Wszyscy popełniamy błędy, ale ten mógł ich kosztować życie. Ta książka trzyma w napięciu

W 1969 r. dwaj młodzi wspinacze postanowili zmierzyć się z najwyższą w Europie pionową ścianą skalną, norweską Ścianą Trolli. Przygoda na jedno popołudnie okazała się trwającą ponad 50 godzin walką o przetrwanie.

Bracia Gordon i John Stainforth zachęceni przez „ekspertów”, pewni swoich umiejętności, w swojej wspinaczce na Ścianę Trolli wybrali drogę nazywaną „Fiva” (słowo wymawiane jak angielskie fever – gorączka).

Minęło 40 lat, nim autor – który dziś wspina się, pisze książki i fotografuje góry – zdecydował się opisać dramatyczne wydarzenia, które były wówczas ich udziałem. Zrobił to w książce "Fiva. Przekroczyć granicę strachu", której obszerny fragment publikujemy poniżej.

Fragmenty pochodzą z książki "Fiva.Przekroczyć granicę strachu"
Gordon Stainforth
tłum. Jakub Jedliński
Wydawnictwo Poznańskie, 2017
Książka w formie ebooka jest dostępna w Publio.pl

ØVER-FIVA FARM, DOLINA ROMSDALEN
NIEDZIELA, 6 LIPCA 1969 ROKU

GODZINA 3.45

Oto wielka chwila – nie ma już odwrotu. W głębi duszy wiemy, że to czyste szaleństwo, mimo wszystko jesteśmy zdecydowani. Rozpoczęło się odliczanie, zupełnie jak przy starcie promu kosmicznego, za minutę wyruszymy na wspinaczkę, a ja kulę się na ocienionej leśnej polance i czuję się tak, jakby górowała nade mną gigantyczna wspaniała katedra o kamiennych murach wznoszących się na wysokość 1500 metrów. Pierzaste chmury powoli mijają potężne iglice, przypory i wieżyczki tej świątyni.

Mój dziewiętnastoletni brat bliźniak, John, z plecakiem na plecach obserwuje w milczeniu, jak szamoczę się z kartką przyciśniętą do przewodnika opartego na kolanie i z trudem bazgrzę coś długopisem…

W ten niedzielny poranek zimnego, ponurego, norweskiego lata czujemy się niczym dwa maleńkie okazy rasy ludzkiej we wnętrzu ogromnego prehistorycznego wąwozu. Różni się on od wszystkich poranków, jakie do tej pory przeżyliśmy.

Panuje niemal idealna cisza, zakłócana tylko pluskiem wody i szmerem tysięcy wodospadów. Nad całym tym pradawnym górskim krajobrazem unosi się para, jakby u zarania kolejnego dnia, roku, tysiąclecia skały brały oddech i ożywały, wydychając prastarą jak świat energię…

A teraz pora przelać to na papier. Oto najważniejsza chwila tego szczególnego rytuału, w którym zawarte są wszystkie uczucia przełomowego momentu życia. Kilka minut wcześniej tak gruntownie omówiliśmy każde słowo, że John mógłby mi dyktować tekst bez otwierania ust.

Najpierw zapisałem dużymi drukowanymi literami:

FIVA

Poprawiam litery, bo długopis zaczyna lepiej pisać, i podkreślam to słowo z największą pewnością, na jaką potrafię się zdobyć. Niżej, bardziej pośrodku, dopisuję:

POWRÓT W NIEDZIELĘ W NOCY
NAJPÓŹNIEJ W PONIEDZIAŁEK RANO

Tylko dziewięć słów. Jak nieodwołalnie można przypieczętować ludzki los kilkoma prostymi słowami.

– W porządku? – pytam.

– Tak – potwierdza John.

Precyzyjnym, zdecydowanym ruchem nabijam kartkę na metalowy szpikulec na szczycie naszego dziwacznie przekrzywionego namiotu firmy Good Companion – spłowiałego, pomarańczowego wigwamu, przypominającego miniaturowy górski szczyt.

Teraz już nie ma odwrotu. Jesteśmy zdecydowani. T-minus 10 sekund (przyp. T-minus to termin używany do odliczania czasu pozostałego do startu. T-minus 1 min. oznacza minutę przed startem. Czas do zakończenia misji określany jest jako T-plus ) - zaczęło się odliczanie.

Zostawiamy też wiadomość dla reszty naszej grupy, która dotrze tu za dzień lub dwa - koledzy są w Jotunheim, łańcuchu górskim leżącym 160 kilometrów na południe - i mimo złej pogody wyruszamy.

