Najbardziej fascynuje mnie zło w swojej najskrajniejszej formie, czyli prowadzące do zbrodni [ROZMOWA]

Kryminały umożliwiają bezpieczną wycieczkę do tej zbrodniczej, traumatycznej rzeczywistości, do której na szczęście większość z nas nigdy nie zajrzy. Pozwalają poznać jakiś wycinek świata, ale nie mówią czytelnikowi, jak go naprawić, ponieważ to nie jest ich zadaniem - mówi Krzysztof Domaradzki, autor powieści kryminalnej "Detoks", której akcja rozgrywa się we współczesnej Łodzi. Z pisarzem rozmawiamy o jego debiucie literackim, autodestrukcyjnych bohaterach oraz mieście pełnym tajemnic i mrocznych zakamarków.

Nela Grabowska: Książka "Detoks" to Pana debiut literacki. Czy mógłby Pan opowiedzieć coś o sobie naszym i swoim przyszłym czytelnikom?

Krzysztof Domaradzki: Chyba powinienem zacząć od tego, że pochodzę z Łodzi, co by częściowo tłumaczyło, dlaczego umiejscowiłem w tym mieście akcję "Detoksu". Wychowałem się na jednym z łódzkich blokowisk. Jako nastolatek jeździłem na mecze Widzewa i marzyłem o tym, żeby zostać dziennikarzem sportowym. Na studiach dziennikarskich odkryłem, że choć kocham sport, to w tym zawodzie znacznie bardziej kręci mnie pisanie. Samo w sobie, bez względu na tematykę. Jeszcze w trakcie studiów przeniosłem się z Łodzi do Warszawy i rozpocząłem pracę w magazynie "Forbes", w którym do dziś relacjonuję losy polskich przedsiębiorców. Po drodze wpadłem na pomysł, żeby stworzyć powieść kryminalną. Zabrałem się do pisania i tak powstał "Detoks".

Co zatem najbardziej pociąga Pana w kryminałach? Fabuła, psychologia bohaterów, zwroty akcji, a może coś zupełnie innego?

Najbardziej fascynuje mnie zło w swojej najskrajniejszej formie, czyli prowadzące do zbrodni. Fascynująca i zarazem przerażająca jest mnogość motywacji, jakimi kierują się zabójcy. Czasem jest to wypaczony kodeks moralny, a czasem chciwość, chęć dominacji, żądza albo skrajna głupota. Kryminały umożliwiają bezpieczną wycieczkę do tej zbrodniczej, traumatycznej rzeczywistości, do której na szczęście większość z nas nigdy nie zajrzy. Pozwalają poznać jakiś wycinek świata, ale nie mówią czytelnikowi, jak go naprawić, ponieważ to nie jest ich zadaniem. Dobre kryminały są przede wszystkim świetnym źródłem rozrywki. Ja na przykład szczególnie cenię utwory – i nie mam tu na myśli wyłącznie książek – linearne, płynnie przechodzące z punktu A do punktu B, mimo że po drodze przetacza się przez nie tsunami. Takie, których siła tkwi nie w dziwacznej konstrukcji, lecz w pomysłowej i świetnie poprowadzonej fabule. Widać to zarówno w kryminałach Jo Nesbø, filmach Davida Finchera czy w twórczości Nika Pizzolatto, pomysłodawcy i scenarzysty serialu "Detektyw".

Dlaczego zdecydował się Pan na osadzenie akcji powieści w swoim rodzinnym mieście?

