Puzyńska: W małych miejscowościach popełnia się zbrodnie wielkiego kalibru

Polska prowincja wcale nie jest nudna czy nijaka. To z pozoru sielski świat, w którym zdarzają się zbrodnie naprawdę dużej rangi. Trudno się więc dziwić, że w cyklu Katarzyny Puzyńskiej o policjantach z Lipowa zaczytuje się tak wiele osób.

Z autorką o tym, co było inspiracją dla powieściowego Lipowa, echach drugiej wojny światowej i "iskrze dobra", rozmawia Mateusz Uciński.

Książki Katarzyny Puzyńskiej w formie ebooków są dostępne na Publio.pl >>

Mateusz Uciński: Czytając od lat powieści kryminalne, mam wrażenie, że jakiś czas temu nastąpiło przeniesienie akcji z wielkich miast na (z pozoru) spokojną prowincję. Z czego to, Pani zdaniem, wynika? Przecież to miasta zapewniają anonimowość. W małych miejscowościach i na wsiach ludzie wiedzą o sobie więcej.

Katarzyna Puzyńska: Mała miejscowość to idealne miejsce akcji dla historii kryminalnej! Zaczęło się oczywiście już od Agathy Christie. Przecież większość jej książek rozgrywa się na angielskiej prowincji. W moich powieściach pozornie idylliczne miejsce zawsze skrywa wiele sekretów. Z jednej strony wszyscy o sobie wszystko wiedzą, z drugiej emocje aż buzują pod skórą. Liczą się pozory, które trzeba utrzymać. W końcu ktoś nie wytrzymuje. Taka mała społeczność pozwala nam stworzyć klasyczną zagadkę zamkniętego pokoju. Nie ma wokół Lipowa ścian czy muru, ale stanowi ono zamknięty świat. Ktoś z mieszkańców jest mordercą. To nikt z zewnątrz. Dzięki temu mogę zaprosić czytelnika do intelektualnej gry. Mogę go zaangażować tak, żeby prowadził własne śledztwo. Równoległe do tego, które rozgrywa się na kartach książki.

Lipowo, chociaż fikcyjne, już na stałe zagościło na mapie w świadomości czytelników. Z jednej strony sielskie, z drugiej - bardzo mroczne. Intryguje mnie, czy istnieje jakiś pierwowzór tego miejsca?

Tak. Inspiracją dla Lipowa była wieś, w której spędzałam bardzo dużo czasu w dzieciństwie. Jeździłam tam do moich dziadków. Kiedy zaczynałam pisać moją pierwszą książkę, „Motylka”, trochę się bałam, jak mieszkańcy wsi przyjmą fakt, że umieszczam u nich morderstwa. Postanowiłam więc na wszelki wypadek zmienić nazwę miejscowości. Tak żebym w razie czego mogła nadal tam przyjeżdżać! (śmiech) Całe szczęście okazało się, że mieszkańcy prawdziwego „Lipowa” są książkami zachwyceni. To dla mnie olbrzymi komplement. Nigdy nie zdradzam nazwy tej wsi, ale uważny czytelnik na pewno znajdzie ją z łatwością na mapie. Lokalizacja pozostała bowiem niezmieniona. Nazwy sąsiednich wsi także. Prawdziwa jest również większość miejsc opisanych w moich książkach. Można je zobaczyć na żywo. Na przykład bunkier koło jeziora Zbiczno, który pojawił się w „Więcej czerwieni”.

Wracając do Pani najnowszej powieści „Dom czwarty”. W poprzedniej książce pt. "Łaskun" podejrzenia dotyczące morderstwa skierowane były na jednego z głównych bohaterów - Daniela Podgórskiego. Teraz pewne zdarzenia kładą się cieniem na Klementynie Kopp. Zaczyna się zacierać granica pomiędzy śledczym, ofiarą i sprawcą. Nie uważa Pani? A może tak naprawdę każdy ma jakąś przeszłość, z której nie zawsze jest zadowolony.

Ktoś kiedyś powiedział, że pisarze wracają w każdej książce do palących ich problemów i tematów. Chodzi o taki motyw przewodni. Kiedy to usłyszałam, zaczęłam się zastanawiać, czy ze mną też tak jest. Doszłam do wniosku, że tak. Takim tematem jest dla mnie fakt, że niestety granica pomiędzy dobrem a złem jest niezwykle cienka. I bardzo łatwo ją przekroczyć.

Często opisuję tak zwanych „zwykłych” ludzi (tak zwanych, bo przecież nikt tak naprawdę nie jest zwykły), którzy znaleźli się w trudnym momencie swojego życia. Splot czynników sytuacyjnych, może też osobowościowych, doprowadził do punktu krytycznego. Może to być morderstwo, może to być jakaś błędna, brzemienna w skutkach decyzja. Moi bohaterowie często mierzą się z tego typu trudnościami. Nie chodzi o wybielanie, ale o szukanie powodów. Nikt nie jest doskonały, ani nikt nie jest do końca zły. Zawsze skupiam się na odcieniach szarości. Nie oszczędzam więc także moich śledczych.

