Radziecka Socjalistyczna Republika Babilonu

Zawsze uwielbiałem te zigurratoidy z sierpami i młotami, te niby-Babele z Leninami i gwiazdami na fasadach przeplatanymi z tradycyjnymi ormiańskimi motywami zdobniczymi. To wszystko naprawdę było piękne. Uwielbiałem za to Armenię.

W Wanadzorze pod budynkiem dworca stały taryfy, a przy nich chłopy – czarnowłose, smukłe, nosate. Ormianie są cholernie ładni i przypominają Greków z okresu klasycznego. Tych malowanych na wazach. Albo Greków z Asterixa. Albo kosmitów, bo naprawdę w ich twarzach jest coś wyjątkowego.

Okej, zaraz wrócimy do Wanadzoru, bo warto. Wanadzor, Alawerdi – zawsze warto. Ale może trzeba było zacząć inaczej. Od Szeremietiewa, przez które którejś zimowej nocy leciałem do Armenii. Do samolotu weszli ludzie ubrani wyłącznie na czarno. Była noc. Wyglądali, jakby lecieli do krainy wiecznego gotyckiego rocka. Czarne kurtki, czarne swetry, wielkie, czarne oczy i czarne grzywki à la wcześni Beatlesi. Jeden facet wiózł do domu wielką, dziesięciolitrową flaszkę czarnego Johnny’ego Walkera. Potem, z hali odlotów w Erywaniu, ciągnął ją na specjalnym wózku. W każdym razie w tym nocnym samolocie, lecącym z Moskwy do Armenii, nad tą wielką, śródlądową, eurazjatycką pustką, tą masą ciemnego, niewyobrażalnego lądu – czułem się, jakbym naprawdę leciał na inną planetę. Zamieszkaną przez odwrotność jasnowłosych kosmitów z ulotek sekty Aniołowie Nieba.

Wtedy, w każdym razie, gdy wkroczyłem w noc Armenii prosto z Szeremietiewa, przeleciawszy nad tą potworną, wsysającą pustką środkowej Rosji, której w tej czerni nawet widać nie było, gdy zanurzyłem się w sam środek równie niewidocznego, bo czarnego Kaukazu, poczułem dotknięcie czegoś lovecraftowskiego. I aż zadrżałem, gdy wylądowaliśmy.

Taksówka wiozła nas przez czerń rozrywaną przez erywański kolorowy bling-bling: neony, reklamy, szpanerskie błyskotki. Taksówkarz opowiadał, że giną stare dobre obyczaje i relatywizm wsącza się w serca ludzi. Mówił, że wsącza się w nie coś złego, coś czarnego, coś, co wszystko zniszczy i zaleje. I już nic nie będzie, mówił, takie samo. Już teraz, mówił, zauważcie, kobiety spodnie noszą.

***

Widok na góre? Ararat z przedmies?c? ErywaniaWidok na góre? Ararat z przedmies?c? Erywania Fot. Justyna Mielnikiewicz

W tym Wanadzorze poszliśmy w miasto. To znaczy – między bloki. Wokół prężyły się góry, pysznie i szpanersko, jak to na Kaukazie, ale bloki wyglądały, jakby ktoś je pobił. To w ogóle w Armenii dość częste. Gdy to wszystko – te miasta, bloki – budowano w czasach radzieckich – naprawdę się postarano. Wyglądało to jak wizja bliskowschodniej starożytności: Armenii, Babilonu, Asyrii, wszystkich tych zapomnianych i przykurzonych, demonicznych imperiów kojarzących się ze światem Roberta Erwina Howarda, ze Stygią i Shemem. Ale wizja połączona z monumentalną radzieckością. Radziecka Socjalistyczna Republika Asyrii. Radziecka Socjalistyczna Republika Babilonu. Radziecka Socjalistyczna Republika Ur. Tak mniej więcej brzmiała mi w uszach nazwa Radzieckiej Socjalistycznej Republiki Armenii, i jej architektura zionęła tym samym. Eonami i czymś drzemiącym, starodawnym. Zawsze uwielbiałem te zigurratoidy z sierpami i młotami, te niby-Babele z Leninami i gwiazdami na fasadach przeplatanymi z tradycyjnymi ormiańskimi motywami zdobniczymi. To wszystko naprawdę było piękne. Uwielbiałem za to Armenię.