Łódź niesamowicie pobudza wyobraźnię kryminalną. Jest mroczna, szara, pełna skrajności. Odrapane kamienice sąsiadują z piękną secesyjną architekturą. Miasto dopiero odbija się po kryzysie spowodowanym upadkiem przemysłu włókienniczego. Pewnie upłynie jeszcze sporo czasu, zanim w masowej wyobraźni Polaków przestanie się jawić jako zagłębie biedy i patologii. Poza tym mieszkałem w Łodzi dwadzieścia cztery lata. Sporo w tym czasie widziałem. Poznałem wiele dziwnych miejsc i zakamarków. Nie natknąłem się jeszcze na kryminał, który przedstawiłby to miasto w taki sposób, w jaki ja je postrzegam. Brakowało mi tego. Przedstawiając miejsca, które dobrze poznałem, które czuję i którymi nasiąkałem przez lata, miałem poczucie, że nie oszukuję czytelnika. Że choć opisuję fikcyjne zdarzenia, to plasuję je w istniejącej rzeczywistości, a nie w miejscu, które poznałem dzięki szybkiemu researchowi na Google Maps. To było też dla mnie ogromne ułatwienie, ponieważ nie musiałem niczego odkrywać, a jedynie zaktualizować swoją wiedzę na temat miasta.

Czy w takim razie zmiana miejsca zamieszkania pomogła Panu krytyczniej spojrzeć na Łódź, czy wręcz przeciwnie?

Byłem bardzo krytyczny wobec Łodzi w momencie, w którym z niej wyjeżdżałem. Postrzegałem ją wtedy jako miasto bez perspektyw. Przeglądając oferty pracy w mediach, widziałem, że w Warszawie jest ich dziesięć razy więcej. To tam stacjonowały redakcje, w których chciałem pracować. Wtedy wybór wydawał mi się prosty i z pewnością go nie żałuję. Dziś patrzę na Łódź łaskawszym okiem. Wracam do niej raz w miesiącu, zawsze z ogromną przyjemnością. Chyba jak każdy człowiek, którego nie spotkało w życiu nic traumatycznego, z sentymentem odwiedzam miejsca mojego dzieciństwa. Przeprowadzka do Warszawy uświadomiła mi kilka rzeczy. Między innymi to, że Łódź nie jest tak paskudna, jak mi się zdawało. Że jednak jestem lokalnym patriotą, bo swoją łódzkość chętnie podkreślam i bronię tego miasta w dyskusjach ze znajomymi. I że wielkomiejskie życie nie jest dla mnie. Wybacz, Warszawo, ale któregoś dnia pewnie cię porzucę na rzecz jakiejś górskiej wioski. A przynajmniej mam taką nadzieję.

Miejmy nadzieję, że Warszawa się na Pana nie obrazi (śmiech). W "Detoksie" przedstawia Pan Łódź i jej mieszkańców w bardzo mrocznym świetle, pokazuje coś, czego nie widać na pierwszy rzut oka. Czy według Pana każdy człowiek ukrywa przed światem swoją drugą twarz?

Nie mam co do tego wątpliwości. Każdy – albo prawie każdy – stara się pokazać światu swoją lepszą, reprezentacyjną stronę. Ukrywa uprzedzenia i lęki. Próbuje się wpasować w ramy społeczne. Oczywiście nie twierdzę, że wszyscy jesteśmy skrytymi psychopatami, ale niewątpliwie uprawiamy teatr. Ze strachu przed brakiem akceptacji nakręcamy spiralę sztuczności. Sam się na tym złapałem. Tylko garstka najbliższych mi ludzi wiedziała, że piszę książkę. Bałem się, że nabazgrzę szmirę, której nikt nie będzie chciał wydać, i tym samym się zbłaźnię. To była moja druga twarz. A co jeśli czyjąś drugą twarzą są dziwaczne fobie, niepopularna orientacja seksualna albo nieakceptowane w społeczeństwie skłonności? W "Detoksie" skupiłem się na tym, co najgorsze, szokujące, wstydliwe. Na lękach i wynaturzeniach. Wszystkim tym, co autor może bezkarnie wyciągnąć z bebechów swoich bohaterów.

Pozostając w temacie bohaterów literackich – dlaczego pisarzy i czytelników tak bardzo fascynują postaci o skłonnościach autodestrukcyjnych? Z komisarzem Tomkiem Kawęckim, bohaterem Pańskiej książki, jest podobnie – alkoholik, samotnik, szukający prawdy w skorumpowanej rzeczywistości.

