Stephen King wraca z najnowszą powieścią. Poznajcie "Śpiące królewny" [FRAGMENT]

Po sukcesie książki "Opowieść Podręcznej" Margaret Atwood i hitowego serialu doczekaliśmy się kolejnej historii, przedstawiającej ciekawą i przerażającą przyszłość kobiet. Tym razem kreuje ją nie kto inny jak mistrz pióra Stephen King.

W przyszłości tak realistycznej i bliskiej, że mogłaby być współczesnością, coś dziwnego dzieje się z kobietami. Szczelnie owija je substancja przypominająca kokon. Gdy ktoś je budzi albo materiał zostaje naruszony, uśpione kobiety wpadają w furię. Śpiąc, przenoszą się do innego świata − świata, w którym panuje harmonia, a konflikty są rzadkością...

Evie jest odporna na błogosławieństwo bądź klątwę niezwykłej śpiączki. Czy jest medyczną anomalią, którą należy przebadać? A może demonem, którego trzeba zabić? Porzuceni mężczyźni, zdani na siebie i swoje coraz bardziej prymitywne odruchy, dzielą się na wrogie frakcje. Niektórzy pragną zabić Evie, inni ją ocalić. Część wykorzystuje panujący chaos, by zemścić się na starych bądź nowych wrogach. W świecie nagle opanowanym przez mężczyzn wszyscy uciekają się do przemocy.

Poniżej prezentujemy fragment książki "Śpiące królewny"

"Śpiące królewny"
Stephen King, Owen King
Prószyński Media
tłum. Tomasz Wilusz
Książka w formie ebooka jest dostępna w Publio.pl

Blanche wpuściła Dona do gabinetu pani naczelnik i powiedziała, że Coates przyjdzie za jakieś pięć minut. Nie powinna była tego zrobić i nie zrobiłaby tego, gdyby nie miała głowy zaprzątniętej dziwnymi wydarzeniami w więzieniu i na całym świecie.

Dłonie lekko mu drżały, kiedy nalewał sobie kawy z dzbanka stojącego w kącie gabinetu dokładnie pod głupawym plakatem przedstawiającym kotka na gałęzi: TRZYMAJ SIĘ. Jak już miał w ręku pełny kubek, napluł do resztki czarnego płynu na dnie dzbanka. Coates, zawzięta stara suka, całymi dniami paliła papierochy i piła kawę. Miał nadzieję, że bierze go przeziębienie i że zarazi szmatę swoją śliną. Chryste, dlaczego nie mogła zdechnąć na raka płuc i zostawić go w spokoju?

Fakt, że wezwano go właśnie teraz, w połączeniu z niepokojącą przepowiednią dziwoląga z celi numer 10, nie pozostawił Donowi wątpliwości, że Sorley albo Dempster nadały na niego. To niedobrze. Nie powinien był zrobić tego, co zrobił. Czekały, kiedy powinie mu się noga, a on zaraz po porannym dywaniku u Coates sam im się wystawił.

Oczywiście, żaden rozsądny człowiek nie mógłby go za to winić. Kiedy wziąć pod uwagę presję, jakiej poddawała go Coates, i to, że dzień w dzień musiał znosić labidzenie i wygłupy kryminalistek, które miał niańczyć, to w gruncie rzeczy cud, że jeszcze kogoś nie zabił z czystej frustracji.

Co w tym złego, że raz na jakiś czas złapie którąś za to czy owo? Na litość boską, kiedyś było tak, że jak nie klepnąłeś kelnerki w tyłek, to sprawiałeś jej zawód. Jeśli nie gwizdnąłeś na przechodzącą kobietę, zastanawiała się, po cholerę w ogóle się ładnie ubrała. Po to się stroją, żebyś miał ochotę je rozebrać, taka jest prawda. Kiedy tak się całemu kobiecemu rodowi w głowach poprzewracało? W tych politycznie poprawnych czasach nie można nawet kobiecie komplementu powiedzieć. A przecież tym właśnie jest klepnięcie w tyłek albo ściśnięcie cycka, prawda? Rodzajem komplementu? Tylko głupi tego nie rozumie. Jeśli Don łapał kobietę za tyłek, to nie dlatego, że miała brzydki tyłek. Robił to, bo miała tyłek palce lizać. To tylko tak dla żartu, nic poza tym.