Ale Radziecja dała Ormianom miasta. Z mieszczaństwem było gorzej. Z mieszczaństwem było tak samo, jak w całym Związku Radzieckim. Ludzie, którzy przyszli do tych monumentalnych miast, miast Socjalistycznej Republiki Starożytności, choć wyglądali jak potomkowie archaicznych, zaginionych ras, byli najczęściej zasiedziałymi rolnikami i pasterzami, i nie wiedzieli jak korzystać z tych miejskich cudów wykonanych radzieckimi rękoma. Radziecka Armenia, zajmująca tylko północno-wschodni skrawek dawnego armeńskiego imperium, była czymś w rodzaju teoretycznej próby stworzenia radzieckiej Polski, która składałaby się wyłącznie z Podlasia. Prowincji, na której pobudowano by monumentalne kopie polskiej architektury: Wawelu, krakowskich czy sandomierskich kamienic. Nadając im wymiar prawie megalityczny. Białystok rozbudowany byłby do rozmiarów metropolii, z metrem, szerokimi ulicami, placami o radziecko-starożytnym rozmachu.

Z poradzieckiej Armenii widać Ararat, świętą ormiańską górę, wokół której dawniej owijało się wielkie imperium Ormian. Tylko ją widać, bo dotknąć – nie można. Ararat jest wszędzie: w godle, na znaczkach, banknotach, monetach, w całej ormiańskiej symbolice – tyle że dziś leży na terytorium wrogiej Turcji. I naprawdę nie można go dotknąć. Turcji, której Ormianie nienawidzą, którą oskarżają o to, że zgotowała im Genocyd i nie chce się do tego przyznać. To jest straszna perwersja, móc patrzeć na swój narodowy symbol jak przez szybę, szydzący z nich z wrogiego terytorium. Jak na trupa przodka przebranego we wrogi mundur i wystawionego w gablocie, której nie można otworzyć. I być skazanym na wieczne oglądanie tylko jednej jego strony, jak jasnej strony księżyca.

W każdym razie – w Wanadzorze, jak i innych miastach Armenii, co tam Armenii – Poradziecji, co tam Poradziecji – Europy Wschodniej, w tym, jak najbardziej, Polski – architektura i urbanistyka ludzi przerosła. Szliśmy rozkopanymi, rozgrzebanymi, rozwłóczonymi chodnikami, zamienionymi w nieoficjalne trakty piesze, pomiędzy blokami zadżumionymi dobudozą, zabudozą i szyldozą. Wanadzorczycy zabudowywali balkony na milion sposobów, ale nie mieli jednak tyle dżygickiej odwagi, co ich sąsiedzi, Gruzini, stawiający kamikadze-loggie, powiększające czasem mieszkanie o połowę, ptasie gniazda, pokoje wiszące, po prostu, w powietrzu, wspierające się na wielkich, masywnych, metalowych słupach jak na słoniowych nogach.

