Laboratorium Lebensborn - przedpremierowy fragment książki Piotra Adamczyka "Ferma blond"

Piotr Adamczyk wraca z najnowszą powieścią sensacyjną - o miłości, zdradzie i nazistowskich Niemczech. Przeczytajcie fragment "Fermy blond".

Nowa książka Piotra Adamczyka, autora "Domu tęsknot" to sensacyjna polsko-niemiecka rodzinna epopeja, z wielką miłością, polityką, sztuką, zdradą i tajemnicą w tle, rozgrywająca się w nazistowskich Niemczech oraz w dzisiejszej Polsce. Charlotte, przedwojenna Berlinianka i córka znanego antykwariusza, zakochuje się w Adolfie Zieglerze, znacznie od niej starszym malarzu i kobieciarzu, protegowanym Hitlera malującym akty "prawdziwych, niemieckich kobiet". Stając się jego kochanką, odrzuca zaloty Kristiana, który jednak nie może o niej zapomnieć. 

Losy bohaterów osobliwego trójkąta splotą się w czasie wojny w słynnym "salonie Kitty" – ekskluzywnym burdelu, w którym specjalnie przeszkolone dziewczyny wyciągają tajne informacje od swych wysoko postawionych klientów, a potem w Łodzi, gdzie mieści się placówka Lebensbornu, tytułowa "Ferma blond", gdzie rodzą się przyszłe pokolenia Niemców i do której porywane są jasnowłose dziewczęta… Tam też po latach skieruje się syn Charlotte, któremu, jak się okaże, ktoś ukradł życiorys… Tajemniczy ośrodek, wymazany z kart historii, staje się przedmiotem intrygującego śledztwa.

Nowa książka Piotra Adamczyka to nie tylko świetna powieść i trzymająca w napięciu rozrywka ale także kryminał historyczny, pełen prawdziwych postaci, zdumiewających ciekawostek z codziennego życia III Rzeszy i plastycznych opisów znanych zdarzeń, w które uwikłani są bohaterowie.

"Ferma blond" jest dostępna przedpremierowo na Targach Książki w Warszawie - Piotr Adamczyk będzie podpisywał książkę w sobotę 19 maja w godz. 11-12 na stoisku Wydawnictwa Agora nr 50/D9.

"Ferma blond", Piotr Adamczyk - fragment

Po rozmowie z Charlotte Kristian zaczął wczytywać się w informacje związane z instytucją Lebensborn. Doszedł do wniosku, że jeśli Ursula miała rację i dzięki Zieglerowi słodka Sugar trafiła w Steinhöring nie do jego ciotki, lecz do ustronnego ośrodka Lebensbornu, to jej protektorowi musiało ogromnie zależeć na dyskrecji, gdyż wcale nie było łatwo się tam dostać.

Wyczytał, że instytucja ta funkcjonowała od 1935 roku i miała status charytatywnego stowarzyszenia, którego prezesem był Heinrich Himmler. Zrazu kpiono, że skoro studiował rolnictwo, to doświadczenie nabyte podczas praktyk w hodowli kur przydało mu się teraz, gdy jego wiedza o krzyżowaniu ras, początkowo kurzych, a potem ludzkich, stała się ideologicznym fundamentem państwa. Jednak gdy został jednym z najważniejszych po Hitlerze człowiekiem w Rzeszy, żarty ustały i zrobiło się przerażająco serio – Himmler z gracją hodowcy drobiu zajął się hodowlą ludzi. Lebensborn było jego laboratorium. Z wielkimi funduszami, nieograniczonymi możliwościami i pełną władzą wcielał w tej instytucji obłędny projekt czystości rasy.

