Le Guin wykracza poza granice swego gatunku. "Ta kobieta potrafi wszystko" [FRAGMENTY KSIĄŻKI]

George R. R. Martin, Frank Herbert, Philip Dick, J. R. R. Tolkien - w świecie fantasy i science fiction nie brakuje mężczyzn, którzy zawładnęli wyobraźnią czytelników na całym świecie. Warto jednak zwrócić uwagę, że wśród królów gatunku znajduje się też królowa.

Jeśli ktoś, sięgając po książki Ursuli Le Guin, spodziewa się typowego fantasy z jego baśniowymi kalkami, srogo się zawiedzie. Owszem, znajdziemy tu bohaterów i realia znane z innych powieści czy opowiadań, jednak narracja niemal zawsze przekracza granice gatunku i służy wyższej sprawie.

Finezję skrywają nie tylko wielkie powieści autorki ("Ziemiomorze" i "Sześć światów Hain"), ale też opowiadania. Ponad 1000 stron, które gwarantują prawdziwą literacką ucztę. Poniżej publikujemy opowiadanie "Kamień, który wszystko zmienił" - obszerny fragment z tomu "Rybak znad Morza Wewnętrznego".

Ebooki Ursuli Le Guin są dostępne w Publio.pl. Sprawdź >>

Kamień, który wszystko zmienił

Nurobl imieniem Bu, pracująca pewnego dnia ze swoim zespołem na stercie głazów Kolegium Obling, znalazła kamień, który wszystko zmienił.

Tam, gdzie mieszkają oble, brzegi rzeki są skaliste. Głazy, duże kamienie, małe kamienie, kamyki i żwir leżą w stertach lub ciągną się całymi kilometrami wzdłuż rzeki. Miasta obli są zbudowane z kamienia; mięsne uczty oble przygotowują z upolowanych królików skalnych. Nuroble zaś zbierają rozchodnik i porosty na zwykłe dania, budują domy i kolegia i utrzymują w nich czystość, ponieważ brak porządku sprawia, że oble robią się nerwowe i niezadowolone.

Serce miasta obli stanowi jego kolegium, a dumą każdego kolegium są jego tarasy, które schodzą do rzeki. Kamienie na tarasach są ułożone według wielkości: głazy tworzą zewnętrzne ściany, wewnątrz nich znajdują się rzędy dużych kamieni, dalej nasypy z małych kamieni, a w końcu wewnętrzne tarasy z kamyków ułożonych w żwirze w skomplikowane mozaiki i wzory. Po tarasach spacerują i przesiadują na nich w długie, ciepłe dni oble, paląc w fajkach ze steatytu liście ta i rozprawiając o historii, historii naturalnej, filozofii i metafizyce. Jeśli kamienie są ułożone według kształtu i wielkości, a wzory wyraźne i czyste, oble zachowują spokój umysłu i mogą oddawać się rozmyślaniom. Po  rozmowach na tarasach najmądrzejsze stare oble wchodzą do kolegiów i spisują najważniejsze myśli i słowa w rejestrach, księgach równo ustawionych na półkach kolegialnych bibliotek.

Kiedy wczesną wiosną rzeka przybiera i zalewa tarasy, przesuwając głazy, wymywając żwir i powodując wielki nieporządek, oble przebywają w kolegiach. Czytają tam rejestry, dyskutują i nanoszą przypisy, planują nowe wzory na tarasy, ucztują i palą. Ich nury gotują i usługują podczas uczt oraz utrzymują w czystości pomieszczenia kolegiów. Kiedy tylko woda opada, zaczynają sortować kamienie i porządkować tarasy. Śpieszą się, ponieważ nieporządek po powodziach sprawia, że oble robią się bardzo nerwowe, a kiedy są nerwowe, biją i gwałcą nury bardziej brutalnie niż zwykle.

