Polacy potrafią być hygge. Narzekanie jest dobre, ale trzeba robić to z umiarem [WYWIAD]

Iza Wojnowska, autorka książki "Hygge po polsku", uwierzyła, że duńska filozofia sprawdzi się także u nas. Odwiedziła dziesiątki miejsc i wysłuchała wielu inspirujących historii. I już wie, że w poszukiwaniu szczęścia Polacy nie mają sobie równych.

Joanna Szaszewska: Jak wymawia się "hygge"?

Iza Wojnowska: Poprawna, duńska wymowa to [~hjuge], ale ponieważ piszę o rzeczach, które są związane z Polakami i Polską, preferuję wymawianie po prostu [hygge] – to jest bardziej nasze, swojskie. Duńczykom udało się znaleźć jedno słowo, które funkcjonuje jako czasownik, przymiotnik i rzeczownik, więc oni mogą i hyggować, i pójść na hygge, i ktoś może być „hyggelig”. W jednym słówku zawarli całe spektrum emocji i znaczeń. Za „hygge” kryje się wiele czynności, które nas do tego stanu przybliżają. Znajomy podpowiedział mi, że być może takim polskim słowem jest „dobrobycie”. Ja wciąż szukam idealnego określenia i pytam wszystkich, czy mają jakiś pomysł.

A co właściwie znaczy to słowo?

IW: Hygge jest stanem odczuwania pewnych emocji; jest też zwróceniem się ku pewnym wartościom. Podzieliłam moją książkę na trzy części: bliskość, zmysły i spontaniczność, by zwrócić uwagę czytelników, że te trzy zagadnienia są fundamentami hygge, a ich obecność w naszym życiu może pomóc nam osiągnąć szczęście. Hygge pozwala rozsmakować się w normalności. Nie można go zaplanować, kupić ani wywołać. To jest coś tak niesamowitego i magicznego, że przychodzi samo, a warunkiem jest nasze dobre nastawienie. Chciałabym, żeby to duńskie hygge w wersji polskiej zostało z nami na dłużej. Żeby nie było niczym chwilowy trend, który pojawia się i znika, tylko żebyśmy złapali to hygge za nogi, przyjrzeli się mu i mogli stale odnajdywać w naszej codzienności.

Jak wyglądało Pani pierwsze spotkanie z hygge?

IW: Gdy sama pierwszy raz zetknęłam z hygge, wydawało mi się, że to świeczki, ręcznie robione swetry, skandynawskie pomysły na urządzanie wnętrz, które potem wyglądają jak z katalogu. Ładne, miłe dla oka, ale nic za tym nie szło. Zaczęłam szukać nieco głębiej. Trafiłam na książkę Marie Tourell Søderberg „Hygge. Duńska sztuka szczęścia”, w której znalazłam historie o zwykłych ludziach, ich słabościach i sposobach na szczęście. Już samo czytanie tych opowieści wywołało we mnie pozytywne uczucia. Pomyślałam wtedy, że też chciałabym stworzyć książkę, która sprawia, że czytelnik poczuje się lepiej.

Skąd pomysł, że duńska filozofia przyjmie się w Polsce?

IW: Nigdy nie byłam w Danii (chociaż niedługo się tam wybieram!) i nie znam duńskiego, ale dzięki opowieściom Marie ten kraj i hyggowanie jego mieszkańców stało mi się bliższe i odkryłam, jak wiele łączy nas z Duńczykami. Zaczęłam żałować, że my nie mamy takiego hygge. A później pomyślałam: „Czy na pewno?”. Przecież mamy cudowne tradycje, piękne miejsca i słowiańskie dążenie do prostoty. Więc może my w tym hyggowaniu też jesteśmy nieźli? Znamy to, praktykujemy intuicyjnie, tyle że nie mamy na to swojego słowa. Postanowiłam zgłębić temat. I zaczęłam jeździć po Polsce. Chciałam sprawdzić, czy rzeczywiście my też potrafimy być hygge.

 

I co się okazało?

IW: Na początku niektórzy bohaterowie mojej książki pytali, co to w ogóle jest za słowo, mówili: „Nie, my tego czujemy”, „Pierwszy raz to słyszymy, to nie jest polskie, to nie jesteśmy my”. Ale im dłużej rozmawialiśmy o samym stanie i o tym, jak oni żyją, tym bardziej okazywało się, że dobrze znają hygge. Wysłuchałam różnych opowieści – o celebrowaniu chwili, ale także o gotowości do zmiany całego życia.

Czyli myśli Pani, że Polacy potrafią hyggować tak jak Duńczycy?

IW: Marie Tourell Søderberg w przedmowie do „Hygge po polsku” napisała, że nie musimy się uczyć hyggowania od Skandynawów; że możemy hyggować po polsku, więcej: jest pewna, że już to potrafimy! Ja odpowiedzi na pytanie o polskie hygge szukałam podczas pracy nad książką. I udało mi się tę odpowiedź znaleźć.

A to, że lubimy narzekać, nie przeszkadza w hyggowaniu?

IW: To, że narzekamy, nie powinno nikogo dziwić. Wydaje się, że czasem trudno jest nie narzekać, to, co się wokół nas dzieje, budzi niepokój, wiele spraw wywołuje w nas lęk. Ważne, żeby zrównoważyć to narzekanie i potrafić oddzielić się od negatywnych emocji. I „Hygge po polsku” może nam pomóc zbudować taki płaszcz ochronny. Bo my nie mamy wpływu na wiele rzeczy, ale mamy wpływ na to, jak do tych nich podchodzimy i jak na nie reagujemy. Każdy musi odnaleźć na to własny sposób – tak jak każdy ma swoje hygge.