Ściana Trolli i górna część drogi 'Fiva'. U - górne pole śnieżne, C - Trumna, S - Grań NiespodziankiŚciana Trolli i górna część drogi 'Fiva'. U - górne pole śnieżne, C - Trumna, S - Grań Niespodzianki (mat. prasowe)

 Dolina Romsdalen to teraz bardzo ważne miejsce, wiemy, że za kilka dni przybędzie tu więcej brytyjskich wspinaczy. Mamy po prostu pewną przewagę nad innymi, nic więcej. Wiecie, Apollo 11 ciągle jeszcze stoi na wyrzutni na Przylądku Kennedy’ego, czekając na wystrzelenie na Księżyc, a my już wystartowaliśmy.

Jesteśmy dorośli, właśnie skończyliśmy szkołę i chcemy przeżyć prawdziwą, wielką, wspinaczkową przygodę. Każdy z naszych przyjaciół powie, że ogarnął nas istny wspinaczkowy szał. Niech im będzie. Wspinaliśmy się z przewodnikami na dość wysokie szczyty w Alpach i zrobiliśmy kilka tuzinów dróg w skałach w północnej Walii (w zeszłym roku). A teraz mamy zamiar zmierzyć się z największą skalną ścianą w Europie.

Tak, Ściana Trolli zalicza się do czołówki wielkich europejskich ścian wspinaczkowych, a dla alpinizmu, jak i innych dziedzin, nadeszły prawdziwie rewolucyjne czasy.

– My iść, ja? – pyta John, przedrzeźniając Heinricha Taugwaldera, naszego szwajcarskiego przewodnika, z którym odbyliśmy pierwszą, wielką, alpejską wspinaczkę.

Zarzucam plecak na ramiona. Jest zaskakująco ciężki, bo chociaż staraliśmy się nie brać ani grama sprzętu więcej, niż to konieczne, zeszłej nocy przegrałem w orła i reszkę i teraz niosę linę, ogromny, dziewięćdziesięciometrowy zwój jaskrawoczerwono-żółtej nylonowej liny.

– Nie rób niczego, czego ja bym nie zrobił – dodaje z uśmieszkiem brat. Teraz bezczelnie naśladuje naszą babcię, która wypowiedziała te słowa dziesięć dni wcześniej, kiedy odjeżdżaliśmy z dworca w Knebworth, a ja uśmiecham się jak uczniak. Mój Boże, hrabstwo Hertford wydaje się takie odległe! Knebworth jest niesamowicie nudne, tak bardzo, że wszyscy nazywają je Deathworth (W oryginale gra słów Deathworth – Knebworth; dead – martwy; worth – wart, wartość) – w tym mieście nie dzieje się zupełnie nic, a już na pewno nie coś, co jest w jakikolwiek sposób związane na przykład z muzyką pop.

Idę, a wokół bezczelnie górują nade mną górskie olbrzymy. Serce wali mi z podniecenia, odczuwam dziwną mieszankę strachu i oczekiwania. Dlaczego uważam, że to, co robimy, to wariactwo? Ponieważ na drodze, którą wybraliśmy, warunki są zdecydowanie złe, oto dlaczego! Jest mokro, w szczelinach zalega dużo śniegu, a sześćsetmetrowe płyty na początku drogi lśnią od wody. I chociaż dzięki wiatrowi wiejącemu na północ pogoda się poprawia, unosząca się tajemnicza mgła nie wygląda szczególnie obiecująco. My jednak nie postrzegamy tego w taki sposób. I to się nie zmieni!

A zatem wyruszamy, rzucając ostatnie spojrzenia na nasz samotny, mały, pomarańczowy namiot, nasz Przylądek Kennedy’ego, który powoli znika nam z oczu. Zmierzamy w stronę drzew za polaną, gdzie zaczyna się ścieżka. Sprawdziliśmy, którędy iść, ostatniej nocy, kiedy przebyliśmy przez las, żeby rano nie marnować czasu.