W związku z tym pozwolę sobie na małą dygresję. Jeśli wrócimy do bohaterów "Lipowskiego cyklu", dla wielu czytelników dużym szokiem może być swoista metamorfoza Daniela Podgórskiego z osoby wrażliwej w twardego i nierzadko obcesowego gliniarza.

Uwielbiam czytać serie. Głównie dlatego, że można obserwować, jak zmienia się, ewoluuje bohater. Być może to zboczenie zawodowe – jestem psychologiem. Znajdujemy się na różnych etapach życia, zmieniamy się. Postaci z książek także. To, kim jest teraz Daniel, jest konsekwencją jego wyborów. I tego, co z tych wyborów później wynikło. Zawsze bardzo dużo czasu poświęcam tworzeniu portretów psychologicznych moich bohaterów. Uważam, że to klucz do dobrej powieści. Każdego gatunku, nie tylko kryminałów.

W "Domu czwartym" sięga Pani do czasów drugiej wojny światowej i opisuje bestialską egzekucję z października 1939 roku. Mord, który skrywa tajemnicę i dalej wpływa na ludzkie losy i wymaga rozliczenia. Jak Pani myśli, dużo jest takich "białych plam" w naszej historii?

Na pewno. Ciągle pojawiają się nowe historie. Bardzo bolesne. Często skryte za długoletnią zmową milczenia. Czasem nawet całych społeczności. W przypadku mordów opisanych w mojej książce sprawa jest udokumentowana, choć historycy nie osiągnęli jeszcze konsensusu, ile tak naprawdę osób wówczas zginęło.

O morderstwach w okolicy jeziora Bachotek dowiedziałam się od moich koleżanek, mieszkanek prawdziwego „Lipowa”. Bawiłyśmy się tam w lesie jako dzieci. Wtedy opowiedziały mi historię, którą znały od dziadka. Ta historia była gdzieś we mnie, ale potrzebowałam czasu, żeby do niej wrócić. Dopiero teraz się odważyłam. Na tym terenie mieszkało w owym czasie sporo ludności niemieckiej. Kiedy przyszedł czas wojny, część z nich włączyła się do szczególnie okrutnej organizacji paramilitarnej. Organizacja ta dokonywała przesłuchań, podczas których de facto torturowano ludzi w bestialski sposób. Do tego stopnia, że przerażało to samych Niemców. Potem były egzekucje pod osłoną nocy.

Kiedy mówimy o rozliczeniu, nasuwa mi się od razu postać Oskara. Dziecka skrzywionego i de facto płacącego za błędy dorosłych.

Niestety dzieci często płacą za błędy rodziców. Mimo że same są niewinne. Więcej nie powiem, żeby nie psuć przyjemności z lektury.

Pozostając w kręgu dobra i zła. W Pani najnowszej powieści pada pewne zdanie - "Próbuję znaleźć w nim choć iskrę dobra". Jak Pani myśli, w każdym jest taka iskra? A może tłumią i gaszą je czasy i obyczaje, w których się żyje.

Tak jak powiedziałam wcześniej, uważam, że w każdym jest dobro. Przynajmniej chcę w to wierzyć. Być może jest ukryte gdzieś głęboko. Właśnie przez traumy czy wydarzenia, które kogoś spotkały. Być może trudno je odnaleźć. Ale uważam, że nikt nie jest jednoznacznie zły. Wystarczy pomyśleć o przytoczonej już historii drugiej wojny światowej.

A ta nie zawsze była jednoznaczna.

Dokładnie. Byli Niemcy, którzy dopuszczali się strasznych czynów. I tacy, którzy pomagali, narażając własne życie. Podczas rozmów z różnymi osobami słyszałam i takie i takie historie.

Wie Pani, że niektórzy czytelnicy porównują czytanie Pani powieści do obierania cebuli? Bynajmniej nie chodzi o łzawienie oczu, ale o złożoność opowieści. Sam muszę przyznać, że wielokrotnie mnie Pani zaskakiwała.

Dziękuję. Tak faktycznie jest. A to dlatego, że moim zdaniem punktem wyjścia do każdej historii kryminalnej są lub mogą być relacje pomiędzy ludźmi. No i oczywiście to, co z nich potem wynika. Dlatego często rysuję bogate tło społeczne i obyczajowe. W tym świecie osadzam historię kryminalną. Wtedy staje się ona bardziej wiarygodna.

Zdecydowanie jest. Moje ostatnie pytanie zapewne zadałoby chętnie ze mną bardzo wielu czytelników. Kiedy znowu otworzymy książkę i zawitamy do Lipowa? Uchyli Pani choć rąbka tajemnicy?

Obecnie pracuję nad kolejną książką z serii o Lipowie. Nie mogę jednak zbyt wiele na razie zdradzić. Powiem tylko, że na pewno będzie się działo.

Tego jestem pewien! Bardzo dziękuję za rozmowę i wszystkich, którzy jeszcze nie przeczytali „Domu czwartego”, zachęcam, żeby zrobili to jak najszybciej. Czytelnikom, którzy jeszcze nigdy nie odwiedzili Lipowa i nie sięgnęli po Pani książki, zazdroszczę. Kiedy to zrobią, przed nimi wiele godzin doskonałej lektury.

Książki Katarzyny Puzyńskiej w formie ebooków są dostępne na Publio.pl >>