu poświęcał drobnym sprawom, analizował siebie i swoje otoczenie.

Wspomniałaś o rozczarowaniu ludźmi. Mnie uderzyła właśnie ta jego samotność w ostatnich latach życia. W PRL-u był przecież pisarzem z absolutnego szczytu.

Myślę, że zawsze czuł się dość osobny. Przeżył w swoim życiu rzeczy, które go odseparowały od innych. Miał przeświadczenie, że kondycja ludzka zakłada samotność, że samotność jest najbardziej podstawowym stanem człowieka. Na koniec zawsze jesteśmy sami. Pisał o tym zresztą wielokrotnie, m.in. w listach do Jerzego Błeszyńskiego, jednego ze swoich najważniejszych życiowych partnerów. Tragiczna historia relacji z Błeszyńskim z końca lat pięćdziesiątych na pewno miała wpływ na widzenie siebie i świata, ale i wcześniej było w jego życiu wiele traumatycznych momentów. Choćby choroba żony Iwaszkiewicza Anny i związany z nią rozpad bezpiecznego, luksusowego świata, który - jak mu się wydawało - zbudował sobie w latach 30. Rozstał się wtedy z marzeniami o wielkim świecie i karierze w dyplomacji. Z dnia na dzień zmieniło się życie jego i jego rodziny. Iwaszkiewicz miał w życiu kilka takich momentów, kiedy spadał na głowę z dużej wysokości. Zwykle udawało mu się pozbierać, ale jego życie nie było ani takie wspaniałe, jakby się mogło na pierwszy rzut oka wydawać, ani specjalnie wesołe.

A co daje takie zaglądanie do szafy pisarza, bo piszesz o jego krawatach, i do jego biurka? Jest w tym coś tabloidowego?

Chyba nie, jeśli zgodzimy się, że tabloidyzacja to uproszczenia i szukanie sensacji. Afery i skandale kompletnie mnie nie interesowały. Choć rzeczywiście w mojej metodzie pracy było coś z charakterystycznego dla naszych czasów sposobu oglądania i podglądania świata. Czy daje coś oglądanie krawatów zamkniętych w szafie w roku 1980? Z pewnością. To były najbardziej poruszające i inspirujące momenty pracy nad książką. Nigdy nie kierowałam się chęcią zebrania garści faktów i znalezienia "fajnego" sposobu, by o nich opowiedzieć. Nie planowałam pisania biografii, więc nie padłam także ofiarą faktografii. W książce takiej jak moja istotne są wrażenia, czasem bardzo ulotne. I ostatecznie wybrałam wyłącznie te tematy, które mnie poruszyły. Otwierasz szafę i czujesz zapach starego człowieka, starych ubrań, kurzu pomieszanego ze środkami na mole. Otrzepujesz marynarkę, a pani Zosia Dzięcioł, dawna gosposia Iwaszkiewiczów, jednym zdaniem ożywia sytuację, mówiąc: "W tym garniturze to on nie lubił chodzić", albo "On się strasznie chlapał przy jedzeniu". W książce próbuję temu nadać wymiar fabularny. Taka metoda pomogła mi bardzo przenieść się do tamtego świata. Nie próbuję opowiedzieć wszystkiego jeden do jednego, ale jednocześnie bazuję na znanych mi faktach, datach, opisuję prawdziwe osoby. Wszystkie elementy, które wykorzystuję, zostały przeze mnie sprawdzone. Dopiero tak przygotowane fakty poddaję działaniu własnej wyobraźni i emocji. Poruszają mnie ślady człowieka - wygniecione łóżko w tzw. "umieralni", wypchane na kolanach spodnie od garnituru, stara szczotka do włosów.

Zdjęcia wykonano w muzeum im. A. i J. Iwaszkiewiczów w Stawisku.Zdjęcia wykonano w muzeum im. A. i J. Iwaszkiewiczów w Stawisku. Fot. Olga Świątecka | PUAP collective.