Miasto AlawerdiMiasto Alawerdi Fot. Justyna Mielnikiewicz

Z Gruzinami w ogóle jest problem. Niby mniejszy niż z Turkami, nie wspominając o Azerach, z którymi co jakiś czas wybucha awantura o Górski Karabach, ale jest. Gruzja, ta po Saakaszwilim, pozującym na nowego Dawida Budowniczego, jest wzorem do naśladowania. Gruzja imponuje, bo wyremontowała sobie miasta i odnowiła zabytki (mniejsza z tym, że po tym odnowieniu wylatywały, zdarzało się, z listy UNESCO), Gruzja wypleniła korupcję, naprawiła policję i wyasfaltowała porządnie drogi. I teraz starożytna Armenia, która trochę gardzi Gruzją, bo Armenia trochę każdym gardzi, bo jest na świecie najstarsza i najmędrsza, ma problem, bo to i owo z Gruzji kopiuje: już policja auta maluje w takie kolory, jak sąsiedzi Gruzini, i tak samo jak oni drze się ta policja na kierowców z megafonów zainstalowanych na samochodach. I, jak w Gruzji, payboxy się na ormiańskich ulicach pojawiły, za pośrednictwem których można zapłacić rachunek za telefon, za prąd, opłacić mandat, sprawdzić stan konta w banku, przedłużyć umowę o telefon etc. Armenia kopiuje Gruzję i nie bardzo wie, jak sobie z tym psychologicznie poradzić. Na szczęście jeden z taksówkarzy w Wanadzorze wiedział, i, co więcej, powiedział nam. Saakaszwili, mówił, to przecież Ormianin. Nie żaden tam Saakaszwili, tylko Saakjan. W ogóle wszystko, co na świecie porządne – to z Armenii. Armenia – mówił – cywilizację dała światu, i sama – biadolił – w tym gnoju została. Jak ten szewc, co bez butów chodził.

W Wanadzorze murszały bloki i budynki z lat 50. albo wcześniejszych. Murszały jezdnie i samochody, i to wszystko robiło wrażenie nadchodzącego końca świata, tym bardziej że zachodziło słońce i wszystko, jak w żółtku podgniłego jajka, brodziło w tej pomarańczowej poświacie prześwitującej zza gór. Czułem nieokreślony niepokój i co chwila oglądałem się za siebie.

Poszliśmy do kebabiarni w parku. Właścicielka z córką oglądały w telewizorku jakiś serial, i nie dam sobie uciąć głowy, ale wydawało mi się, że turecki. Wszędzie ponalepiane były dziecinne naklejki. Jedliśmy lula-kebab z cebulą, w lawaszu, a do naszego stolika podjeżdżał mały chłopczyk na rowerku i strzelał do mnie z pistoletu na kapiszony.

***

Student Erywan?skiej Akademii Policyjnej na wycieczce po Narodowej Galerii ArmeniiStudent Erywan?skiej Akademii Policyjnej na wycieczce po Narodowej Galerii Armenii Fot. Justyna Mielnikiewicz

Albo, na przykład, Alawerdi. Z góry wygląda niesamowicie: skalna półka, a na niej miasto jak z tej skały wycięte. Z bliska to coś w stylu Wanadzoru, ale mniejsze. Nawet lula-kebab był identyczny, tylko mniejszy. Szukaliśmy transportu dalej, w stronę Erywania, ale nic nie jechało. Stroszyli się tylko taksówkarze, pozbijani w kupę jak wróble. Gdy teraz o nich myślę, to zlewają mi się w jedną postać, wysokiego, ponurego faceta o ogorzałej twarzy i z tłustym wąsem. Ale nie dlatego, że był reprezentatywny, ale że przyćmił ich wszystkich. Był ruchliwy, zbyt ruchliwy jak na swój wzrost i wydawało mi się, że się połamie. Mówił cały czas: gdzie najlepiej wymienić kasę i z kim najlepiej gdzie pojechać. Krzyczał tak głośno, aż dzieci wychodziły popatrzeć, co się dzieje.

***

Gdy pierwszy raz w życiu wjeżdżałem do Erywania, to mi dech zaparło. Wszystko prężyło się, migotało i błyskało. Bling-bling. Reklamy, neony, wystawy sklepów – w szarym pyle dnia. Barbarzyńskie umiłowanie do błyskotek i efekciarstwa, jakby całe te kilka tysięcy lat cywilizacji poszło się paść. Na horyzoncie wznoszono kolejne wieże Babel: tu jakiś hotel, tam kasyno, dalej hotel z kasynem. Przysłaniało to wszystko góry. W powietrzu latały pędzone wiatrem reklamówki. Rur między blokami nie zakopywano w ziemi, tylko szły górą. Jak wszędzie w byłym ZSRR.