Tego roku wiosenne powodzie przerwały mur z głazów otaczający miasto Obling i zostawiły na tarasach gałęzie, kawałki drewna i inne śmieci, a także uszkodziły albo zniszczyły wiele wzorów. Tarasy Kolegium Obling słyną z idealnego porządku i złożonego piękna ich kamiennych wzorów. Słynne oble spędziły całe lata swojego życia na projektowaniu ich i wybieraniu kamieni; podobno jeden wielki projektant, Aknegni, własnymi rękami doskonalił swoje dzieło. Jeżeli z takiego wzoru ginie choćby jeden kamyk, nuroble spędzają całe dnie na szukaniu innego, który miałby taki sam kształt i wielkość. Takie właśnie zadanie miała nurobl imieniem Bu oraz jej zespół, kiedy natknęła się na kamień, który wszystko zmienił.

Kiedy trzeba znaleźć kamienie zastępcze, nury pracujące przy stertach głazów często sporządzają roboczą kopię odpowiedniego fragmentu mozaiki z tarasu, żeby mogły sprawdzać, czy znalezione kamienie do niej pasują bez noszenia ich aż na samą górę na wewnętrzne tarasy. Gdy Bu ułożyła znaleziony kamień w próbnym wzorze i wpatrywała się w niego, by nabrać pewności, że pasuje wielkością i kształtem, uderzyła ją cecha kamienia, której nie zauważała nigdy przedtem: kolor. Kamyki z tej części wzoru były duże i owalne, szerokie na dłoń i ćwierć i długie na dłoń i pół. Kamień, który Bu właśnie umieściła w próbnym wzorze, był idealnym ćwierć-pół owalem, zatem pasował

doskonale; lecz podczas gdy inne kamienie miały głównie ciemny, niebieskawoszary kolor, nowy kamień był jaskrawoniebieskozielony z plamkami jaśniejszej nefrytowej zieleni.

Bu oczywiście wiedziała, że kolor kamienia nie ma najmniejszego znaczenia, że jest przypadkową i błahą cechą, niemającą żadnego wpływu na prawdziwy wzór. Mimo wszystko patrzyła na ten niebieskozielony kamień z dziwnym zadowoleniem. W końcu pomyślała: „Ten kamień jest piękny”. Nie patrzyła, tak jak powinna, na cały wzór, lecz na ten jeden kamień, którego kolor był podkreślony przez nijaką barwę innych. W jej głowie zrodziły się dziwne myśli: „Ten kamień jest ważny. Ma znaczenie. To jest słowo”. Wzięła go do ręki i uważnie przyjrzała się próbnemu wzorowi.

Pierwotny wzór, ten na tarasie, nazywał się wzorem dziekana na cześć dziekana kolegium Festla, który planował tę część tarasów. Kiedy Bu umieściła niebieskozielony kamień we wzorze, nadal przyciągał jej wzrok kolorem, odwracając uwagę od wzoru, lecz nie umiała dostrzec w nim żadnego znaczenia.

Zaniosła go brygadziście i zapytała, czy nur widzi w tym kamieniu coś nieprawidłowego, dziwnego albo szczególnego. Brygadzista popatrzył w zamyśleniu na kamień, lecz w końcu otworzył szeroko oczy, co oznaczało odpowiedź negatywną.

Bu zaniosła kamień na wewnętrzne tarasy i umieściła go w odpowiednim miejscu. Dokładnie pasował do wzoru dziekana; miał idealny kształt i wielkość. Lecz kiedy Bu cofnęła się, by przyjrzeć się wzorowi, pomyślała, że właściwie nie przypomina on już wzoru dziekana. Nie chodziło o to, że nowy kamień go zmienił; on po prostu dopełnił wzór, z którego istnienia Bu nie zdawała sobie do tej pory sprawy: wzór kolorów, niemający prawie lub wcale żadnego związku z opartym na kształcie i wielkości układem dziekana. Nowy kamień dopełniał spiralę niebieskozielonych kamieni, ułożoną wewnątrz pola zachodzących na siebie równoległoboków z ćwierć--pół owali, które tworzyło środek wzoru Festla. Większość tych niebieskozielonych kamieni Bu ułożyła w ciągu minionych kilku lat; lecz spiralę rozpoczął jakiś inny nur, zanim Bu dostała awans do wzoru dziekana.