 

Zdjęcia wykonano w muzeum im. A. i J. Iwaszkiewiczów w Stawisku

Z jednej strony, "Rzeczy" to literatura faktu, z drugiej - fikcja. Powiedziałbym, że to opowieść faktu, to wydaje mi się trafne. Ale też ciekawe jest to, że przeszłość płynnie przechodzi tu w teraźniejszość. Jakbyś określiła tę książkę?

Najtrudniejsze jest kategoryzowanie tej książki z tzw. "handlowego punktu widzenia", bo książka musi trafić na właściwą półkę w księgarni, albo zostać odpowiednio sklasyfikowana w katalogu w księgarni internetowej. Czytelnika to mniej interesuje. Sama - świadomie pisałam ją w poprzek gatunkowym podziałom. Od początku zależało mi na tym, by wyjść od reportażu, ale to reportaż literacki, w którym pozwalam sobie na bardzo wiele. Do dokumentu i biografii dodałam elementy fikcji literackiej, potraktowałam Iwaszkiewicza i jego bliskich jak bohaterów powieści, rozpisałam dialogi, odtworzyłam drobiazgowo otoczenie i miejsce akcji.

Nie zależało mi na tym, aby opowiadać historię, która wydaje się czytelnikowi muzealna, wydarzyła się sto lat temu i nie mamy do niej dostępu. Mieszam perspektywy czasowe, pokazuję jakie konsekwencje ma cofanie się w czasie - do lat osiemdziesiątych, pięćdziesiątych, trzydziestych.

Opisuję to, co znalazłam w dokumentach, usłyszałam od ludzi. Np. wiem, że Iwaszkiewicz w konkretnym roku, miesiącu i dniu jechał do Wiednia, sprawdziłam, jakim mógł podróżować pociągiem, jaką ten pociąg jechał trasą. Wiem, ile miał wówczas lat, dokąd się wybierał i w jakim celu, wiem, czym się zajmował, co wtedy pisał, a nawet - dzięki "Dziennikom" i listom - w jakim był nastroju. Na tym kończy się wiedza badacza. To, co mogło się w tym pociągu wydarzyć, jest już wytworem mojej wyobraźni. Od początku przypominam czytelnikowi, że ma do czynienia z efektem pracy mojej wyobraźni...

Porozmawiajmy o samym Iwaszkiewiczu, bo tylko go musnęliśmy. Czy Kopenhaga, gdzie pracował jako dyplomata, wyleczyła jego kompleksy? Był przecież prowincjuszem, który wżenił się w bogatą rodzinę.

Na pewien czas na pewno tak. Można sobie wyobrazić życie Iwaszkiewicza jaki sinusoidę, która regularnie wznosi się i opada. W Warszawie zamieszkał w roku 1918 - był wówczas początkującym, ubogim poetą z Ukrainy. Na początku lat 20. poznał Annę Lilpop, ożenił się z nią, ale lata 20. były dla niego w sumie trudne. Był wtedy zwykłym urzędnikiem, rodzina żony traktowała go z rezerwą. Kuriozalny wydawał się im pomysł na to, że zamierza żyć z pisania i w ten sposób utrzymywać rodzinę. Kiedy zaczął pracować w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, a w roku 1932 znalazł się na placówce w Kopenhadze, niewątpliwie był to dla niego awans społeczny i materialny. W Kopenhadze miał wreszcie warunki, żeby tworzyć świat, o jakim wcześniej tylko marzył.

A jaki to było świat?

Tzw. wielki świat. Stykał się z ważnymi dyplomatami, politykami i artystami. Ich kopenhaski apartament był urządzony z dużym smakiem i przepychem. W Warszawie plotkowano, że jedzie do Kopenhagi ze swoją świtą jak król. W Danii także nie było wcale oczywiste, że dyplomata przywozi ze sobą skrzynie z porcelaną i własnego kucharza. Miał przy tym organizacyjny talent i umiejętność tworzenia relacji. To jemu, począwszy od czasów okupacji, Stawisko zawdzięczało swój charakter, stając się centrum kulturalnym przyciągającym ludzi. Kopenhaga była preludium do Stawiska. Dbał o to, by w jego otoczeniu pojawiali się ważni ludzie. Był dumny z tego, że bywa u niego Józef Beck z żoną, Karol Szymanowski, z którym był spokrewniony czy Jan Kiepura - ówczesne gwiazdy ze świata polityki i sztuki. Kopenhaga pozwoliła mu żyć na wysokim poziomie, ale i zyskał poczucie, że jest kimś cenionym i ważnym. Robił też rzeczy, w które wierzył.