Początkowo stowarzyszenie miało charakter ekskluzywny i skupiało się na pomocy samotnym kobietom, które nieopatrznie zaszły w ciążę i chciały uniknąć wstydu w rodzinnych miejscowościach, urodzić w tajemnicy, a potem ewentualnie oddać potomstwo do adopcji. Z tego powodu ośrodki stowarzyszenia szybko zaczęły cieszyć się sympatią oficerów SS, którzy już bez obawy o rodzinne skandale mieli gdzie odsyłać swoje brzemienne kochanki. Przy sposobności dokładnie sprawdzano opinie środowiskowe, kartoteki lekarskie, a także drzewa genealogiczne przyszłej matki oraz ojca – oboje musieli mieć właściwe poglądy i być dobrej krwi, co oznaczało absolutne zdrowie oraz pochodzenie germańskie, zlustrowane do trzeciego pokolenia. Himmler sterował wszystkim osobiście i przeglądał każdy raport, a gdy zdarzyło się, że na świat przyszło dziecko ze skazą, jak choćby szpotawa noga lub rozszczepienie podniebienia, wydawał polecenie, by rodzic genetycznie za to odpowiadający natychmiast został wysterylizowany.

 

Od lat wnikał w intymne sprawy swoich oficerów. Już pod koniec 1931 roku wydał "Rozkaz o zaręczynach i małżeństwie", gwarantujący mu możliwość osobistej ingerencji. Po kątach szeptano, że był po prostu dewiantem seksualnym, cierpiącym na voyeryzm, czyli podglądactwo. Narzeczeni musieli bowiem składać u niego podania, dołączać zdjęcia i wypełniać szereg kwestionariuszy, wśród nich stos badań medycznych, z czasem coraz dziwniejszych, aż w końcu obejmujących – na jego polecenie – także opis kształtu nóg przyszłej panny młodej z zaznaczeniem w jednej z rubryk: "proste, krzywe na zewnątrz, krzywe do wewnątrz" oraz "szczupłe, średnie, grube". Krzywych i grubych, rzecz jasna, nie lubił.

To wszystko okazało się tak długotrwałe i pracochłonne, że kilka lat później wniosków były już tysiące i oczywiście nie mieściły się na jego biurku, więc z konieczności zaczęto wydawać pozwolenia tymczasowe. Zdarzało się, że ślubni kandydaci w odpowiedzi na swoje podania mogli przeczytać: "Zdaniem Reichsführera SS przedstawiona narzeczona, która wydaje się malowaną lalą, nie jest odpowiednia dla esesmana"; albo: "Pańska narzeczona, zdaniem Reichsführera, wyglądałaby korzystniej, gdyby obniżyła sobie brwi"; lub też: "Niepokojąca wydaje się widoczna nadwaga przyszłej panny młodej, zalecane by było sprawdzenie funkcjonowania gruczołów dokrewnych".

Podobnie jak Hitler należał do zwolenników znacznej różnicy wieku między mężczyzną a kobietą. Od swojej oficjalnej kochanki, Hedwig Potthast, był starszy o dwanaście lat, miał z nią dwoje dzieci, podczas gdy z żoną – jedno. Przy czym oczywiście młodsza od pana młodego winna być panna młoda. W przeciwnym wypadku, gdy już po wybuchu wojny miał zaaprobować związek pewnego oficera ze starszą wybranką, odrzucił podanie, a gdy rozżalony esesman się odwołał, Himmler odpowiedział mu tak: "Trwam w moim postanowieniu, ponieważ uważam pańskie małżeństwo trzydziestoośmioletniego Niemca z pięćdziesięcioletnią kobietą za równie nieodpowiedzialne, jak Pańskie stwierdzenie, że nie ożeni się pan ponownie, ponieważ doznaje pan rozczarowania". Himmler, druga osoba w państwie, pisał lub dyktował ten list osobiście, jakby nie miał ważniejszych spraw na głowie. W dodatku, rozeźlony uporem niesfornego aplikanta, polecił wysłać go na teren najtrudniejszych walk z partyzantką, by wybito mu z głowy nieodpowiedzialne amory.

Im częściej w życiu zdarzają się absurdy, tym szybciej ludzie się do nich przyzwyczajają. Nikogo już więc nie zdziwiło, gdy naczelny hodowca kur i Niemców, mając nadzieję na powrót do źródeł rasy, zlecił badania nad pochodzeniem nosa typu greckiego, bo jak wiadomo, każdy obywatel niemiecki powinien mieć w przyszłości nos antycznej rzeźby. W tym celu wyselekcjonowano grupę kobiet i mężczyzn o dobrze rokujących nosach i nakazano im stanowczo, by co roku przychodzili do ośrodka, gdzie pieczołowicie obfotografowywano rosnące nosy ich dzieci.

