To właśnie o nas. Pokolenie ja - czy naprawdę jesteśmy niezdolni do relacji?

Dlaczego pokolenie dzisiejszych 30-, 40-latków z tak dużym trudem buduje trwałe związki? Michael Nast w książce "Pokolenie ja" próbuje odpowiedzieć na to pytanie. Nie daje recept na udane bycie we dwoje, służy za to trafną diagnozą zachowań człowieka XXI wieku.

Poniżej publikujemy obszerny fragment książki

"Pokolenie ja. Niezdolni do relacji"
Michael Nast
tłum. Ewa Kochanowska
wyd. Czarna Owca
Ebook jest dostępny w Publio.pl

O czym mówimy, mówiąc o miłości

Bywają takie chwile, kiedy przyglądam się dawnym związkom i zadaję sobie pytanie, czy kochałem moje byłe. To znaczy, czy je naprawdę kochałem. Czy doznawałem tego uczucia, którego oczekiwałem. Uczucia, jakie właściwie powinno było mnie ogarnąć. W zeszły poniedziałek było kilka takich chwil.

Szwajcarski pisarz Max Frisch zestawił w swych dziennikach kwestionariusz z dwudziestu pięciu pytań, które zdążyły już zyskać sławę. Dwa z tych pytań brzmią: „Czy kochacie kogoś? A z czego to wnioskujecie?”. No cóż, bardzo dobre pytanie. O to, o czym mówimy, mówiąc o miłości. Pytanie, jakie chyba każdy powinien sobie kiedyś zadać.

Na przykład Christian, chłopak Jasmin. Parę dni temu spotkałem się z Jasmin. Już przy powitaniu wyglądała na wyraźnie roztrzęsioną. Zapytałem:

– Wszystko w porządku?

– No, właściwie to nie – odpowiedziała. – Właśnie trochę się posprzeczałam z moim chłopakiem.

– Ach tak? – odezwałem się, bo już czułem, że sformułowanie „trochę się posprzeczałam” było raczej łagodnym eufemizmem opisującym ich kłótnię, nieszkodliwą frazą, za pomocą której Jasmin przede wszystkim siebie chciała uspokoić. Przeczucie się potwierdziło. W kłótni chodziło bowiem o skoki w bok.

– Stwierdził, że skok w bok zawsze się może przytrafić, w końcu leży w ludzkiej naturze – powiedziała Jasmin. – Seks nie ma nic wspólnego z miłością. Przecież wszyscy to robią.

– Ach tak? – odezwałem się jeszcze raz i poczułem, jak rysy mi tężeją.

– Powiedział, że w swoim ostatnim związku przecież sam został oszukany, więc jemu też wolno – dodała. – Ale o czymś takim trzeba porozmawiać od razu na początku, a nie stawiać kogoś przed faktem dokonanym, kiedy już jest po wszystkim.

– Okej – przeciągałem słowa. – I jak się ta wasza sprzeczka skończyła?

– Powiedział mi: ty masz swoje zdanie, ja mam swoje, zróbmy co się da w tych warunkach – odparła Jasmin ze łzami w oczach.

Spojrzałem na nią w osłupieniu. W końcu jeszcze miesiąc temu Christian walczył o Jasmin, gdy ta chciała się z nim rozstać. Przysięgał jej swą miłość, codziennie wysyłał jej ze trzydzieści maili, błagał. Była miłością jego życia. Uczucie, które ledwie miesiąc później skurczyło się do zdania – „Ty masz swoje zdanie, ja mam swoje, zróbmy co się da w tych warunkach”.

Oczywiście Christian nie czuł żadnej miłości, gdy walczył o Jasmin, co jej zresztą powiedziałem. Jego „miłość” podbudowywała mu ego. Pielęgnował „miłość”, w której nie chodziło o Jasmin, lecz wyłącznie o niego samego. Zależało mu na jej uczuciu, by potwierdzić własną wartość. To wszystko nigdy nie miało z nią nic wspólnego.