Wydaje mi się, że autodestrukcyjne skłonności są literackimi samograjami. Automatycznie wprowadzają tajemniczość. Zmuszają czytelnika, aby się zastanowił, skąd się wzięły te tendencje, a pisarza zobowiązują do ich sensownego wytłumaczenia. W przypadku osoby zmagającej się z uzależnieniem – czy to od używek, czy od seksu – zwykle nie jest to proste i jednoznaczne. Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, gdy dojdą do tego naturalna melancholia i trudny charakter. Tak jest w przypadku komisarza Kawęckiego. To postać niezrozumiała, niełatwa do polubienia. Kawęcki jest pozbawionym empatii introwertykiem. Mizoginistą. Toksycznym gościem, przy którym nikt nie czuje się dobrze. Zakładam, że wielu czytelników będzie zirytowanych jego zachowaniem. Tym, że tak bystry facet przy innym usposobieniu mógłby zrobić zawrotną karierę w policji albo jakimkolwiek innym zawodzie. Ale liczę na to, że mimo wszystko będą mu kibicować. Jeśli nie z sympatii, to ze współczucia.

Czytając, zastanawiałam się, kto był dla Pana główną inspiracją podczas tworzenia jego osobowości?

Nie sugerowałem się nikim konkretnym. Pozwoliłem sobie wykreować bohatera z własnej bajki. Porównania z ludźmi czy postaciami literackimi pozostawiam czytelnikom. Jestem zresztą ciekaw, jakich podobieństw się doszukają, ponieważ podświadomie pewnie zbudowałem osobowość Kawęckiego z kilku lub kilkunastu innych.

Również jestem tego ciekawa, czy historia morderstwa opisana w książce jest fikcją literacką, czy istnieją połączenia z faktycznymi wydarzeniami?

To zupełna fikcja. Łódź ma w swojej najświeższej historii przerażające zbrodnie, które w dużej mierze ukształtowały negatywny wizerunek tego miasta. Nie chciałem wracać do "dzieci w beczkach" czy "łowców skór". Nie zamierzałem przypominać, że Łódź została okrzyknięta stolicą dopalaczy. Nie zależało mi na rozdrapywaniu jeszcze niezagojonych ran. Ze względów osobistych i estetycznych skorzystałem z łódzkiego klimatu i fascynującej przestrzeni tego miasta, ale włożyłem w nią zmyśloną historię.

Rozumiem. Nie chcąc nikomu zdradzać treści, wspomnę tylko, że zakończenie książki sugeruje, że pojawią się kolejne części. Czy może Pan zdradzić, ile tytułów będzie liczył cykl?

Mógłbym, gdybym to wiedział. Na pewno ten etap życia Kawęckiego i spółki planuję zmieścić w trzech częściach. Co będzie później – zobaczymy. Kończę pracę nad drugą książką, ale zakończenie trylogii jest dla mnie zagadką. Nie mam pojęcia, jak potoczą się losy bohaterów. Może się okazać, że nie będę miał na kim oprzeć kolejnej książki w cyklu.

 

Miejmy nadzieję, że tak się nie stanie (śmiech). Na koniec zapytam, jak wyglądała praca nad pierwszą powieścią? Które momenty i aspekty tworzenia sprawiały Panu najwięcej przyjemności, a które były najbardziej wymagające?

Cały proces tworzenia był czystą przyjemnością. Zarówno praca koncepcyjna, czyli wymyślanie fabuły czy tworzenie charakterystyki bohaterów, jak i wystukiwanie jej efektów na klawiaturze. Trudne było zakończenie powieści. Moment, w którym uznałem, że już nic więcej w książce nie zmienię. I że czas wysłać ją do wydawnictw i czekać na werdykt. Obawiałem się, że kilka niezgrabnie napisanych zdań na początku powieści może spowodować, że nikomu nie będzie się chciało doczytać tej historii do końca. Przez kilka dni czułem niepokój i pustkę, ponieważ nie miałem już w czym dłubać. Ale gdy zaczęły do mnie spływać pozytywne wiadomości od wydawnictw, od razu zabrałem się za pisanie następnej książki.

"Detoks", Krzysztof Domaradzki, wyd. Czarna Owca, 2018

Książka dostępna jest w formie ebooka w Publio.pl