Erywań w ciągu ostatnich lat się zmienił. Wyszlachetniał i jakby odmłodniał. Kiedyś wyglądał jak górska wersja Donbasu, z tym poradzieckim bling-blingiem. Teraz czuć tu Południe, choć pustynne. Czasem, gdy wieje znad Syrii, nie da się oddychać. W powietrzu unosi się pył. Araratu, bywa, nawet czasem nie widać. Upał jak cholera, ale trzeba trzymać fason. Czarne kurtki można zdjąć, ale krótkich spodni włożyć – za nic w świecie. Gdy w pewien upalny dzień wmaszerowałem w obciętych bojówkach i japonkach do konsulatu Górskiego Karabachu w Erywaniu, to wizę mi dali, ale patrzyli na mnie z lekkim uśmiechem, jak na idiotę, i żartowali, że chyba mi za gorąco. Najpierw mnie to zdziwiło, bo przecież faktycznie było gorąco, ale potem zrozumiałem, że równie dobrze mogłem tam wejść boso i z gołym tyłkiem. Tak więc trzeba się było w Armenii pocić w długich portkach, bo inaczej nie poważali.

Pociłem się zresztą i w krótkich, bo tam naprawdę latem praży, i wszyscy turyści, szukający nowego Orientu w świecie, w którym strach jednak jechać do Pakistanu czy Afganistanu, ledwie zipią. Upał nie robi wrażenia tylko na Irańczykach, którzy przyjeżdżają tu pić alkohol. Niektóre Iranki zdejmują chusty. Inne patrzą na nie tak, jak patrzyli na mnie w konsulacie Karabachu. Młodzi Irańczycy mają swoje knajpy. Kiedyś wylądowaliśmy na imprezie w jednej z nich. Chłopaki z Iranu mieli tenisowe frotki z trupimi czachami na nadgarstkach i kolczyki w uszach, też z czachami. Mówili, że są emo i że w Iranie by ich za takie ciuchy zwyzywali od pedałów. Tutaj, dodawali, nie oszukujmy się, też. Ale w Iranie jednak gorzej. I pić nie można – mówili. Za picie są baty. Piliśmy wódkę i próbowaliśmy śpiewać irański hymn, ale nic z tego nie wyszło. Dziewczyn z nimi nie było. Zastanawiałem się, czy może nawet dla irańskich emociaków z Tabrizu chlać z dziewczynami to było zbyt wielkie przegięcie, ale trochę głupio mi było spytać, żeby nie wyjść na kogoś z głową zakutą w stereotyp. No i efekt jest taki, że nadal nie wiem.

***

Wne?trza wykutego w skale klasztoru GeghardWne?trza wykutego w skale klasztoru Geghard Fot. Justyna Mielnikiewicz

Czasem przyjeżdżają Ormianie z innych krajów, z diaspory, i patrzą na poradziecką Armenię szeroko otwartymi oczami. Na przykład taki Sako. Ormianin z Libanu, przyjechał do Erywania niedawno. Jego rodzina w diasporze od pokoleń, a tu, po upadku ZSRR – nagle niepodległe państwo ormiańskie. Pierwsze od upadku ormiańskiego Królestwa Cylicji, które – po pierwsze – istniało prawie tysiąc lat temu, po drugie – leżało nad Morzem Śródziemnym, czyli kawał drogi stąd. On, Sako, też jest znad Morza Śródziemnego, i trochę strach było pchać się w te góry, jeszcze za Turcję, do Poradziecji – ale naród to naród, a niepodległość to niepodległość. No i przyjechał. Na początku chciał uciekać z powrotem. Nie rozumiał tych ponurych ludzi w czarnych kurtkach. Nie czuł się dobrze wśród kopcących marszrutek i radzieckich aut. Ale nie bardzo miał już gdzie wracać – w Libanie robiło się coraz bardziej gorąco. W końcu się przyzwyczaił i został. Co tam.