Czy sprawy czasem posuwały się trochę dalej? No dobra. Zdarzało się. I tu Don gotów był wziąć część winy na siebie. W więzieniu ciężko się żyje kobietom o zdrowym seksualnym apetycie. Więcej krzaczorów niż w dżungli i żadnego włócznika. Nieuchronnie budzą się pewne pragnienia. Potrzeby, których nie sposób wiecznie tłumić. Weźmy na przykład tę Sorley. Może było to z jej strony całkowicie podświadome, ale w jakimś sensie pragnęła go. Wysyłała mnóstwo sygnałów: a to zarzuciła biodrem w jego kierunku, idąc na stołówkę, a to oblizała wargi czubkiem języka, kiedy niosła naręcze nóg do krzeseł, a to posłała mu lubieżne, wyzywające spojrzenie przez ramię.

Jasne, obowiązkiem Dona było opierać się takim zachętom, bądź co bądź płynącym od kryminalistek i degeneratek, które nie przepuszczą żadnej okazji, żeby cię wrobić i wpakować w tarapaty. Był jednak tylko człowiekiem; trudno mieć do niego pretensje o to, że ulegał normalnym męskim żądzom. Nie żeby taka zapchlona kobyła jak Coates mogła to zrozumieć.

 

Był pewien, że zarzuty kryminalne mu nie grożą – słowo jebanej ćpunki, nawet dwóch jebanych ćpunek, w żadnym sądzie nie ważyłoby więcej od jego słowa – ale jego praca bez wątpienia zawisła na włosku. Naczelnik obiecała, że w razie następnej skargi podejmie stosowne działania.

Don chodził po gabinecie. Myślał ponuro, czy cała ta kampania przeciwko niemu to aby nie wyraz jakiejś chorej, podszytej zazdrością miłości Coates do niego. Oglądał ten film z Michaelem Douglasem i Glenn Close. Przeraził go na śmierć. Odrzucona kobieta zrobi wszystko, żeby ci dokopać, taka jest prawda.

Przelotnie pomyślał o swojej matce, o tym, jak mu wyznała, że poradziła jego byłej, Glorii, żeby za niego nie wychodziła, bo "Donnie, wiem, jak traktujesz dziewczyny". To zabolało go do głębi, bowiem Don Peters kochał swoją matkę, kochał chłodny dotyk jej dłoni na swoim rozpalonym gorączką czole, kiedy był mały, i pamiętał, jak mu śpiewała, że jest jej słońcem, jedynym słońcem. Jak matka może się zwrócić przeciwko własnemu synowi? Co to o niej mówiło? Ech, kurczę, baby lubią się rządzić i tyle.

(Przyszło mu do głowy, że powinien zadzwonić do matki i spytać, czy wszystko w porządku, potem jednak pomyślał: Chrzanić to. Jest dużą dziewczynką.)

Obecna sytuacja zalatywała babskim spiskiem: najpierw uwiedzenie, potem zasadzka. To, że wariatka z dziesiątki skądś wiedziała, że naczelnik wezwie go do siebie, właściwie przesądzało sprawę. Nie powiedziałby, że wszystkie maczały w tym paluchy, nie, do tego by się nie posunął (to już byłoby szaleństwo), ale i nie mógł tego do końca wykluczyć.

Usiadł na skraju biurka naczelnik i niechcący strącił małą skórzaną saszetkę z krawędzi na podłogę.

Schylił się po nią. Wyglądała jak futerał, w którym przechowuje się szczoteczkę do zębów podczas podróży, ale była z ładnej skóry. Rozsunął suwak. W środku znajdowała się buteleczka ciemnoczerwonego lakieru do paznokci (jakby Coates liczyła, że jeśli pomaluje sobie pazury, nikt nie zauważy, że jest ohydną wiedźmą), pinceta, nożyczki do paznokci, mały grzebyk, kilka nienapoczętych listków Prilosecu i… buteleczka lekarstwa na receptę.

Don przeczytał etykietę: Janice Coates, Xanax, 10 mg.

Premiery kinowe listopada