Duch dziejów nieustępliwie realizował swoją misję, więc z czasem, gdy okazało się, że mimo absolutnego zakazu aborcji, represji służbowych i finansowych dla bezdzietnych z jednej strony, a nagród i medali dla wielodzietnych ze strony drugiej dzieci rasowych wciąż było jednak za mało, prezes Lebensbornu zaostrzył sposoby działania. Wydał słynny rozkaz o prokreacji adresowany "do całego SS i policji". Oficjalnie poparł to, o czym do tej pory mówiło się w wąskich kręgach, i mocą swojego urzędu zachęcił w nim do płodzenia potomstwa także poza małżeństwem, obiecując, że ślubne i nieślubne dzieci zostaną objęte taką samą opieką. Co więcej, zwrócił się też do matek, zwalniając je z etycznych zasad: "Poza granicami zwykle może koniecznych mieszczańskich praw i obyczajów niemieckie kobiety i dziewczęta dobrej krwi będą mieć także poza małżeństwem zaszczytne zadanie; nie przez lekkomyślność, ale z najgłębszą moralną powagą zostać matkami dzieci wyruszających w pole żołnierzy…".

Część Niemców lojalnych wobec partii posłuchała wezwania. Dziewczęta oddawały się pakującym ekwipunek żołnierzom, a ci chętnie z tego korzystali – i to z każdą, z jaką się dało. Wszystkie ciąże, o ile oczywiście były zgodne z oczekiwaniami partii, dyskretnie otaczano troską Lebensbornu. A gdy latorośli nadal okazało się za mało, zaczął się koszmar: porywanie dzieci różnych narodowości, byle były zdrowe i jasnowłose, uprowadzanie dziewcząt i zmuszanie ich do seksu w intencji aryjskiego potomstwa, eksterminacja ludzi, którym udowodniono niezgodność ze wzorcem rasowym. Na razie jednak duch dziejów nikomu się nie zwierzał w sprawach Lebensbornu, więc Kristian na łamach prasy odnaleźć mógł głównie zachwyt objętych opieką dziewcząt. W oficjalnej gazecie SS "Das Schwarze Korps", niezwykle popularnej, o nakładzie sięgającym kilkuset tysięcy egzemplarzy, znalazł stałą rubrykę, w której samotne matki opisywały – niekiedy nie szczędząc pikantnych szczegółów – los, jaki sprawił, że zwróciły się o pomoc do stowarzyszenia. Rozczuliła go naiwność listu szesnastoletniej Helgi opatrzonego tytułem "Dziewczęta, nie bójcie się miłości". Nastolatka napisała:

Zwracam się do wszystkich młodych dziewcząt, które znalazły się w podobnej do mojej sytuacji. Pochodzę z małej miejscowości pod Monachium. Ciotka i ojciec zawsze wychowywali mnie zgodnie z tradycjami rodziny i Kościoła. Traf chciał, że poznałam mężczyznę. Wprawdzie żonatego, ale jakie to ma znaczenie dla oczarowanej dziewczyny! Nie muszę wam mówić, jakie wrażenie zrobił na mnie, gdy zobaczyłam go w mundurze i błyszczących oficerkach. Stałam się uległa, gdy tylko mnie dotknął. Chciałam, żeby mnie całował! Potem guziki mojej sukienki rozpięły się jakby same i dalej wszystko się działo jak we śnie, i był to najpiękniejszy sen, jaki miałam. Dziś jestem w ciąży i tego nie żałuję. Początkowo bałam się, co powie ojciec, ale ustaliliśmy z ciotką, że są kobiece sprawy, w które nie trzeba wtajemniczać ojców. Powiemy, że udaję się do ciotki na wieś, by nauczyć się ogrodnictwa, a piękne chwile przyszłej matki spędzę w ośrodku Lebensborn. Co dalej – zobaczymy. Jestem pewna, że naród będzie dumny z mojego dziecka, i jestem spokojna o naszą przyszłość, czego i wam, drogie dziewczęta, z całego serca życzę.