Połowa lat trzydziestych to także moment przełomowy w życiu twórczym. Właśnie wtedy zaczął pisać rzeczy, które później uznano za jedne z jego najważniejszych utworów, "Brzezinę", "Panny z Wilka", "Czerwone tarcze". Ale trzeba dodać, że on sobie ten świat wymyślił, także wbrew temu, co działo się w jego najbliższej rodzinie w rzeczywistości. Dotyczy to szczególnie jego relacji z żoną i jej stanu zdrowia.

Tę jego wielką dyplomatyczną karierę przerwała choroba Anny.

Eskalacja choroby Anny była z pewnością związana ze stresującą dla niej sytuacją. Anna była niezwykle wrażliwa i pochodziła z rodziny obciążonej historią chorób psychicznych. Oderwanie od tego, co znane i bezpieczne - przeprowadzka, przyczyniły się do pogorszenia stanu nerwów. Iwaszkiewicz w pewnym momencie uświadomił sobie, że nie da się dłużej udawać, że wszystko jest w porządku i w jednej chwili musiał się rozstać z wyobrażeniami o światowym dyplomatycznym życiu. Musiał zrezygnować ze stanowiska i wrócić do Stawiska, zaopiekować się córkami i chorą żoną. Anna spędziła kilka miesięcy w szpitalu psychiatrycznym, została na pewien czas ubezwłasnowolniona przez rodzinę, a Jarosław został odcięty od pieniędzy rodziny żony. Kilka miesięcy po wyjeździe z dyplomatycznej placówki, sytuacje, w których musiał pożyczać drobne na znaczek pocztowy albo bilet na kolejkę podmiejską, nie należały do rzadkości. Pozostawił skrupulatne rachunki z tamtego czasu, taką księgę przychodów i rozchodów. Ciągnęły się za nim nierozliczone diety, których nie miał z czego zwrócić, przychodziły rachunki za monitoring prasy, który prowadził w Kopenhadze, pojawiały się kolejne monity. Trudno sobie wyobrazić większą przepaść - między prywatnymi koncertami Szymanowskiego w apartamencie w Kopenhadze a codziennymi wizytami w szpitalu w Tworkach.

Można chyba powiedzieć, że Iwaszkiewiczowi - jako jednemu z nielicznych pisarzy - pomogła II wojna światowa. Wtedy znów znalazł się na fali.

Zyskał na niej w tym sensie, że umocnił swoją pozycję. Czas okupacji wzmocnił także i ostatecznie wyleczył Annę. Wprawdzie wychodziła z choroby jeszcze przed 1939 rokiem, ale w czasie wojny to ona była osobą, która podejmowała w rodzinie Iwaszkiewiczów trudne decyzje. W szczycie choroby, w połowie lat 30. trudność sprawiało jej samodzielne wstanie z łóżka, w roku 1940 potrafiła zorganizować wyjście z getta zaprzyjaźnionych Żydów, wymyślić gdzie ich ulokować, załatwić dokumenty.

Z kolei Iwaszkiewicz w trakcie wojny znów pokazał swoje talenty organizacyjne, umiejętność przyciągania ludzi. W czasie powstania warszawskiego i tuż po nim wielu ludzi mieszkało u Iwaszkiewiczów w Stawisku. W oczywisty sposób ściągali tam artyści, niezależnie od tego, że relacje Jarosława ze środowiskiem literackim były przed wojną bardzo różne. Myślę, że ta pomoc, którą mógł zaoferować innym, dużo mu dała. Znów poczuł się ważny, potrzebny, czuł, że coś może zrobić, a to przez całe życie było dla niego bardzo istotne. Środowisko mu ufało i było mu wdzięczne. Po 1945 roku to on był najbardziej oczywistym kandydatem na stanowisko odradzającego się Związku Literatów.

Rozmawiamy dużo o Annie. Czy powiedziałabyś, że ich małżeństwo było udane?

