Najbardziej wstydliwe karty w historii XX-wiecznej Europy i zawiłe rodzinne relacje [FRAGMENT KSIĄŻKI]

Lars Mytting, autor bestsellerowego "Porąb i spal", odwiedzi Polskę po raz pierwszy, by promować swoją najnowszą powieść "Płyń z tonącymi". Autor spotka się z czytelnikami w Warszawie sobotę 11 czerwca.

"Płyń z tonącymi" Larsa Myttinga to opowieść o tragicznych wyborach, porywach namiętności, dumie i chciwości, które popychają bliskich sobie ludzi do okrutnych, bezmyślnych i nieodwracalnych w skutkach działań. To dramatyczna i zaskakująco uniwersalna historia rodziny, w której bracia stają do walki po przeciwnych stronach wojennej barykady.

Lars Mytting sięga tu do najbardziej wstydliwych kart XX-wiecznych dziejów Norwegii i Europy, i na czynniki pierwsze rozkłada zawiłe rodzinne relacje. Wszystko po to, by opowiedzieć o poszukiwaniu tożsamości i skrzętnie skrywanych sekretach. Bohater powieści, 23-letni Edvard, w dniu śmierci dziadka rozpoczyna śledztwo, które budzi demony z przeszłości. Chłopak wraca myślami do 1971 roku, gdy jako trzylatek wyjechał z rodzicami w podróż na północ Francji. Jego matka i ojciec zginęli po tym, jak wtargnęli na ogrodzone, pełne niewybuchów pole bitwy z czasów I wojny światowej. Ciała rodziców odnaleziono, ale Edvard przez kilka dni uznawany był za zaginionego. Wreszcie, ni stąd ni zowąd, pojawił się w gabinecie lekarskim, w portowym miasteczku oddalonym o 100 km od miejsca tragedii. Nikt nigdy nie wyjaśnił co działo się z nim przez ten czas.

Z okazji premiery powieści publikujemy fragment książki "Płyń z tonącymi" w przekładzie Karoliny Drozdowskiej.

Książka w formie ebooka jest dostępna w Publio.pl. Sprawdź >>

"TEJ NOCY ŚMIERĆ WRÓCIŁA do Hirifjell. Wiadomo było, po kogo tym razem przyszła, bo też nie miała wielkiego wyboru. Miałem dwadzieścia trzy lata i kiedy później wspominałem to lato, dochodziłem do wniosku, że śmierć nie zawsze musi działać jak ślepy i okrutny morderca. Zdarza się, że przed wyjściem zostawia klucze.

         Sęk w tym, że uwolnienie się za ich pomocą może być torturą. Zwłaszcza że dzień, w którym to się stało, nie był zwykłym dniem, dniem wypełnionym pracą i oświetlonym promieniami wieczornego słońca, dniem powoli kołysanym do snu pod batutą Furtwänglera. A nawet wręcz przeciwnie, bo w dniu, kiedy umarł dziadek, ktoś namalował swastykę na jego aucie.

         Cały tydzień z niecierpliwością czekałem na paczkę za pobraniem z Oslo i w końcu znalazłem w skrzynce awizo. Wróciłem na skróty do domu, minąłem kępę pokrzyw i przeszedłem przez podwórze. Uchyliłem drzwi szopy na narzędzia. Powiedziałem, że muszę coś przywieźć ze wsi i że biorę auto.

         Dziadek podniósł głowę znad warsztatu, odłożył obcęgi i powiedział, że przy okazji powinniśmy zajrzeć do spółdzielni. My.

         – Może weźmiemy Gwiazdeczkę – powiedział strzepując trociny z kurtki. – Zaoszczędzisz benzynę.

         Odwróciłem się i zamknąłem oczy. To był jeden z tych dni. Kiedy dochodził do wniosku, że to bez sensu, żeby każdy z nas jeździł swoim autem.