Christian ze swoim brakiem empatii jest oczywiście przykładem drastycznym, modelem wzorcowym, ale w ogólnym zarysie postępuje jak większość ludzi. Kochają tak jak on. Pielęgnują narcystyczną miłość. „W miłości zależy ci raczej na połechtaniu miłości własnej niż na zaspokojeniu głębokiego uczucia”. Zdanie, któremu zresztą udało się trafić do trzydziestostronicowego horoskopu osobistego, który sporządziła dla mnie dawna koleżanka z pracy za pomocą specjalnego programu astrologicznego, chociaż wcale tego nie chciałem, no bo zasadniczo nie mam odpowiedniego podejścia do horoskopów. Zdaniem gwiazd Christian jest więc taki sam jak ja, co wywołało u mnie dość nieprzyjemne mrowienie w okolicy żołądka.

– Z tego punktu widzenia większość ludzi jest taka jak ty – roześmiał się Till, kiedy parę dni później opowiedziałem mu w barze Goldfisch o tej niepokojącej cesze wspólnej. Till studiował ekonomię przedsiębiorstwa i filozofię, oryginalna kombinacja, która zapewnia mu niebanalne spojrzenie na rzeczy.

– To jest naturalnie uwarunkowane społecznie – powiedział. – Jesteśmy po prostu konsumentami w społeczeństwie konsumenckim. Żyjemy w społeczeństwie budzenia potrzeb. My nie potrzebujemy telefonu, my potrzebujemy najnowszego iPhone’a. Kupowanie produktów daje nam krótką chwilę zaspokojenia, krótką, by tak rzec, chwilę szczęścia. No ale to nie jest trwałe uczucie i dlatego musimy ciągle kupować kolejne produkty. Musimy stale być z siebie niezadowoleni, żeby system działał. Niestety tę zasadę stosujemy również w dziedzinie relacji międzyludzkich.

– Relacji międzyludzkich? – zapytałem. – W jakim sensie?

– Chodzi o poczucie, że sami nie możemy dać sobie szczęścia, że za nasze własne uczucia odpowiadają inne rzeczy lub inni ludzie, nieważne, czy będzie to najnowszy iPhone, czy też człowiek, który coś do nas czuje. To łechce naszą próżność i tyle. Koniec końców oduczyliśmy się kochać samych siebie. Mylimy miłość własną z narcyzmem.

Pokolenie jaPokolenie ja mat. prasowe

Przypomniał mi się Erich Fromm, dla którego zdolność kochania siebie była warunkiem, żeby w ogóle móc kochać kogoś innego. No tak, pomyślałem, tylko kto kocha sam siebie? Kto tak całkowicie siebie akceptuje, swoje zalety – i przede wszystkim swoje wady? Nie znam nikogo takiego. Żyjemy w końcu w narcystycznym społeczeństwie, a narcyzm jest oznaką niepewności, zawyżonej samooceny, ignorującej wszystkie słabości. To autoprojekcja zależna od bezustannego utwierdzania się we własnych przewagach. Miłość narcystyczna jest tęsknotą za życzliwym lustrem, w którym człowiek widzi pochlebny dla siebie obraz. Nie tęsknimy za widokiem swych wad, tęsknimy za akceptacją. Projektujemy ten obraz na innego człowieka i w końcu zakochujemy się w iluzji, która pasuje do nas idealnie, ale która nie ma z nim nic wspólnego. Chcemy zakochać się w nas samych, we własnym wyobrażeniu o tym, jacy jesteśmy, jakimi chcielibyśmy widzieć samych siebie.

– Narcystyczne zakochanie to nic innego jak po prostu desperacka próba pokochania samego siebie – stwierdził Till.

Patrząc z tej perspektywy, bardzo pouczająca może być obserwacja, dlaczego w ogóle się zakochujemy. W jakiej mierze nasze uczucia mają cokolwiek wspólnego z innym człowiekiem. Zakochujemy się w zbieżnościach, w tym, co dwa istnienia mają ze sobą wspólnego, dlatego tak usilnie szukamy na randkach właśnie tych zbieżności. Dlatego randki tak są do siebie podobne. Nie zakochujemy się w człowieku, zakochujemy się w tej części człowieka, która nas przypomina. Która w ogólnym zarysie, swoich postawach i życzeniach, zdaje się odbiciem nas samych.

