[TYLKO U NAS] Skąd bierze się zło? Żulczyk: Między szlachetnością a terrorem jest bardzo niewiele miejsca

"Wzgórze psów" Jakuba Żulczyka to książka nie zawsze łatwa i miła, ale w doskonały sposób pokazująca, że miejsce, w którym żyjemy, to stan umysłu, który bardzo łatwo może przemienić się w koszmar.

Z autorem o istocie zła, niechcianych powrotach i planach filmowych rozmawiał Mateusz Uciński.

"Wzgórze psów" i inne książki Jakuba Żulczyka są dostępne w Publio.pl

Mateusz Uciński:  We "Wzgórzu psów" udało się panu stworzyć wielopłaszczyznową opowieść, którą, szczerze powiedziawszy, trudno sklasyfikować gatunkowo - bo powiedzieć, że jest to kryminał, byłoby grzechem. Pokusiłbym się o stwierdzenie, że jest to książka o złu. Zarówno tym społecznym i kryminalnym, jak i wewnętrznym, tkwiącym w każdym z nas. Bardzo się mylę w swojej ocenie?

Jakub Żulczyk: - Nie, nie myli się pan. Ale jak mawiają bohaterowie mojej powieści - zło to coś, co trudno złapać, schwycić, to taka zgniła w środku cebula. Zło ma tyle przejawów, jest tak wszechobecne jak powietrze, że lepiej popatrzeć na to, co je przywołuje. Czyli głupota, przemoc, atawizmy, nacisk, chęć zemsty, poczucie misji. I wiele innych rzeczy. Między szlachetnością a terrorem jest bardzo niewiele miejsca, i o tym może jest właśnie moja książka. Czy w każdym z nas tkwi zło, nie wiem. Każdy z nas jest ssakiem i ma w sobie to ssacze oprogramowanie - walczyć o dominację, myśleć przede wszystkim o własnym interesie, działać stadnie i tak dalej, i tak dalej.

W tej książce zło ma twarz Kalta. Biznesmena niemieckiego pochodzenia o niebagatelnych wpływach. Stworzył pan postać niebywale demoniczną. Zresztą ojciec głównego bohatera nazywa Kalta smętkiem, czyli diabłem z kaszubskich podań. Istnieje taka teoria, że ludzie personifikują diabła w postaci cudzoziemca - nielubianego sąsiada. Czy tak jest właśnie z Kaltem?

Nie, nie chodziło mi o to, aby stworzyć Brunnera ani przejechać się po jakichś  międzynarodowych/sąsiedzkich antagonizmach, ani też wykreować postać "złego Niemca". Jeśli jest już ten pierwiastek w Kalcie, to on ma element satyryczny. Kalt jest po prostu postacią dorysowaną do tej rzeczywistości, wybijającą się z niej, narysowaną inną kreską. Można też traktować go trochę jako postać nierzeczywistą, przynależną snom, innej warstwie rzeczywistości. Chciałbym, aby czytelnik miał tutaj dowolność interpretacji.

Pokazuje pan coś, co nazwałbym niechcianym powrotem. Jeden z głównych bohaterów zmuszony jest porzucić Warszawę i wraz z żoną wrócić do swojego rodzinnego miasteczka, żeby przeczekać. Odbić się od pewnego, swoistego dna. Myślę, że takich sytuacji jest wiele, chociaż mało się o tym mówi. Bo to porażka. W tym kontekście napisał pan, że są dwa sposoby na miejsca, których się nienawidzi – albo z nich uciec, albo je pokochać i być z nich dumnym. „Wzgórze psów” pokazuje, że jednak nie zawsze to się udaje.

Zawsze jest więcej sposobów niż dwa. Ale fakt, żyjemy w jakimś terrorze porażki/sukcesu i trudno nam się z niego wydobyć. A co do rodzinnego miejsca - chyba nie da się pokochać czegoś, czego się nienawidzi. Można przegrać w bezpośrednim zwarciu z tym czymś i dać mu się w konsekwencji podporządkować. Ale nie spoilerujmy książki :)

Jakub ŻulczykJakub Żulczyk ZUZA KRAJEWSKA COPYRIGHT

 Jednocześnie pokazał pan w swojej powieści przeciwieństwo tego stanu. Ludzi, że zacytuję „którzy coś widzą i od razu chowają to coś do kieszeni. Nie można z nimi wygrać, bo nie uznają zasad, działają w poprzek rzeczywistości”.