         Dziadek poczłapał na sztywnych nogach przez podwórze, żeby włożyć kurtkę, w której zawsze jeździł do sklepu. Ludziom we wsi nie podobało się, że nosi przy sobie nóż, więc za każdym razem, kiedy wybieraliśmy się do centrum, wkładał kurtkę z długimi połami.

         Po chwili obaj już siedzieliśmy na miejscach. W czarnym, masywnym mercedesie, którego kupił jako nówkę w 1965 roku. Na lakierze pełno było zadrapań od krzaków rosnących wzdłuż drogi do górskich pastwisk, zamek w bagażniku zardzewiał, ale wciąż był to samochód, który robił wrażenie na parkingu w centrum. Powoli mijaliśmy kwitnące pola ziemniaków, lustrując je obaj, każdy przez swoje okno.

         Dziadek i ja hodowaliśmy ziemniaki. Owszem, mieliśmy też owce, ale tak naprawdę byliśmy hodowcami ziemniaków. Co roku dziadek chudł z niepokoju, czekając, aż ziemniaki wykiełkują. Mimo że pola Hirifjell były położone 540 metrów nad poziomem morza, a owady rzadko przywlekały zarazę tak wysoko.

         Dziadek miał diabelnie dobrą rękę do ziemniaków i dopilnował, żebym ja też ją miał. Sprzedawaliśmy sadzeniaki i ziemniaki spożywcze. Najwięcej zarabialiśmy na odmianie mandel, choć ringerike była lepsza. Beate to ziemniaki dla idiotów. Wielkie i zupełnie bez smaku. Odmianę pimpernelle jedliśmy sami, każdego dnia na obiad. Rosła powoli, ale miała jędrny miąższ i żadnej innej nie wykopywało się przyjemniej, bo jej czerwonawo-fioletowa łupina pięknie wyglądała w czarnej ziemi.

         Koła zazgrzytały na przeszkodzie dla bydła, dziadek nawet się nie rozejrzał i skręcił na drogę okręgową. Las otworzył się przed nami na wysokości Lindstad i jak zawsze zobaczyliśmy rzekę.

         – Laugen opadła – stwierdził dziadek. – Można by połowić na drabinkę za polem kempingowym.

         – Lipień nie bierze, jak woda jest taka zielona – odparłem.

         Świerki znów się zamknęły dookoła nas, rzekę zobaczyliśmy ponownie dopiero, kiedy wyjechaliśmy na żwirówkę. Zjeżdżaliśmy z góry, a mnie żołądek zaczął podchodzić do gardła, tak samo, jak zawsze gdy zbliżałem się do Saksum. Stacja kolejowa, gimnazjum, tartak, obory po słonecznej stronie. Inni ludzie.

         Kiedy wjechaliśmy na drewniany most, przez opuszczone okno wpadł do auta chłodny powiew od rzeki.

         – To co, najpierw do spółdzielni? – zapytał dziadek.

         Wiedziałem, że jeśli już tam wejdzie, to będę na niego czekał. Nie interesowały go nigdy małe zakupy, zawsze wracaliśmy ze spółdzielni z pełnym bagażnikiem i co najmniej półmetrowym paragonem.

         – Albo wiesz co – odezwał się znów dziadek. – Pójdziemy najpierw po twoją paczkę. Tak będzie najlepiej.

Swastykę zobaczyłem od razu, gdy wyszliśmy z poczty.

         Właściwie przyglądałem się kartonowemu pudełku z wypisanym na nim moim nazwiskiem, lecz kiedy zobaczyłem, że dziadek drgnął, podniosłem wzrok i ujrzałem niezdarny malunek, który ktoś wykonał na drzwiach jego mercedesa czerwoną farbą w sprayu.

         Złapałem się na tym, że tak właśnie pomyślałem. Teraz, kiedy auto miało na drzwiach swastykę, to był jego Mercedes. A jeszcze przed chwilą, tego samego dnia, i przez tyle lat wcześniej myślałem o Gwiazdeczce jako naszej.