Właśnie wtedy dziekan Festl wyszedł na wiosenne słońce z zardzewiałą strzelbą na ramieniu i fajką w ustach, z zadowoleniem patrząc na przywracanie porządku naruszonego przez powodzie. Dziekan był

miły i stary, i nigdy nie zgwałcił Bu, chociaż często ją poklepywał. Bu zebrała się na odwagę, ukryła oczy i powiedziała:

– Panie dziekanie! Czy pan dziekan zechciałby w swojej wiedzy objaśnić mi werbalne znaczenie tego fragmentu prawdziwego wzoru, który właśnie naprawiłam?

Dziekan Festl zatrzymał się, może odrobinę niezadowolony, że przeszkodzono mu w medytacji; widząc jednak, że młoda nur tak skromnie przykucnęła i ukryła wszystkie oczy, poklepał ją wyrozumiale i powiedział:

– Oczywiście. Tę podsekcję mojego wzoru można odczytać na najprostszym poziomie jako „Umieszczam kamienie pięknie” albo „Umieszczam kamienie w doskonałym porządku”. Istnieje oczywiście immanentne postwerbalne znaczenie wyższego poziomu oraz Niewymowne Arkana. Nie zaprzątaj jednak sobie tym główki!

– Czy można znaleźć znaczenie w kolorach kamieni? – zapytała nur uległym tonem.

Dziekan znowu się uśmiechnął i poklepał ją w różnych miejscach.

– Któż wie, co się dzieje w głowach nurów! Kolor! Znaczenie w kolorze! Zmykaj już, nurblitko. Wykonałaś tu bardzo ładną naprawę. Bardzo staranną, bardzo przyjemną.

I ruszył dalej spacerowym krokiem, pykając z fajki i rozkoszując się wiosennym słońcem.

Bu wróciła do sterty głazów, by wybierać kamienie, ale w głowie jej się kłębiło.

Całą noc śnił się jej niebieskozielony kamień. We śnie przemówił i kamienie ułożone wokół niego we wzorze też zaczęły mówić. Kiedy Bu się jednak obudziła, nie pamiętała wypowiedzianych przez nie słów.

Słońce jeszcze nie wstało, ale nury już tak, i Bu porozmawiała z kilkoma współmieszkańcami gniazda oraz znajomymi z pracy, kiedy karmili i czyścili blity oraz z pośpiechem jedli śniadanie, składające się

z zimnych smażonych porostów.

– Chodźcie teraz na tarasy, zanim wstaną oble – powiedziała. – Chcę wam coś pokazać.

Bu miała wielu znajomych i na tarasy poszło za nią na górę osiem czy dziewięć nurów, niektóre z blitami przy piersi albo trzymając je za rączki.

– Co tym razem wymyśliła ta Bu?! – mówili między sobą ze śmiechem.

– A teraz popatrzcie – rzekła Bu, kiedy wszyscy znaleźli się na tej części wewnętrznego tarasu, którą zaprojektował dziekan Frestl. – Popatrzcie na te wzory. I popatrzcie na kolory kamieni.

– Kolory nie mają znaczenia – powiedział jeden nur, a potem inny:

– Kolory nie są częścią wzoru, Bu.

– A gdyby były? – zapytała Bu. – Tylko spójrzcie.

Nury, przywykłe do milczenia i posłuszeństwa, spojrzały.

– No proszę – powiedział jeden z nich po chwili. – Zdumiewające, prawda?

– Spójrzcie na to – odezwał się przyjaciel Bu, Ko. – Ta niebieskozielona spirala przewija się przez cały wzór dziekana! A wokół żółtego piaskowca jest pięć czerwonych hematytów – jak kwiat.

– Ten cały fragment z brązowego bazaltu… on przecina… przecina prawdziwy wzór, prawda? – powiedziała mała Ga.

– Tworzy inny wzór. Odmienny – rzekła Bu. – Może immanentny wzór o niewymownym znaczeniu?

– Oj, daj sobie spokój, Bu – powiedział Ko. – Jesteś profesorem czy co?

Inni się roześmiali, lecz Bu była zbyt podekscytowana, żeby zrozumieć, że jest zabawna.

