Europejska jesień ludów - jeden kryzys i mamy spory problem [RECENZJA]

Czy Zjednoczona Europa to stabilny i trwały monolit? Dave Hutchinson, laureat nagrody British Science Fiction Association, pokazuje w książce "Europa jesienią", że absolutnie nie i wystarczy większy kryzys, aby rozpadła się na dziesiątki nowych państw i państewek

"Obyśmy żyli w ciekawych czasach!" - dotąd nie wiadomo, czy ten popularny zwrot to serdeczne życzenie, czy raczej przekleństwo. Obserwując jakie koła zatacza historia, można raczej podejrzewać to drugie, zwłaszcza, że kiedy rozejrzymy się wokół siebie, ciekawe czasy dzieją się nieustająco, a rzeczywistość potrafi nas niezmiennie zaskakiwać. Szczerze mówiąc, kto jeszcze dziesięć lat temu podejrzewałby, że Anglia z wielkim, medialnym hukiem opuści struktury Unii Europejskiej, Krym zajmą Rosjanie, a na Starym Kontynencie stanie się tak popularny populizm? Kto by brał na serio próbę secesji Katalonii, która chociaż nieudana, podgrzała nastroje opinii publicznej na długie miesiące?

Książka jest dostępna w formie ebooka w Publio.pl >>

Zapewne byli tacy, ale raczej dywagujący w sferze akademickich dyskusji, niż analizy rzeczywistych faktów. Angielski pisarz i dziennikarz - Dave Hutchinson, idzie właśnie tym śladem, tworząc wizję Europy, która w pewnym momencie pęka i zaczyna się dzielić, zamiast jednoczyć, tworzyć coraz bardziej absurdalne quasi państwa i państewka. Trzeba jednak przyznać, że w tym z jednej strony fascynującym, z drugiej nieco strasznym obrazie przyszłości naszego kontynentu, jest wiele sensu, skrytego pod płaszczykiem literackiego gatunku "political fiction". Bo przecież kiedy się zastanowimy, skądś wzięło się określenie "mała ojczyzna", prawda? Co zatem stoi na przeszkodzie, żeby stało się dużą?

'Europa jesienią', Dave Hutchinson'Europa jesienią', Dave Hutchinson Dom Wydawniczy REBIS

Europa pełna granic

"Europa jesienią" pokazuje nam przyszłość tak naprawdę niezbyt odległą. W sensie technologicznym i naukowym zmieniło się niewiele. Na płaszczyźnie politycznej praktycznie wszystko. Cytując samego autora – "Załamanie gospodarcze, strach przed uchodźcami, tocząca się nieprzerwanie globalna wojna z terroryzmem, przyczyniły się do powrotu paszportów i kontroli granicznych o zmiennej, zależnej od tego, czyje granice się przekraczało, ostrości. A potem, z atakiem grypy Xian, przywrócono kwarantanny i granice państwowe, by ograniczyć rozprzestrzenianie się choroby, która w samej Europie zabiła, zależnie od tego, w czyje liczby chciało się wierzyć, od 20 do 40 milionów ludzi. W rzeczywistości zabiła również Schengen i podkopała już nieco rozchwiane fundamenty Unii Europejskiej. Ta weszła w dwudziesty pierwszy wiek z pewnym trudem, zmagając się z problemami, i zdołała przetrwać, w jako takim stylu jeszcze kilkanaście lat ogólnego psioczenia, konfliktów wewnętrznych i kumoterstwa. A potem spontanicznie zaczęła zrzucać coraz mniejsze i coraz bardziej dziwaczne państwa, niczym poparzony słońcem wczasowicz gubiący kawałki naskórka. W Europie wciąż powstawały nowe państwa i z każdym rokiem było ich coraz więcej. Na kontynencie zaroiło się od dziedziców Romanowów, Habsburgów, Koburgów, Grimaldich i rodów, o których nikt nigdy nie słyszał, wydziedziczonych mniej więcej w piętnastym wieku, i wszyscy oni dążyli do założenia własnych kieszonkowych państw. Odkryli też, że muszą współzawodniczyć z tysiącami mikroetnicznych grup, które nagle również zapragnęły mieć europejskie ojczyzny, a także z grupami religijnymi, komunistycznymi, faszystowskimi i fanami zespołu U2…"

Jak widać, nastały właśnie ciekawe czasy, w których tak naprawdę każdy, mógł poczuć zew lokalnego patriotyzmu i dokonać secesji. Ba, w tym świecie niepodległość ogłaszają nawet linie kolejowe, rezerwaty przyrody i statki wycieczkowe. Można pomyśleć, że świat stanął na głowie, jednak, co doskonale znamy z naszej historii, prawdziwy chaos bardzo rzadko się zdarza i tym, co pozostaje niezmienne, jest wszechogarniająca biurokracja. A pośród niej i całego tego nowo - europejskiego zamętu pojawia się pewien młody kucharz, imieniem Rudi…