Nikt nie może nam niczego zarzucić. Chcieliśmy wyruszyć przed czwartą rano, zaoszczędziliśmy jednak kwadrans, bo nie zjedliśmy śniadania. Początkowo zamierzaliśmy wypić coś gorącego, lecz John powiedział nagle: „Nie marnujmy czasu na użeranie się z prymusem”, a ja skwapliwie mu przytaknąłem. Cała ta krzątanina i zamieszanie ze spirytusem i parafiną jest ostatnią rzeczą, której potrzebujesz przed wyruszeniem na poważną wspinaczkę. Nie musieliśmy zresztą tego robić, bo w nocy każdy z nas zjadł po dwie puszki wołowiny curry z ryżem, a nie, John zjadł chow mein z kurczakiem, wciągnęliśmy też trochę purée ziemniaczanego w proszku firmy Cadbury, więc teraz jesteśmy nabuzowani glutaminianem sodu i gotowi na wszystko. I doskonale przygotowani!

Kiedy wczoraj gotowaliśmy kolację, minęło nas dwóch innych angielskich wspinaczy zmierzających pod sławny Filar Trolli, który jako pierwszy przeszedł legendarny wspinacz norweski Arne Randers Heen. Było to w 1958 roku, a więc ponad dziesięć lat temu. (Przed niemal trzydziestoma laty, w roku 1931, wspinacz ten jako pierwszy przeszedł „Fivę” – którą to nazwę wymawia się jak fever, gorączka – co ze względu na datę uznaliśmy za dobrą wróżbę. Do czasu, aż cztery lata temu poprowadzono pierwszą drogę na Ścianie Trolli, od strony doliny Romsdalen, w masywie Trolltindane istniały tylko dwie drogi, a jedną z nich poprowadzono dopiero cztery lata temu).

Anglicy wyglądali na doświadczonych, poprosiliśmy ich więc, żeby dali nam jakieś wskazówki dotyczące „Fivy”.

Jeden z nich – miał chyba na imię Tony – wyrażał się o niej lekceważąco, a kiedy zapytaliśmy, co powinniśmy zabrać do jedzenia, wybuchnął śmiechem i odparł: „Och, wystarczy wam parę marsów”. Cóż, nie mieliśmy marsów, ale mieliśmy kilka batonów Cadbury’s Fruit and Nut, które są chyba lepsze, wzięliśmy też trzy kanapki z serem. (Zrobilibyśmy cztery, gdyby nie zabrakło nam chleba). Aha, i jeszcze kawałek sera.

GODZINA 4.00

W lesie jest mokro i kapie. Tworzy go chaotyczny, splątany gąszcz wiekowych brzóz rosnących na podłożu usianym głazami i kamieniami różnej wielkości pokrytymi mchem, plątaniną korzeni i spróchniałych gałęzi. Gdy je rozgarniamy, z gałęzi spada na nas deszcz kropli. Ostrożnie wybieramy drogę, upewniając się, że wciąż idziemy ledwie widoczną błotnistą ścieżką, którą z łatwością można pomylić z dróżką wydeptaną przez zwierzęta.

Jak wielu najlepszych wspinaczy z całej Europy – no dobrze, właściwie ze Skandynawii, Anglii i Francji – musiało w ciągu ostatnich trzech, czterech lat iść tą ledwie dostrzegalną ścieżką dla wybrańców. Teraz, kiedy przeszliśmy wspinaczkowy chrzest, nadeszła pora, byśmy i my dołączyli do tej elity. (...)

Idziemy na „Fivę”, ponieważ Tony Willmott z londyńskiego sklepu YHA3 powiedział nam: „To wspaniała droga… Musicie ją zrobić! Najlepszy jest ten niesamowity sześćsetmetrowy komin. Wspaniała klasyczna droga”.

Nasz plan jest taki: jeśli na „Fivie” wszystko pójdzie dobrze, wybierzemy się na Filar Trolli.

 

Wyszliśmy z lasu na otwartą przestrzeń, gdzie strzela w niebo monstrualny jak dinozaur (1600 m) masyw Troll-tindane. Kolosalne limby i wilgotne zbocza parują w pierwszych promieniach brzasku. Jeśli chcemy schwytać tego potwora i bezpiecznie usadowić się między ogromnymi fałdami na jego wiekowym cielsku, popękanym i pobrużdżonym, musimy zakraść się niepostrzeżenie. Myśl o tym, jak to będzie na górze, wywołuje ekscytację, która popycha nas i wabi. A równocześnie onieśmiela. W miarę, jak się zbliżamy, sześćsetmetrowe płyty wydają się rosnąć i sprawiają wrażenie jeszcze gładszych. Dolna część przypomina olbrzymi, spuchnięty jęzor, który stara się nas dosięgnąć i zagarnąć, potem wije się, aż wreszcie spiętrza w ogromną, wydętą falę przewieszek. Kojarzy mi się to trochę z ohydną zupą ogonową, którą podawano nam w szkole. Jej powierzchnię pokrywał zawsze tak gruby kożuch, że można było przechylić miskę, a ciecz – choć tworzyła wybrzuszenia na kożuchu – nigdy się nie wylewała.