Tacy ludzie są wszędzie. W krajach byłego bloku wschodniego takie myślenie bywało społecznie premiowane, bo lawirowanie pod prawem, obok prawa, było uznawane za obrotność, zaradność. No tak, ale to dosyć oczywista sprawa - nie da się grać w karty z tymi, którzy wywracają stolik. Tylko nie wiem, czy we "Wzgórzu psów" ktoś nie wywraca tego stolika co parę chwil.

Powiem panu szczerze, że szczególnie ważne dla mnie, tak osobiście, są przedstawione w powieści wspomnienia. Jestem trochę starszy niż Mikołaj, ale bardzo wiele z nich pokrywa się z moimi. Też dorastałem na początku lat 90-tych i idealnie odnajduję w pańskiej książce klimat tamtego okresu. Myślę, że wielu czytelników odniosło podobne wrażenie. Pytaniem, które zadawałem sobie wiele razy podczas lektury, było to, jak wiele prawdziwych historii, postaci istniejących realnie, przemycił pan do tej książki. Przecież historia o bieluniu i babci w kuchni jest z jednej strony fantastycznie absurdalna, ale z drugiej – realna. Sam wiem o podobnych.

W książce jest parę prawdziwych historii, jest parę miejskich legend, jest dużo rzeczy kompletnie zmyślonych, ale procent cukru w cukrze jest moim zdaniem nieistotny. Nie ma znaczenia, czy coś się przydarzyło na poziomie anegdotycznym, incydentalnym. Czy rzeczywiście gdzieś w lesie siedzi jakiś chłop, którego miejscowi wołają "Wiedźmin". W literaturze takiej jak moja - fabularnej, dziejącej się współcześnie - ważne jest chyba coś innego. Uważam, że ''Wzgórze” tak samo jak "Ślepnąc od świateł", to jest książka realistyczna, w tym sensie, że taki świat istnieje, że tacy ludzie mogliby się urodzić. Zrobiłem wszystko, aby ta książka zgadzała się ze sobą, była wiarygodna. By opowieść była spójna, relacje bohaterów, to, co się z nimi dzieje - właściwe ich charakterom, osobowości, zapatrywaniom na świat. By elementy układanki do siebie pasowały.

Skoro mówimy o realności, to muszę przyznać, że mnie osobiście najbardziej urzekło coś innego. Wybaczy pan to porównanie, jest mocno oklepane, ale należę do pokolenia wychowanego na Miasteczku Twin Peaks. We „Wzgórzu psów” odnalazłem to, co było najważniejsze w tamtym serialu - klimat. Gęsty i nieprzewidywalny. Momentami jednak odrealniony. Bardzo Lynchowski.

Mogę się na te słowa tylko uśmiechnąć. Filmy Lyncha oglądałem po raz pierwszy jako bardzo młody człowiek, ich aura, pomysł na przenikanie się realności i snu, podziałały na mnie bardzo intensywnie. Może przez to nie umiem nigdy opowiedzieć historii stricte realistycznej, tylko zawsze muszę delikatnie wyprowadzić ją w sen, w majak, nieoczywistość. Jak prorocze sny bohatera w "Ślepnąc od świateł", starzec w "Radio Armageddon", zjawa, którą widzą różni bohaterowie we "Wzgórzu psów". Nie umiem uciec jako autor od pewnego rodzaju horroru.

Zymbork jest miastem zmyślonym (albo ja go nie znalazłem), podobnie jak chociażby Rykusmyku u Łukasza Orbitowskiego, jednak myślę, że można w nim odnaleźć cechy charakterystyczne z faktycznie istniejących miejscowości. Zdradzi pan, na czym się wzorował?