Obok gazeta zamieściła kilka zdjęć z ośrodka. Ciąg małych łóżeczek, nad którymi pochylają się pielęgniarki w białych czepkach. Korytarz o błyszczącej podłodze z równym szeregiem białych wózków z wikliny. Młode, ciężarne kobiety z uśmiechem haftujące słoneczka na wyprawkach dla dzieci. Zadbany ogród z ławeczkami, personel w białych fartuchach wieszający na sznurze rząd wypranych prześcieradeł, a w górze – falująca na lekkim wietrze flaga ze swastyką. Przejęty świadectwem przesłanym do redakcji dziennika przez nastoletnią Helgę, poczuł przykry zgrzyt, gdy sięgnął następnie po "Berliner Morgenpost" i wzrok jego padł na tytuł: "Więzienie dla cudzołożnicy". Dziennik opisywał historię młodej kobiety, która zdradziła męża, zgodziła się na rozwód z orzeczeniem o jej winie, po czym ponownie wyszła za mąż i znów zdradziła męża, za co sąd skazał ją na więzienie, uznając, że działała w warunkach uporczywej recydywy.

Gdy kilka godzin później Kristian stawił się w gabinecie Sixa, by zreferować codzienny przegląd prasy, zaczął od ciekawostki. Obaj się roześmiali na wieść, że w Stanach Zjednoczonych, najwyraźniej już całkiem zgłupiałych, furorę robił film rysunkowy, którego głównym bohaterem była kaczka, a ściślej mówiąc, Kaczor Donald. Potem przeszedł do spraw sąsiednich krajów, w tym Polski, gdzie doszło do kilku strajków, na uczelniach działały bojówki prawicowe, a rząd rozwiązał zajmującą się ochroną demokracji Ligę Obrony Praw Człowieka i Obywatela, słowem – w kraju nad Wisłą wszystko było po staremu i nie zdarzyło się nic istotnego. Na koniec, by opatrzyć raport klamrą lżejszych tematów, podzielił się nowinką o cudzołożnicy z "Berliner Morgenpost".

– Skazano ją za cudzołóstwo? – zdziwił się Six.

– Tak. Na więzienie.

– W dzisiejszych czasach, gdy rząd robi wszystko, by wspierać kobiety w rodzeniu dzieci?

– No bo to zdrada małżeńska.

– Daj spokój, gdyby nie zdrady małżeńskie, to połowy z nas na świecie by nie było.

Six zareagował na nowinkę z dziwnym entuzjazmem, kazał Kristianowi wszystkiego się dowiedzieć i przygotować raport dla samego Führera, którego od pewnego czasu szczególnie interesowały sądowe sprawy obyczajowe. Brało się to stąd, że uważał sędziów za zdrajców i obrońców elity poprzedniego układu, szkodliwych dla jego misji tłumoków, przeszkadzających w bezprawnym tworzeniu nowego prawa, więc korzystał z każdej okazji, aby ich zlekceważyć i upokorzyć. Pewnie dlatego kilka dni później, po przeczytaniu otrzymanego od Franza Sixa raportu, polecił Kancelarii Rzeszy, by sprowadziła z ministerstwa sprawiedliwości wszystkie akta tej sprawy, po czym pokazał, kto w państwie jest najważniejszym sędzią, i unieważnił wyrok, wstrzymując wykonanie kary. I chociaż do tej pory cudzołóstwo rzadko było ścigane prawem, a pracownicy Lebensbornu zawsze je tuszowali, po incydencie opisanym w raporcie przez wydział Sixa Hitler polecił całkowicie usunąć z kodeksu karnego przewidywaną za nie karę. W ten sposób Kristian wniósł swój drobny wkład w coraz bujniej rozwijające się życie seksualne Trzeciej Rzeszy.

________________

RENATA DĄBROWSKA

Piotr Adamczyk, filozof z wykształcenia, z zawodu dziennikarz. Autor kilkuset felietonów i reportaży. Jego publikacje ukazały się między innymi w "Polityce", "Wprost", "Przeglądzie", "Pulsie Biznesu", "Gazecie Wyborczej". Przez pięć lat pełnił funkcję redaktora naczelnego "Słowa Polskiego", największego dziennika na Dolnym Śląsku. Opublikował powieści: "Pożądanie mieszka w szafie", "Dom tęsknot" i "Powiem ci coś". Pochodzi z Wrocławia, obecnie mieszka w Gdańsku i Łodzi.

Książka dostępna jest w formie ebooka w Publio.pl >>