Od zera do prawnika. Jak wygląda amerykański sen wyborców Donalda Trumpa?

Historia J.D. Vance'a to ucieleśnienie amerykańskiego snu - medialne story świetnie wpisujące się w jeden z najważniejszych etosów w historii Stanów Zjednoczonych. Spełnione marzenie, którym wciąż żyje wielu Amerykanów. Jednak nie tych, wśród których wychował się autor "Elegii dla bidoków".

Dwadzieścia procent uczniów rozpoczynających naukę w liceum w Middletown porzuci szkołę przed jej ukończeniem. Większość nie ukończy studiów. Praktycznie nikt nie wybierze uniwersytetu poza stanem.

J.D. Vance, który przytacza te dane w ''Elegii dla bidoków'', ukończył nie tylko liceum w Middletown, lecz także prawo na prestiżowym Yale. Ma dobrze płatną pracę, wygodny dom, udane małżeństwo. J.D. Vance ma jednak również wspomnienia z czasów, gdy był jeszcze Jamesem Donaldem Bowmanem i z okresu, gdy nazywał się James David Hamel. Z domu „prowadzonego” przez uzależnioną od leków matkę, z non stop wymienianymi tatusiami. A nawet „domów”, bo miejsce zamieszkania zmieniał – bywało – kilka razy w roku. Jedyny dom dający mu oparcie należał do Mamaw i Papaw, jego dziadków. Ludzi, dzięki którym oszukał ponure statystyki.

W ''Elegii dla bidoków'' opowiada o sobie i swojej rodzinie – cyferkach w bijących na alarm statystykach. Przedstawicielach białej klasy robotniczej z Pasa Rdzy w Stanach Zjednoczonych. Bidokach (hillbillies), białych śmieciach, jak nazywają ich Amerykanie. Bez osądzania kogokolwiek, ze zrozumieniem, którego brakuje patrzącym z zewnątrz. J.D. Vance wie bowiem, że ubóstwo nie oznacza jedynie braku pieniędzy. Jego konsekwencje sięgają o wiele dalej – jak mówiła jego babcia: „Można wyciągnąć człowieka z Kentucky, ale Kentucky się z człowieka nie wyciągnie”.

Jak wygląda egzystencja ludzi biednych?

''Elegia dla bidoków'' stała się w Stanach fenomenem – biografię człowieka, który, jak sam zaznacza we wstępie, nie osiągnął niczego nadzwyczajnego, kupiły prawie dwa miliony ludzi. Nie ze względu na pisarski kunszt autora. Opowiadając o trudnym dzieciństwie i niesamowitym awansie społecznym, J.D. Vance stał się, owszem, kolejnym przykładem ziszczonego amerykańskiego snu. Nie w tym tkwi jednak siła „Elegii dla bidoków”. Wspomnienia Vance’a, przeciętnego Amerykanina z klasy robotniczej, są na tyle uniwersalne, że trafiają w sedno problemu pogłębiającego się – na całym świecie – rozwarstwienia społecznego. I pokazują tę kwestię z ludzkiej strony: Na ile mamy wpływ na swój los, a na ile kształtują go nasi najbliżsi i klasa społeczna, z której pochodzimy? Jak pomóc ludziom, którzy żyją w ciągłym poczuciu krzywdy, ale nie robią nic, by te życie zmienić? Czy zasiłki dla bezrobotnych są najlepszą odpowiedzią na potrzeby ubogich? Kto jest odpowiedzialny za pogłębiający się kryzys finansowy i kulturowy najbiedniejszych – rząd czy oni sami?

Co ważne, J.D. Vance nie podaje prostych rozwiązań tych kwestii – bo w przeciwieństwie do różnej maści ekspertów wie, że takie nie istnieją.

Bezrobotna klasa robotnicza

Co czeka kogoś dorastającego w mieście zdominowanym przez białą klasę robotniczą, w większości zatrudnioną przez jeden koncern, który lata prosperity ma za sobą?

Wyjechaliśmy na międzystanową, kiedy powiedziałem coś, od czego w mamie zagotowała się krew. Przyspieszyła bodaj do stu pięćdziesięciu i oznajmiła mi, że zamierza rozbić samochód, żebyśmy oboje zginęli. Przeskoczyłem na tylne siedzenie z myślą, że jeśli przypnę się pasami dla dwóch osób, będę miał większe szanse na przeżycie uderzenia. To jeszcze bardziej ją rozjuszyło, więc zjechała na pobocze, żeby spuścić mi łomot. Ledwie się zatrzymała, wyskoczyłem z wozu i rzuciłem się do ucieczki, by ocalić głowę. (…)

– Niech pani zadzwoni do mojej babci! – wrzasnąłem. – Niech mi pani pomoże. Mama chce mnie zabić.

Jeśli kogoś szokują takie wydarzenia, to na pewno nie bohaterów „Elegii dla bidoków”. Rodzice żyjący na socjalu, głód, przemoc, narkotyki, interwencje policji… są codziennością dzieci bidoków, którzy nie radzą sobie z zachodzącymi przemianami gospodarczymi. I nie chodzi tu tylko o kryzys z 2008 roku. Świat pędzi do przodu, bidoki zaś od lat stoją w miejscu. A kto stoi w miejscu... Jak podkreśla J.D. Vance, młodzież z miast i miasteczek w Pasie Rdzy ma marzenia, nie ma jednak ambicji i nikogo, kto wyciągnąłby do niej pomocną rękę. Etos pracy, poświęcenie – nieodłączna część amerykańskiego snu – są bowiem obce współczesnej klasie robotniczej. Problemem nie do przeskoczenia bywa nawet wypełnienie formularza wniosku o wsparcie finansowe na studiach – tak było w przypadku samego J.D., któremu łatwiej było zaciągnąć się do marines niż wysłać papiery na uczelnię.

Życie w świecie równoległym

''Elegia dla bidoków'' pokazuje, że przepaść dzieląca warstwy amerykańskiego społeczeństwa od dawna nie była tak wielka, a staje się coraz głębsza. Światy zamożnej i ubożejącej części Amerykanów stają się światami równoległymi – funkcjonują według innych reguł, a przeskoczenie z jednego do drugiego jest coraz trudniejsze. Zdobycie wyższego wykształcenia nie rozwiązuje wcale problemu.

Za materialnym upadkiem klasy robotniczej idzie upadek kultury, za niestabilnością egzystencji – konsekwencje psychologiczne: nieufność wobec Innego, wypieranie niewygodnych faktów i poszukiwanie winnych poza własną grupą, zaburzona samoocena, paradoksalnie – również skupienie na konsumpcji. Donald Trump idealnie wpasował się ze swoją ofertą polityczną w zapotrzebowanie tej ogromnej grupy amerykańskich wyborców o bardzo patriotycznych poglądach. Co z tego wyniknie w dłuższej perspektywie? I jak wyglądałaby podobna opowieść rozgrywająca się w realiach europejskich? Przypuszczalnie niepokojąco podobnie.

Fragmenty pochodzą z książki:

J.D. Vance, Elegia dla bidoków. Wspomnienia o rodzinie i kulturze w stanie krytycznym, przeł. Tomasz S. Gałązka, Marginesy.

Książka w formacie ebooka jest dostępna w publio.pl