– Nie – powiedziała poważnie. – Ale spójrzcie na ten niebieskozielony kamień, tutaj, na samym końcu spirali.

– Serpentynit – stwierdził Ko.

– Tak, wiem. Ale jeśli wzór dziekana coś znaczy… Powiedział, że ten fragment znaczy „Umieszczam kamienie pięknie”… Czy ten niebieskozielony kamień mógłby być jakimś innym słowem? Z innym

znaczeniem?

– Jakim znaczeniem?

– Nie wiem. Myślałam, że może wy wiecie.

Bu spojrzała z nadzieją na Una, starszego nura, który wprawdzie w młodości okulał po tym, jak porwała go lawina kamienna, ale tak dobrze dbał o delikatne wzory, że oble darowały mu życie. Un wpatrzył się w niebieskozielony kamień i na zagiętą linię niebieskozielonych kamieni i w końcu powiedział powoli:

– To mogłoby znaczyć „Nur umieszcza kamienie”.

– Jaki nur? – zapytał Ko.

– Bu – odparła mała Ga. – To ona położyła ten kamień.

Bu i Un szeroko otworzyli oczy na znak przeczenia.

– Wzory nic nigdy nie mówią o nurach! – rzekł Ko.

– Może wzory z kolorów mówią – powiedziała Bu, z emocji bardzo szybko mrugając.

– „Nur” – powiedział Ko, podążając wzrokiem wszystkich trojga oczu za niebieskozieloną zagiętą linią. – „Nur umieszcza kamienie pięknie w nieokiełznanej pętlowatości”. Ojej! O co tu chodzi? – Czytał dalej wzdłuż krzywizny: – „W nieokiełznanej pętlowatości zapo”, co to znaczy? Aha, „zapowiadając to, co widziane”.

– „Wizję” – podsunął Un. – „Wizję…”. Nie znam tego ostatniego słowa.

– Czy wy to wszystko widzicie w kolorach kamieni? – zapytała ze zdumieniem Ga.

– We wzorze kolorów – odparła Bu. – One nie są przypadkowe Nie są pozbawione znaczenia. Cały czas umieszczaliśmy je tu we wzorach, nie tylko tych, które projektują oble, ale w innych, wzorach nurów z nowymi znaczeniami. Spójrzcie… Spójrzcie na nie!

Ponieważ nawykli do milczenia i posłuszeństwa, wszyscy stali i patrzyli na wzory na wewnętrznych tarasach Kolegium Obling. Ujrzeli, jak kamyki i większe kamienie ułożone pod kątem ich kształtu i wielkości tworzą kwadraty, prostokąty, trójkąty, dwunastościany, zygzaki i prostoliniowe piękne harmonijne i znaczące wzory. I ujrzeli, jak kamienie ułożone ze względu na kolor stworzyły inne wzory,

mniej skończone, często zaledwie naszkicowane lub zaznaczone – koła, spirale, owale i skomplikowane krzywoliniowe labirynty o wielkim i trudnym do uchwycenia pięknie i znaczeniu. Tak więc długa pętla białych kwarcytów przecinała podwójną prostą linię z kamieni o średnicy ćwierci dłoni, a równoległoboczny fragment z piaskowców o średnicy pół dłoni sprawiał wrażenie elementu długiego bladożółtego półksiężyca.

Znajdowały się tam oba wzory. Czy jeden znosił drugi, czy oba stanowiły nawzajem swoje części? Trudno było zobaczyć je naraz, lecz nie było to niemożliwe.

Po długiej chwili mała Ga zapytała:

– Czy zrobiliśmy to wszystko, nawet nie wiedząc, że to robimy?

– Ja zawsze patrzyłem na kolor kamieni – rzekł cicho Un ze spuszczonym wzrokiem.

– Ja też – powiedział Ko. – I na żyłkowanie i fakturę. To ja zapoczątkowałem ten wężykowaty fragment w Kryształowych Kątach. – Pokazał na bardzo starą i słynną część tarasu, zaprojektowaną przez wielkiego OholothLa. – W zeszłym roku, po późnej powodzi, kiedy utraciliśmy tak wiele kamieni ze wzoru… Pamiętacie? Przyniosłem dużo ametystów z Jaskiń Ubi. Uwielbiam fiolet! – skończył butnym tonem.