Na szczęście tuż nad przewieszoną częścią dolne płyty przecina wielki, biegnący na ukos żleb i tamtędy właśnie prowadzi nasza droga. Nie wygląda jednak zachęcająco, bo najwyraźniej porośnięty jest roślinnością. Natomiast widok ściany powyżej zapiera dech – ponad 1200 metrów prawie idealnego pionu. Nigdy wcześniej nie widziałem niczego równie dalekiego, a może lepiej: dalekiego i odpychającego.

Nasze serca są jednak gotowe i nie wolno nam się wahać ani przez chwilę. Lepiej nie patrzeć w górę. Lepiej pochylić głowy, skupić się na stromym trawiastym stoku przed nami. Który nie wygląda zachęcająco, bo nie mogę nie zauważyć ogromnej ilości niepokojąco świeżych, ostrych odłamków skalnych rozrzuconych wokół nas niczym łuski dinozaura. W końcu dochodzę do wniosku, że pod ścianą tych rozmiarów można się spodziewać właśnie czegoś takiego. W porównaniu z górą to zaledwie pyłek. Hej, słuchajcie, to łupież dinozaura!

Boże, ten stok to prawdziwe wyzwanie! Na sam jego widok zrobiło mi się gorąco w norweskim swetrze, a koszula z mieszanki wełny i bawełny nasiąkła potem. Dziewięćdziesięciometrowa lina wydaje się tego ranka wyjątkowo ciężka (tak, właśnie ja mam ją nieść), mam zmęczone nogi, choć jeszcze nie zacząłem się wspinać.

GODZINA 4.30

Stoimy pod zadziwiająco gładką płytą z szorstkiej szarawożółtej skały, która, ku naszemu zaskoczeniu, przypomina początek drogi wspinaczkowej na Idwal Slabs w Snowdonii. Ponieważ w dole drogi żebro skręca, nie widać, co jest wyżej. Równie dobrze moglibyśmy znajdować się u stóp jakiejś ściany w Walii, tyle że ta ma ponad 1800 metrów wysokości... (...)

Wreszcie jesteśmy prawie gotowi. John przysiada na niewielkim głazie, żeby mocniej ściągnąć sznurowadła przy brązowych, nowych, wielkich skórzanych Galibierach Super Guide’ach. Moje czarne Terray Fitzroye nadal są bardzo ciasne, choć od czasu, gdy chodziłem w nich po Jotunheimen, zrobiły się nieco wygodniejsze.

Wkładam kostkę w szczelinę w wielkim głazie obok mnie, bo to dobry sposób przypięcia się do góry, na wypadek gdyby partner odpadł i zaczął zsuwać się po stromym zboczu. Kostka, która pasuje, to moja ulubiona, zwana MOAC – skrót od Mountain activities. Tak nazwali ją ludzie, którzy ją wymyślili.

Mountain activity! Akcja górska! Brzmi wspaniale!

– Uważaj – mówi John i bez dalszych ceregieli rusza do góry z miną człowieka, który wspinał się już tysiące razy.

– Jak tam skała? – pytam. To oczywiście pierwsza ważna kwestia. W tym właśnie miejscu kończy się teoria i trzeba zmierzyć się z surową rzeczywistością. Ostatecznie wszystko zawsze wychodzi w praniu.

– Bardzo dobra, trochę szorstka… bardziej szorstka, niż się spodziewałem. Ładny gnejs! (W oryg. nice gneiss – słowa nice (ładny) i gneiss (gnejs) po angielsku brzmią bardzo podobnie)

To stary żart, ale tym razem brat mówi poważnie.

Trochę wyżej:

– Hmm… Nie ma tu za dobrej asekuracji… (ma na myśli szczeliny i skalne zęby umożliwiające założenie przelotów). Właściwie to nic tu nie ma! Skała jest zupełnie gładka, ale bardzo łatwa.

Tak więc John, najpierw powoli i metodycznie, a później coraz szybciej, pnie się w górę, a podeszwy jego butów odcinają się od nieba. Wykorzystując tę kosmiczną metaforę, można powiedzieć, że przyciąganie ziemskie zostawia za sobą.

Jumanji 2 Przygoda w dżungli - zwiastun