Trochę na miastach, które znam, bo w nich mieszkałem, albo w nich byłem, Nidzicy, Szczytnie, Wielbarku, Dobrym Mieście, Pasymiu, i tak dalej. Ale chciałem również, by było to miasto autonomiczne, istniejące tylko w mojej głowie. Gdy pisałem książkę, już nie myślałem o, na przykład, Szczytnie. Myślałem o Zyborku, jego mapa rysowała się w mojej głowie coraz dokładniej, z każdym napisanym zdaniem.

Na czym pana zdaniem, jako pisarza, polega potencjał takich miejsc - pozornie poukładanych, a jednak kryjących gdzieś głębiej wiele sekretów? Czy to narastająca frustracja ich mieszkańców, często ludzi - jak pan to napisał - o rękach umięśnionych od zaciskania?

Trochę nie rozumiem tego pytania. Potencjał literacki ma każde miejsce, jakie tylko panu przyjdzie do głowy. Naprawdę dobry autor zrobi świetną literaturę o własnym pokoju. Starałem się wymyślić we „Wzgórzu” świat, który byłby bogaty, miałby kilka warstw, sprawiałby wrażenie realności przez to, że jest wewnętrznie spójny.

Pozwolę sobie odejść na chwilę od książek. Od jakiegoś czasu zajmuje się pan pisaniem scenariuszy filmowych. Mieliśmy tego przykład, oglądając doskonały serial „Belfer”, nad którego drugim sezonem obecnie pan pracuje. Wiem, że przygotowywany jest także serial na podstawie „Ślepnąc od świateł” z pańskim scenariuszem. Czy ma pan jakiś wymarzony film, do którego chciałby pan napisać scenariusz? „Wzgórze psów” byłoby, moim zdaniem, kanwą naprawdę mocnego filmu.

Moje prace nad "Belfrem 2" i "Ślepnąc" już się skończyły, efekty będzie można oglądać niedługo. Może i ze "Wzgórzem" stanie się coś filmowego, nie wiem, czas pokaże. Byłoby fajnie. Czy mam jakiś wymarzony film - owszem, mam parę pomysłów, na których realizacji bardzo by mi kiedyś zależało, ale jestem przesądny i nie opowiadam publicznie o swoich marzeniach.

Przyznam się panu, że pierwszymi książkami pańskiego autorstwa, po które sięgnąłem, było „Zmorojewo” i „Świątynia”. Były one dla mnie dużym zaskoczeniem. Z jednej strony „literatura młodzieżowa”, z drugiej - klimat rodem z Clive’a Barkera. Wróci pan jeszcze kiedyś do tego cyklu?

Za kilka lat na pewno, między innymi z prostego powodu - jeśli chcę wznowić poprzednie części, muszę jakiemuś wydawnictwu zaoferować również trzecią część, która dopełni całą opowieść. I to dopełnienie jestem gdzieś tam winien czytelnikom. Podoba mi się pomysł na napisanie książki, której akcja będzie się toczyć kilka lat później, po wydarzeniach ze "Świątyni", ze starszym Tytusem Grójeckim, w zupełnie innym miejscu. To fajny cykl, fajnie byłoby go zakończyć, ja nie lubię nieskończonych rzeczy. Ale potrzebuję jeszcze czasu.

Nad czym teraz pracuje Jakub Żulczyk? Czego możemy się spodziewać w przyszłości?

Przyszłość widzę świetlaną (śmiech) Pracuję nad nowym projektem scenariuszowym, o którym nie mogę zbyt wiele powiedzieć. Gdzieś tam, bardzo nieśmiało, wymyślam kolejną książkę. W przyszłości najbliższej - drugi sezon "Belfra" oraz serial na podstawie "Ślepnąc od świateł", to chyba wystarczająco dużo zapowiedzi, jak na jedną osobę.

"Wzgórze psów" i inne książki Jakuba Żulczyka są dostępne w Publio.pl

Zaskakująco dobra "Wonder Woman", animacje i mnóstwo efektów specjalnych. Premiery kinowe czerwca