Bu spojrzała na koło z małych gładkich turkusów umieszczone w rogu zestawu zazębiających się prostokątów.

– Ja lubię niebieskozielony – szepnęła. – Ja lubię niebieskozielony, on lubi fiolet. Widzimy kolory kamieni. Tworzymy wzór. Tworzymy wzór pięknie.

– Jak myślicie, powinniśmy powiedzieć profesorom? – zapytała z podnieceniem w głosie mała Ga. – Mogliby nam dać dodatkowe jedzenie.

Stary Un bardzo szeroko otworzył wszystkie oczy.

– Ani słowa o tym profesorom! Oni nie lubią zmian we wzorach. Przecież wiecie. Robią się od tego nerwowi. Mogliby się zdenerwować i nas ukarać.

– Nie boimy się – wyszeptała Bu.

– Nie zrozumieliby – powiedział Ko. – Oni nie patrzą na kolory. Nie słuchają nas. A gdyby nawet słuchali, to wiedzieliby, że to tylko nurowe gadanie bez znaczenia, prawda? Ale ja wracam do Jaskiń po więcej ametystów i skończę ten wężykowaty fragment. – Pokazał na Kryształowe Kąty, gdzie naprawy ledwie się zaczęły. – Nawet go nie zauważą.

Rozkapryszony blit małej Ga, syn profesora Endla, wykopywał kamyki z Lepszego Trójkąta i trzeba było dać mu klapsa.

– Och, to cały oblblit! – westchnęła Ga. – Nie wiem, jak sobie z nim radzić.

– W następnym roku pójdzie do szkoły – zauważył oschle Un – tam już będą wiedzieli, jak z nim postępować.

– Ale co ja zrobię bez niego? – rzekła Ga.

Słońce stało już wysoko na niebie i profesorowie wyglądali z okien swoich sypialni na tarasy. Nie spodobałby im się widok wałęsających się nurów, a małe blity miały oczywiście absolutny zakaz wstępu do kolegium. Bu wraz z innymi pospiesznie wróciła do gniazd i warsztatów.

Tego samego dnia Ko poszedł do Jaskiń Ubi, a Bu poszła razem z nim; wrócili z workami pięknych ametystów i przez kilka dni pracowali nad ukończeniem tego wężykowatego fragmentu, który nazwali

Fioletowymi Falami, naprawiając Kryształowe Kąty. Ko pracował radośnie, śpiewał i żartował, a w nocy kochał się z Bu. Ale Bu nadal była czymś pochłonięta. Wciąż badała wzory kolorów na tarasach; znajdowała ich coraz więcej, a w nich coraz więcej znaczeń i idei.

– Czy one wszystkie są o nurach? – zapytał stary Un.

Artretyzm nie pozwalał mu wchodzić na tarasy, ale Bu codziennie zdawała mu relację ze swoich odkryć.

– Nie, większość z nich jest i o oblach, i o nurach. I o blitach. Ale zrobiły je nury. Więc są odmienne. Wzory obli tak naprawdę nigdy nie są o nurach. Tylko o oblach i o tym, co oni myślą. Ale kiedy zaczyna się czytać kolory, wychodzą bardzo ciekawe sprawy!

Bu była tak podekscytowana i elokwentna, że inne nury z Oblingu też zaczęły badać wzory kolorów i uczyć się odczytywać ich znaczenia.Rozprzestrzeniło się to na inne gniazda, a wkrótce na inne miasta. Niedługo wszędzie nad rzeką nury odkrywały, że ich tarasy też są pełne szalonych wzorów z kolorowych kamieni i zaskakujących przekazów, dotyczących obli, nurów i blitów. Ale wiele nurów martwiło się tym wszystkim i stanowczo nie chciało dopatrywać się wzorów w kolorach albo uznać, że kolor kamienia może mieć jakiekolwiek znaczenie. „Oble polegają na nas, że niczego nie będziemy zmieniać – mówiły. – Jesteśmy ich nuroblami. Liczą, że będziemy dbać o ich wzory, pilnować, żeby

blity były cicho, i utrzymywać porządek, żeby oble mogły wykonywać ważną pracę. Jeżeli zaczniemy wymyślać nowe znaczenia, zmieniać sytuację, zakłócać wzory, to do czego to doprowadzi? To nieuczciwe wobec obli”.