 

W takim razie nad czym powinniśmy popracować?

IW: Czasem za bardzo skupiamy się na tym, jak żyją inni ludzie. Podglądamy ich i wydaje nam się, że to oni mają wspaniałe życie, a u nas jest tak szaro i źle. To jak z trawnikiem – po drugiej stronie płotu zawsze jest bardziej zielony. A prawda jest taka, że trawa jest zielona tam, gdzie ją podlewamy. Jesteśmy też bardzo pracowici, żyjemy w biegu. Dużo uwagi poświęcamy otoczeniu, sprawom materialnym. Lubimy otaczać się pięknymi przedmiotami, które mają nas zbliżać do szczęścia, ale jednak czegoś nam brakuje. Nie poświęcamy też wystarczająco dużo czasu swoim bliskim.

Jak to naprawić?

IW: Zamiast na wnętrzach i przedmiotach dobrze skupić się na ludziach. Nasze życie składa się z chwil, dlatego nie trzeba czekać na specjalne okazje: święta, urodziny, imieniny, by spędzić czas z bliskimi.

W dzisiejszych czasach brakuje mi opowieści. Takich chwil, w których siadamy przy stole, pijemy herbatę i opowiadamy o tym, jak to było i jak będzie. Zawsze fascynowały mnie opowieści mojej babci o II wojny światowej. Pamiętam, że z wypiekami na twarzy słuchałam rzeczy, które nie mieściły mi się w głowie. A później myślałam sobie, to jest moja babcia; to wydarzyło się naprawdę. Uwielbiałam opowieści moich rodziców o tym, jak się poznali. Teraz wydaje się, że zbyt mocno jesteśmy skupieni na naszych telefonach, tabletach, telewizorach i za mało ze sobą rozmawiamy. Chciałabym obudzić w czytelnikach potrzebę snucia i słuchania opowieści, przypominania sobie tego, co opowiadali nam dziadkowie, żeby móc przekazać to dalej i tego nie stracić. To jest nasza tożsamość.

Marzy mi się, żeby „Hygge po polsku” sprowokowało Polaków do pisania własnych historii. Żebyśmy pod choinkę – zamiast prezentów ze sklepu – dawali sobie kartki ze wspomnieniami. I zatrzymali się na chwilę, wyciszyli się.

 

A jak hygge może pomóc pesymistom?

IW: Jest takie indiańskie przysłowie o dwóch wilkach. Jeden wilk to zwątpienie, smutek i samotność, a drugi – radość i nadzieja. I one cały czas ze sobą walczą. Wygra ten, którego będziemy karmić.

Od czego zacząć?

IW: Zwykłe gesty ludzi to pierwszy krok do tego, żeby poczuć się dobrze. Zawszę, gdy odprowadzam córkę do przedszkola, spotykam pana, który przeprowadza dzieci przez jezdnię. Ten pan stoi od rana i niezależnie, czy pada deszcz, czy śnieg, on zawsze się uśmiecha. On jest takim moim pierwszym momentem hygge w ciągu dnia. Często zapominamy, że zwykłe „proszę” i „dziękuję” mogą wprowadzić kogoś w dobry nastrój. Hygge to nie jest jakaś wydumana filozofia życiowa, która wymaga przygotowania. Musimy po prostu zacząć od siebie. Zacząć od uśmiechu. Bo hygge to także „podaj dalej”.

W książce pojawiły się opowieści o Bożym Ciele, Wigilii, o obrzędach katolickich. Czy hygge można połączyć z wiarą?

IW: Hygge jest bardzo uniwersalne, niezależne od wiary czy poglądów politycznych.

Co „Hygge po polsku” zmieniło w Pani życiu?

IW: Pamiętam, że gdy napisałam do Marie o pomyśle na książkę, odpisała mi, że jestem pierwszą osobą, która nie pyta o źródło szczęścia Duńczyków, tylko chce to szczęście odnaleźć po swojemu. I bardzo mnie w tym zaczęła wspierać, była moim nauczycielem hygge. Cały okres pisania książki był dla mnie przepiękną duchową przygodą. Moje życie nie zmieniło się diametralnie. Robię te same rzeczy i mam różne problemy. Ale jestem bardziej świadoma. Bardziej doceniam to, co mam i ludzi, którzy mnie otaczają. Jestem wdzięczna losowi za każdy nowy dzień. Hygge pomaga nam cieszyć się z tego, co jest tu i teraz.

 

A czy hygge może być pomocne także, gdy przeżywamy np. śmierć bliskiej osoby?

IW: Hygge pomaga nam w przyjmowaniu rzeczy takimi, jakie one są – w pokorze i w spokoju. Nie mamy wpływu na choroby, na śmierć bliskich osób i na nieszczęścia. Jeśli przyjmujemy je w pokorze, łatwiej nam przez nie przejść. Jest w książce pewien intymny fragment, w którym opisuję, jak odchodzi moja Babcia. To był bardzo trudny moment w moim życiu, mimo to byłam wdzięczna losowi, że mam czas, żeby się z nią pożegnać. Że mogę ją przytulić ostatni raz. To też dla mnie było hygge – mimo ogromnego smutku.

Myśli Pani, że nic nie dzieje się bez przyczyny?

IW: Oczywiście. Wszystko, co nas spotyka, sprawia, że uczymy się nowych rzeczy. I poznajemy samych siebie. I tylko od nas zależy, jak przyjmiemy tę rzeczywistość. Magia może zdarzyć się wszędzie, musimy ją tylko zauważyć.