         Ludzie się gapili. Stali przy tablicy klubu sportowego z rękami w kieszeniach. Borre Teigen i jego żona. Siostry Broygard. Jenny Sveen i chłopaki od Hafstadów. Wpatrywali się w coś tuż nad naszymi głowami, tak jakby studiowali nową dachówkę na dachu poczty.

         Swastyka zaczęła się rozmazywać. Wąskie strużki spływały po drzwiach auta.

         Jeden z Hafstadów zerknął szybko w kierunku sklepu odzieżowego. Załopotały poły kurtki, ktoś zniknął za rogiem. Jedyny ruch przez tych kilka sekund w tę sobotę, kiedy czas w Saksum stanął w miejscu.

         Dziadek zagrodził mi drogę ramieniem, zupełnie jakby opuszczał szlaban.

W tym momencie miałem wybór. Musiałem zdecydować, czy faktycznie zacząć myśleć, że to jego auto, czy wziąć go w obronę.

         Wieś patrzyła na nas wyczekująco.

         Kolejny raz wybrałem dziadka. Zrobiłem to samo, co już tyle razy wcześniej, a okazji mi nie brakowało. Odsunąłem jego ramię. Upuściłem paczkę i ruszyłem biegiem. Pędziłem tak, jak całe życie. Pobiegłem przez centrum, pomiędzy gapiącymi się ludźmi, przez ulicę, po czym wypadłem na żwirówkę za stacją benzynową Esso. Tam go dopadłem. Młody chłopak, biegł niezdarnie, ze sztywno opuszczonymi ramionami, szara nylonowa kurtka łopotała za nim na wietrze.

         Rzecz jasna, powinienem był wykorzystać swoją przewagę, swoją szybkość, by rzucić się do przodu i go zatrzymać. Stanąć z nim twarzą w twarz, zrobić użytek z tego, że byłem od niego większy, zahamować tak, jak piłkarz hamuje po strzelonym golu.

         Ale tego nie zrobiłem. Podstawiłem mu nogę, tak że runął twarzą na żwir. Krzyknął, upadając, i krzyczał dalej, już leżąc na ziemi. Pociągnąłem go za kurtkę i odwróciłem twarzą do góry.

         Janeczek.

         Który tak naprawdę nazywał się Jan Borgum i zazwyczaj wciąż kiwał głową, mamrocząc coś sam do siebie. Miał ziemię w otarciach na twarzy i piasek we włosach. Jego łzy mieszały się z krwią cieknącą z nosa, która pieniła się różowo za każdym razem, gdy wydawał z siebie szloch. Na palcach i na rękawie kurtki miał czerwoną farbę, a w garści ściskał kawałek papieru śniadaniowego z niezdarnie naszkicowaną ołówkiem swastyką.

         Zakląłem w duchu.

         – Jan – zwróciłem się do niego – Ktoś ci zapłacił, żebyś to zrobił?

         Wygulgotał w odpowiedzi coś, czego nie zrozumiałem.

         – Jan, mów normalnie.

         Ale on nie umiał mówić normalnie. Przecież o tym wiedziałem.

         Spróbowałem pomóc mu wstać, ale on się zatoczył, upadł na tyłek i wybuchnął jeszcze głośniejszym płaczem. Miał rozdarte spodnie na kolanie. Szare spodnie, w rodzaju tych, jakie nosili starzy mężczyźni i kierowcy taksówek. Jana przez cale życie ubierała matka. Chodził do tej samej podstawówki co ja, dwie klasy wyżej, i wtedy też nosił takie ubrania, dreptał za pedagogiem szkolnym i zezował dookoła z otwartymi ustami. Kiedy poszedłem do gimnazjum, Jan już nie chodził do dziewiątej klasy. Przenieśli go gdzie indziej.

         Za moimi plecami zaczęli się zbierać ludzie. Stali przy rampie do wymiany oleju na Esso.