W pracy nad "Rzeczami" nauczyłam się, że w odniesieniu do Iwaszkiewiczów trudno stosować tradycyjną miarę. Obiektywne schematy nie mają w ich przypadku zastosowania. Jeśli będziemy o tym pamiętać, to można spróbować odpowiedzieć na to pytanie. W ich małżeństwie były bardzo różne momenty, w końcu mówimy o 58 latach wspólnego życia. Iwaszkiewicz w ostatnich latach życia często powtarzał, że on "bez Hani żyć nie będzie". Myślę, że to było bardzo szczere, smutne i bardzo dobrze opisywało ich skomplikowaną relację. Panicznie bał się zostać sam. Przez te wszystkie lata ich związek przeszedł bodaj wszystkie możliwe fazy - od początkowego zakochania, przez partnerstwo i porozumienie twórcze, wiele złości, odchodzenie od siebie, wybór różnych dróg życiowych, po taką ciepłą, opiekuńczą czułość i troskliwość. Żyli ze sobą, a jednocześnie Anna od początku wiedziała, że Jarosław jest homoseksualistą, to nie było tajemnicą.

Zdjęcia wykonano w muzeum im. A. i J. Iwaszkiewiczów w Stawisku.Zdjęcia wykonano w muzeum im. A. i J. Iwaszkiewiczów w Stawisku. Fot. Olga Świątecka | PUAP collective.

 

Zdjęcia wykonano w muzeum im. A. i J. Iwaszkiewiczów w Stawisku

Tak, to mogło być prędzej sensacją w latach 90. niż w międzywojniu.

Dokładnie. I oni w pełni świadomie się ze sobą związali. Anna doskonale zdawała sobie sprawę z jego związków z mężczyznami.

Jak sobie z tym radziła?

Z niektórymi z nich się przyjaźniła, czasem była uwikłana w ich losy, jak w przypadku wspomnianego młodego kochanka Jerzego Błaszyńskiego. Możemy sobie próbować wyobrazić, jak to wpływało na nią, co to znaczyło dla niego, ale muszę przyznać, że to jedna z tych rzeczy, które w pisaniu o ich związku wciąż mi się wymyka. Iwaszkiewicz pisał, że śmieszy go, iż "warszawka" utrzymuje, że Hanię w chorobę wpędziło to, że dowiedziała się o jego homoseksualizmie. Ale to, że o nim wiedziała, to jedno, a to jak sobie z tą wiedzą radziła, to drugie. Nie wiemy, co to dla niej znaczyło w kolejnych fazach ich związku, nawet biorąc pod uwagę to, że sfera erotyczna w ich relacji nie była dla niej najistotniejsza.

Bardzo ciekawi mnie w Iwaszkiewiczu jedna rzecz - po wojnie zaangażował się w tworzenie nowego ładu. Myślę, że nie był w tym jakiś bardzo służalczy, inni wypisywali gorsze rzeczy. Ale to jedna rzecz. Druga, moim zdaniem znacznie bardziej intrygująca, jest taka, że przy komunistach trwał, kiedy niemal wszyscy jego znajomi - np. Andrzejewski, Słonimski, Ważyk - się do nowych władz rozczarowali. Może był po prostu politycznie głupi?

Mnie najbardziej w jego politycznej aktywności zadziwia mnie działalność w Polskim Komitecie Obrońców Pokoju. Trudno mi sobie wyobrazić, że nie dostrzegał, iż jest to działalność propagandowa. Mógł tego nie widzieć w 1948 roku, gdy organizował z Jerzym Borejszą słynny Kongres Kultury we Wrocławiu, wtedy w ludziach tkwiła jeszcze mocno trauma wieloletniej wojny. Ale wizyty propagandowe odczyty i referaty w latach 70. są dla mnie niezrozumiałe. Może do końca wierzył w to, co robi.

A może to jest tak, że całe życie pociągała go władza i potrzebne mu były dobre relacje z władzą?

Może i tak być, choć nie wiem czy te komitety akurat tego dowodzą. To była działalność ideowa.