Ale Bu nie chciała tego słuchać; była zbyt zajęta swoim odkryciem. Już nie słuchała w milczeniu. Mówiła. Chodziła po warsztatach i mówiła. Aż pewnego wieczoru zebrała się na odwagę, włożyła na szyję rzemyk z idealnym wypolerowanym turkusem, który nazywała swoim osobokamieniem, i weszła na tarasy. Przecięła je, idąc wśród zaskoczonych profesorów, i podeszła do mozaiki Rektoratu, gdzie rektorka Astl, słynna uczona, przechadzała się samotnie ze starą strzelbą przewieszoną przez plecy, pogrążona w medytacji i spowita kłębami dymu z kopcącej fajki. W tak świętej chwili nawet pełnoprawny profesor nie odważyłby się jej przeszkodzić. Lecz Bu podeszła prosto do niej, przykucnęła, zakryła oczy i powiedziała drżącym, lecz wyraźnym głosem:

– Pani rektorko! Czy pani rektorka zechciałaby w swojej uprzejmości odpowiedzieć na moje pytanie?

Rektorka była naprawdę zdumiona takim zachowaniem. Zwróciła się do najbliższego profesora i powiedziała:

– Ta nur oszalała. Proszę kazać ją usunąć.

Bu została skazana na dziesięć dni więzienia i gwałcenie przez studentów, kiedy tylko mieli na to ochotę, a następnie na sto dni w kamieniołomach, skąd wydobywano kamienne płyty. Kiedy wróciła

do gniazda, była w ciąży po jednym z gwałtów i dość chuda od pracy w kamieniołomach, lecz wciąż miała na szyi swój turkus. Przywitali ją wszyscy współmieszkańcy gniazda i znajomi z pracy, śpiewając piosenki, które ułożyli ze znaczeń kolorowych wzorów na tarasach. Ko pocieszał ją czule tej nocy i zapewnił, że jej blit będzie jego blitem, a jej gniazdo – jego gniazdem.

Kilka dni później weszła do kolegium (przez kuchnię) i udała się (z pomocą służebnych obli) do prywatnego pokoju kanonika. Kanonikiem Kolegium Obling był bardzo stary obl, znany z wiedzy w zakresie lingwistyki metafizycznej. Rankami budził się powoli. Tego ranka również, ale z niejakim zdumieniem patrzył na służebną nur, która przyszła odsłonić okna i podać mu śniadanie, bo wyglądała jakoś inaczej. Niemal sięgnął po broń, ale był zbyt rozespany.

– Witaj – powiedział. – Jesteś nowa, prawda?

– Chciałabym, żebyś odpowiedział na moje pytanie – rzekła nur.

Kanonik rozbudził się zupełnie i uważnie spojrzał na to zdumiewające stworzenie.

– Miej choć na tyle przyzwoitości, żeby zakryć oczy, nur! – rozkazał, ale tak naprawdę się nie zdenerwował. Był tak stary, że nie miał już zupełnej pewności co do wzorów, dlatego zmiana w nich nie niepokoiła go tak bardzo, jak by mogła.

– Nie może mi odpowiedzieć nikt inny – powiedziała nur. – Proszę cię. Czy wiesz, czy niebieskozielony kamień we wzorze mógłby być słowem?

– O, tak, w istocie – odparł kanonik, ożywiając się. – Chociaż oczywiście wszelkie znaczenie zawarte w kolorze jest od dawna przestarzałe.Interesują się nim tylko takie stare pierniki jak ja, ha. Barwne słowa nie występują nawet w najbardziej archaicznych wzorach. Tylko w najdawniejszych rejestrach.

– Co to znaczy?