A to Polska właśnie

Kim zatem jest nasz bohater? To, tak jak wspomniano wcześniej, młody estoński kucharz, który przetarł kulinarny szlak w barach i knajpach wielu nadbałtyckich państw, aby ostatecznie zostać szefem kuchni w jednej z lepszych, krakowskich restauracji, prowadzonej przez dość skrytego Maxa. Trzeba przyznać, że takim wyborem głównego bohatera, autor powieści potrafi już na początku zaskoczyć czytelnika. Nie to będzie jednak najbardziej frapujące dla rodzimego czytelnika, a miejsce gdzie toczy się większość fabuły. Jest nim Polska.

Czytając "Europę jesienią" czytelnik na pewno sprawdzi autora powieści, a kiedy zobaczy angielsko brzmiące nazwisko pisarza, rozważy, czy to przypadkiem nie pseudonim rodzimego twórcy. Powodem takiego zachowania jest to, że Hutchinson doskonale pisze o naszym kraju i ewidentnie w nim był, co więcej odwiedzał nasze knajpy, jadł tatara i pił wódkę Wyborową. Naturalnie, wielu Anglików odwiedza Kraków w celach turystycznych, ale tutaj widać, że autor powieści musiał też poznać to miasto, a co ważniejsze – dużo rozmawiać z Polakami, bo udało mu się mocno przekonująco odmalować obraz naszej narodowości. Zaznaczyć trzeba, że oprócz życzliwej sympatii, czuje się też pewną uszczypliwość, ale dzięki temu i wnikliwej obserwacji, Polska u Hutchinsona jest pełnokrwista i bardzo przekonująca.

Wracając jednak do naszego bohatera, pewnego dnia Rudi dostaje propozycje wyjechania do Hindenburga i załatwienia pewnej sprawy dla przyjaciela swojego szefa. Hindenburg to właśnie jedno z nowych państewek, zajmujące tereny Dolnego Śląska i Śląska Opolskiego, które stało się małym, śląskim rajem. Z racji tego, że trwa polityczna, logistyczna i handlowa wojna między tym "krajem" a Rzecząpospolitą, Polacy mają gigantyczne problemy, żeby przekroczyć dzielące je granice. Dla Rudiego, który posługuje się estońskim paszportem, nie stanowi to już takiego problemu. Jak nie trudno się domyślić, na jednej wyprawie się nie kończy, a młody kucharz wkracza do świata, którego istnienia nawet nie podejrzewał.

 

Kucharz, kurier, szpieg…

Bardzo ciężko sklasyfikować, do jakiego gatunku literackiego należy "Europa jesienią". Mimo że ta książka zyskała tytuł najlepszej powieści science fiction 2016 roku, według British Science Fiction Association, to tak naprawdę z fantastyką niewiele ma wspólnego. Owszem, o ile jej tło to rasowe political fiction w najlepszym wydaniu, o tyle fabuła mocno flirtuje z kanonem opowieści szpiegowskich. I zaznaczyć trzeba, że tych raczej z wyższej półki, czyli mniej Jamesa Bonda, a więcej Johna le Carré, którego klimat powieści takich jak "Druciarz, krawiec, żołnierz, szpieg" jest w prozie Dave’a Hutchinsona mocno odczuwalny. Momentami duszny, ocierający się o paranoję, z niespieszną, ale wysmakowaną akcją. Sam Rudi, też nie jest super agentem. Bliżej mu zdecydowanie do kafkowskiego Józefa K. z ponadczasowego "Procesu", pogrążającego się coraz bardziej w niezrozumiałej dla siebie rzeczywistości.

"Europa jesienią" to zdecydowanie jedna z najciekawszych i najbardziej intrygujących książek, jakie zawitały ostatnio na księgarskie półki. Przemyślana, doskonale napisana i perfidnie rozplanowana. Stanowiąca fantastyczną rozrywkę, ale też pretekst do o wiele głębszych przemyśleń. Przecież cały czas słyszymy o możliwościach kolejnych europejskich "exitów", i nie można wykluczyć, że po nich,może nastąpić właśnie fala secesji. A nasza stara, kochana Europa, jak to powiedział jeden z bohaterów tej książki, zacznie się cielić jak lodowiec, z którego odpływają kolejne góry lodowe oraz rozpadać na coraz mniejsze i mniejsze państwa. Sandżaki. Marchie. Księstwa. Landy. Kto wie? Historia bywa wybitnie nieprzewidywalna.

"Europa jesienią", Dave Hutchinson, przeł. Jan Pyka, Dom Wydawniczy REBIS, 2018

Książka dostępna jest w formie ebooka w Publio.pl >>