Nie, ale Związek Literatów, wyjazdy z Gierkiem do Paryża

Tak, to na pewno było dla niego istotne i wydaje mi się spójne z osobowością Iwaszkiewicza. Potrzebował, jak żartowali niektórzy znajomi, "odpowiednich uścisków dłoni". A co do tego, że inni się rozczarowywali, a on nie Iwaszkiewicz był w trochę innej sytuacji, niż jego jeszcze przedwojenni koledzy po piórze. To on do dziś kojarzony jest z władzami PRL, tymczasem nigdy nie był członkiem PZPR, nie miał więc jak niektórzy publicznie rzucający legitymacją partyjną z czego występować. Po drugie, pełniąc oficjalne funkcje, uważał, że reprezentuje środowisko. Zdolności dyplomatyczne były jego bardzo silną stroną, rozumiał, że jeśli ma być skutecznym prezesem ZLP, trzeba dobrze żyć z władzą. Ale z "Dzienników" nie wynika, że był wielkim zwolennikiem polityki Gierka. Podlegał tym samym co wszyscy sympatiom i rozczarowaniom - przez jakiś czas był pod wrażeniem Bieruta, nie przepadał za Gomułką, nie miał dobrego zdania o Kliszce.

Ale też nie wykonywał żadnych gestów przeciw władzy.

W dodatku w wielu momentach również od tego wszystkiego uciekał. Unikał konfrontacji. Jego koledzy go za to potępiali i rzadko chyba starali się zrozumieć z czego wynika taka postawa. Można się zastanawiać, co by było, gdyby prezesem Związku Literatów był amiast Iwaszkiewicza Słonimski

Mnie zastanawia to długie trwanie Iwaszkiewicza. Bo przecież on nie miał na koncie takich obrzydliwych wierszy jak Ważyk czy Woroszylski. Na koniec chciałem Cię spytać o miejsce Iwaszkiewicza w naszym kanonie literackim. Myślisz, że to był największy polski prozaik XX wieku?

Nie jestem dobra w takich jednoznacznych sądach.

Mam wrażenie, że szybko jego klasa literacka przeważyła nad tym, co robił w czasach komunizmu.

Owszem, zdjęto z niego odium współpracy z władzami. Nie udało się jednak tej kontrowersyjnej twarzy zastąpić inną, bardziej zrozumiałą i łatwą do przyjęcia. Gdy myśli się o ważnych nazwiskach tworzących literaturę polską XX wieku i wymieni się twórców takich jak: Miłosz, Herbert i Iwaszkiewicz, to jednak Iwaszkiewicz pojawi się zwykle na trzecim miejscu tej wielkiej listy. Nie dlatego przecież, że jego twórczość jest najsłabsza

Jestem przekonana, że w przyszłości będziemy sięgać po Iwaszkiewicza przede wszystkim zaciekawieni jego biografią. Sam sobie zapracował na to, żebyśmy jeszcze przez długie lata mieli co odkrywać i czym się interesować.

I pewnie wciąż doceniamy go dzięki świetnym ekranizacjom.

Niektórzy moi znajomi reagują na moje zainteresowanie Iwaszkiewiczem stwierdzeniem, że to taka "ramota", inni za moją namową sięgają po jego teksty i mówią mi potem, że są niesamowite. Tymczasem Iwaszkiewicz może przyciągać na wiele sposobów. To jedna z najbardziej fascynujących biografii, z jakimi się zetknęłam.

"Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie"

 

Anna Król

 

Wilk & Król Oficyna Wydawnicza

 

Książka w formie ebooka jest dostępna w przedsprzedaży w Publio.pl >>

 

Anna Król (ur. 1979) Pomysłodawczyni i dyrektor Big Book Festival - międzynarodowego festiwalu literackiego odbywającego się w Warszawie. Promotorka kultury, wydawca, redaktor, autorka scenariuszy. Kuratorka projektów poświęconych Jarosławowi Iwaszkiewiczowi i Jerzemu Pilchowi. Z wykształcenia jest krytykiem sztuki, absolwentką Akademii Teatralnej w Warszawie. Redaktorka książki "Spotkać Iwaszkiewicza. Nie-biografia".

"Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie" to jej debiut literacki.