Kanonik zastanawiał się, czy nie śni – rozprawiał o lingwistyce historycznej z nur, i to przed śniadaniem! Lecz nawet jeśli, to był to zajmujący sen.

– Barwa niebieskozielona, jak kolor tego kamienia, który najwyraźniej służy ci za ozdobę, mogłaby w swej formie przymiotnikowej we wzorze wskazywać na cechę nieskrępowanej woli. Jako rzeczownik kolor ten oznaczałby jak by to określić? brak przymusu, brak kontroli, warunek samostanowienia…

– Wolność – rzekła nur. – Czy on znaczy wolność?

– Nie, moja droga – odparł kanonik. – Kiedyś znaczył. Ale już przestał.

– Dlaczego?

– Bo to słowo jest przestarzałe – odpowiedział kanonik, którego zaczynał już męczyć ten niewytłumaczalny dialog. – Odejdź jak grzeczna nur i każ mojej służącej przynieść mi śniadanie.

– Wyjrzyj przez okno – powiedziała nur o szalonych oczach tak żarliwym głosem, że kanonik się zaniepokoił. – Wyjrzyj przez okno na tarasy! Spójrz na kolory kamieni! Spójrz na wzory układane przez

nury, na wzory, które ułożyliśmy, na wypisane przez nas znaczenia! Popatrz na wolność! Och, proszę, popatrz!

I z tą ostatnią prośbą zdumiewająca zjawa zniknęła. Kanonik leżał wpatrzony w drzwi sypialni; po chwili się otworzyły. Weszła jego dawna służebna nur z tacą z herbatą z rozchodnika i z gorącymi solonymi i wędzonymi porostami.

– Dzień dobry, panie kanoniku! – odezwała się radośnie. – Już pan nie śpi? Piękny poranek!

Postawiła tacę przy łóżku i zamaszystym ruchem odsłoniła okna.

– Czy była tu przed chwilą młoda nur? – zapytał kanonik nerwowo.

– Z całą pewnością nie, panie. A przynajmniej ja nic o tym nie wiem – odparła nur, ale popatrzyła porozumiewawczo prosto na niego. Czyżby miała czelność patrzeć mu w oczy? Na pewno nie. – Tarasy są dziś rano śliczne – ciągnęła. – Wasza kanoniczność powinna spojrzeć.

– Wyjdź! Wynocha! – warknął kanonik.

Nur wyszła, dygnąwszy skromnie i zasłoniwszy oczy.

Kanonik zjadł śniadanie w łóżku, a potem wstał. Podszedł do okna, żeby wyjrzeć w świetle poranka na tarasy swojego kolegium.

Przez chwilę sądził, że znowu śni, bo widział wzory całkowicie odmienne od tych, które przez całe swoje długie życie oglądał na tych tarasach – szaleńcze wzory z zakrzywionych linii i kolorów, zdumiewające wyrażenia, niewyobrażalne do tej pory znaczenia, cudowne piękno – a potem otworzył szeroko wszystkie swoje oczy i zamrugał; wszystko zniknęło. W porannym świetle wyraźnie prezentował się tylko znajomy, prawdziwy porządek tarasów. I nie było nic innego do oglądania.

Kanonik odwrócił się od okna i otworzył książkę. Nie widział więc długiego szeregu nurobli, które tanecznym krokiem szły pod górę z leżących pod murami z głazów gniazd i warsztatów, niosąc blity, tańcząc i śpiewając na tarasach. Słyszał śpiew, ale tylko jako hałas bez znaczenia. Dopiero kiedy wleciał przez okno pierwszy kamień, kanonik podniósł wzrok i zawołał z niepokojem:

– Co to ma znaczyć?!

Opowiadanie "Kamień, który zmienił wszystko" pochodzi z antologii dzieł Ursuli Le Guin "Rybak znad Morza Wewnętrznego"

A FISHERMAN OF THE INLAND SEA: Copyright © 1994 by Ursula K. Le Guin

The moral rights of the author have been asserted” on the reverse of the title page in each copy of their editions.

Ebooki Ursuli Le Guin są dostępne w Publio.pl. Sprawdź >>