         – Chodź, Jan – powiedziałem. – Wstawaj.

         Pociągnął nosem i otarł krew z wargi. Dźwignął się na nogi. Zapytałem, czy go boli. Zaczął kiwać głową. Wcisnąłem mu do ręki banknot, mówiąc, że to za spodnie.

         – Kto ci kazał to zrobić? – zapytałem.

         – To było w książce – odparł.

         – Jakiej książce?

         Wymamrotał coś w odpowiedzi.

         – Jeśli znów do ciebie przyjdą, to im powiedz, że sobie z nimi pogadam. Możesz im to powiedzieć?

         – Co powiedzieć?

         Otrzepałem mu plecy. Stał z rozdziawionymi ustami. Zostawiłem go i ruszyłem w stronę Esso. Siostry Boygard się odwróciły. Zaraz po nich chłopaki od Hafstadów, a potem rozeszli się też inni gapie. Wrócili do swoich zakupów ułożonych w bagażnikach i kubków z kawą, jeszcze gorących po dolewce.

         Gdyby tylko mogli się na mnie rzucić. Zacząć mnie szarpać i na mnie krzyczeć, wtedy mógłbym im odpowiedzieć, zrobić awanturę w centrum Saksum, w środku dnia targowego.

         Ale co właściwie mógłbym im odpowiedzieć? Poza tym napatrzyli się już do syta. Na dwóch mętów, którzy sami wyrównali rachunki, a teraz, kiedy wszystko dobiegło końca, nie było już sensu zawracać sobie nimi głowy.

         Dziadek siedział na miejscu pasażera. Nie odzywał się. Nie opuścił szyby. Siedział tam po prostu, niczym woskowa figura w niemieckim myśliwcu. Wskazał palcem kierownicę. Nie ruszył malunku na drzwiach. Nie trzeba być wróżką, by wiedzieć, że Sverre Hirifjell nigdy nie da ludziom tej satysfakcji i nie poprosi o ścierkę. Ani nie pójdzie do sklepu z farbami, by kupić rozpuszczalnik, odpowiednio do sytuacji rozzłoszczony, mamrocząc coś o szczeniackich wybrykach. Nawet nie słyszałem, by kiedykolwiek używał tego sformułowania.

         Otworzyłem drzwi samochodu. Ludzie na parkingu przed sklepem przestali się nagle spieszyć.

         – Nie możemy tak jechać – powiedziałem. – Zaraz to zmyję. Albo coś na tym nakleję.

         – Jedź – wymamrotał dziadek. – Prosto do Hirifjell.

         Moja paczka leżała na tylnym siedzeniu. Jeden z rogów był zgnieciony.

         – Wsiadaj już, do diabła, i jedźmy – warknął dziadek. – Tą samą drogą. Prosto, przez centrum. Do Hirifjell.

         Nie zaprotestował, kiedy wybrałem inną drogę. Minąłem silos ze zbożem i wyjechałem na żwirówkę biegnącą wzdłuż rzeki. Nadkładaliśmy sześć kilometrów, ale przy tej drodze nikt nie mieszkał, a od strony drzwi ze swastyką mieliśmy tylko góry.

         – To Janeczek to zrobił – powiedziałem.

         Ale dziadek patrzył tylko na rzekę. Zakładałem, że jest zajęty czymś, w czym miał niezłą wprawę – zmuszaniem się, by zapomnieć".

"Płyń z tonącymi", okładka książki Mat. prasowe

Premiera książki "Płyń z tonącymi" zbiega się z pierwszą wizytą Larsa Myttinga w Polsce. W sobotę 11 czerwca o godzinie 12:00 Lars Mytting spotka się z warszawskimi czytelnikami w ramach festiwalu Big Book w Pałacu Szustra (ul. Morskie Oko 2).

Książki Larsa Myttinga w formie ebooków są dostępne tutaj. Sprawdź >>