– Przecież miłość generalnie rodzi się z iluzji – powiedział Till. – Miłość jest tęsknotą za absolutną identycznością. A absolutna identyczność oczywiście nie istnieje. I w takim sensie miłość rodzi się wyłącznie z wielkiego nieporozumienia. Znasz ten cytat z Goethego: „Błądziliśmy oboje, to były piękne czasy”? Być może w tym pięknym, tragicznym zdaniu tkwi jedna z największych prawd naszej epoki. Zakochujemy się w iluzji, w ułudzie, w czymś fałszywym, co daje nam oparcie i siłę. Iluzja jest dla nas prawdziwsza od prawdy.

Till zrobił pauzę i pogrążony w myślach zapatrzył się w swojego drinka. Po czym podniósł wzrok i powiedział:

– W zasadzie tylko to, co fałszywe, jest naprawdę autentyczne. Wszystko poza tym jest żałosnym przedsięwzięciem skazanym na klęskę.

Uff, pomyślałem sobie. Może nadmiar refleksji jest błędem. Spojrzałem na Tilla, który akurat sączył drinka, i poczułem, że to właśnie jedna z tych chwil, w których wracam pamięcią do własnych związków i zadaję sobie pytanie, czy kiedykolwiek kochałem.

„Zawsze miałem talent tylko do tych rzeczy, które mnie interesują”. Powiedział to kiedyś Karl Lagerfeld i jest to bardzo prawdziwe zdanie. Można powiedzieć, że to jeden z nagłówków, którymi można opatrzyć moje życie. Lagerfeld mówi naturalnie o własnej pracy, ale naprawdę ciekawie się robi, gdy odnieść to zdanie do stosunków międzyludzkich. Do kobiet, z którymi kiedyś się było. Bo po rozmowie z Tillem nie byłem już taki pewny, czy rzeczywiście miałem talent do moich byłych partnerek. Być może, patrząc wstecz, byłem po prostu za bardzo zajęty sobą, by jeszcze mieć talent do nich. Bądź też formułując rzecz drastyczniej – być może za mało byłem nimi zainteresowany, by rzeczywiście się nimi zająć.

Jak wszyscy dorastałem w przekonaniu, że jestem kimś wyjątkowym, kimś jedynym w swoim rodzaju, kimś odmiennym od innych. To właśnie to przekonanie utrudnia nam wczucie się w drugą osobę. Sądzę, że uporanie się właśnie z tym problemem jest zadaniem miłości. Gdy człowiek się zakocha, ale tak naprawdę, nie dba o struktury, społeczne konwenanse. Prawdziwa miłość umożliwia nam stanie się na nowo człowiekiem, a nie zdegenerowanym produktem tego społeczeństwa.Miłość jest możliwością wyrwania się, porzucenia schematów, zmiany perspektywy. Jest naszą szansą, sposobem na wyswobodzenie się z egoizmu, którego żąda od nas nasze społeczeństwo.

Na pytania Maksa Frischa „Czy kochacie kogoś? A z czego to wnioskujecie?” odpowiedział pisarz Jonathan Franzen: „Serce mi to mówi, a obniżony poziom samolubstwa dostarcza wiarygodnych dowodów”. Chyba nie da się lepiej tego wyrazić.

Mimo że mój ostatni związek się rozpadł, to wiele dowiedziałem się z niego o sobie. Moja partnerka była lustrem ukazującym mi rzeczy, do których sam bym się przed sobą nie przyznał. Dzięki niej zmieniłem perspektywę. Odkryłem, by tak rzec, siebie na nowo, spojrzałem na siebie świeżym wzrokiem. Dostrzegłem nowe zalety i dostrzegłem moje wady. Zrozumiałem, że mam jeszcze parę rzeczy do zrobienia.

Uważam, że miłość do kogoś wyzwala w nas głęboki impuls do stania się lepszym człowiekiem. Wobec innych i wobec siebie. I tego udało się dokonać moim byłym. Nie na stałe, ale raz na jakiś czas. Wyzwalały we mnie chęć przezwyciężenia samolubstwa. I stania się lepszym człowiekiem.

I to jest właśnie ta cudowna możliwość, jaką daje nam miłość. Chęć stania się lepszym człowiekiem.

Powinniśmy ją wykorzystać.

Andrzej Chyra zagra polskiego Hannibala Lectera. Film "Ach śpij kochanie" będzie trzymał w napięciu