Albo taki Raffi Howanizjan. Amerykański Ormianin, który przyjechał tutaj robić karierę polityczną. Gdy startował na prezydenta, zaprosił do domu dziennikarzy. Też się załapałem. Siedzieliśmy w wielkim salonie, a cała rodzina Howanizjanów odprawiała szopkę pod tytułem „Witajcie w amerykańskiej polityce”. Żona miała uśmiech namalowany jak uśmiech Jokera, dzieci też. Sam Raffi wyglądał jak szef włoskiej mafii z filmów Scorsese. Gdy wychodził do ludu, zakładał, jak wszyscy, czarną, skórzaną kurtkę i czarny kaszkiet. Przebierał się. Przyjechał tutaj, do dzikiej Rurytanii, by mieć dla siebie własne królestwo na Wschodzie. I, jak każdy Amerykanin, był bardzo zdeterminowany w dążeniu do celu. Gdy wybory wygrał ten, który miał wygrać, czyli Serż Sarkizjan, Raffi pod budynkiem opery zorganizował coś w rodzaju Majdanu. Krzyczał ze schodów do tłumu, w tym kaszkiecie i w tej czarnej kurtce, że nie ruszy się, póki wyniki wyborów nie zostaną unieważnione. Poszliśmy na piwo, a potem wróciliśmy tam, pod operę, w nocy. Zwolennicy Raffiego nadal tam byli, ale samego Raffiego nie było. Pojechał po sweter, bo zimno – powiedzieli nam ludzie ze sztabu. Długo nie wracał, więc znów poszliśmy na piwo.

Ale za to gdy jechał przez miasto prezydent Serż Sarkizjan – to dopiero było. Gdy kierujący ruchem milicjant w poradzieckiej wielkiej czapie zobaczył już z daleka kolumnę błyszczących, czarnych, prezydenckich samochodów – to o mało języka nie połknął z wrażenia. Nie mógł się zdecydować, czy opierdalać cisnące mu się za plecami auta, czy prężyć się i salutować przed prezydentem, więc na przemian robił jedno i drugie. Machał czarno-białą pałą w stronę kierowców, prawie rzucał się na nich całym ciałem, a w tym jego wyginaniu się było coś tak wulgarnego i pogardliwego, że aż zimne poty biły, a po chwili prostował się jak słup i przykładał dłoń do daszka czapki. I tak na zmianę, jak zaprogramowany. Wszystko, pomiędzy tymi poradzieckimi zigguratami, wydawało się na miejscu. Tak właśnie powinno się osalutowywać starożytnego satrapę.

***

Erywan?, blokowisko z portretem ormian?skiego bohatera Gevorga Chausha, który na pocza?tku XX wieku walczył przeciwko TurcjiErywan?, blokowisko z portretem ormian?skiego bohatera Gevorga Chausha, który na pocza?tku XX wieku walczył przeciwko Turcji Fot. Justyna Mielnikiewicz

Sewan za to był dziwny. Gdy byłem tam po raz pierwszy, było w Sewanie bardzo smutno. To była zima, i białe, ceglane bloki sterczały ze stężałego błota. Jezioro Sewan, nad którym mieszkał przez jakiś czas Osip Mandelsztam i o którym pisał w Podróży do Armenii, leżało parę kilometrów dalej, ale nie było się tam gdzie zatrzymać na noc. Było poza sezonem i wszystko zatrzaśnięto na kłódkę. Pokręciliśmy się tylko przy jeziorze i wjechaliśmy do miasta. Jechaliśmy tam między jakimiś fabrycznymi murami. Jak przez korytarz. Miasto wyglądało jak zachodni stereotyp o Europie Wschodniej. Zaczęliśmy się naradzać z jakimiś przygodnie spotkanymi kolesiami, gdzie by tu można przenocować, ale zaczęło się już dzwonienie z telefonów do szwagrów, przyjaciół, wujków, to całe robienie afery wokół dziwaków z plecakami, a do tego zaczęło pachnieć obrabianiem z kasy, więc dyskretnie się wycofaliśmy.

A jako że w mieście Sewan jako żywo nie było dokąd się wycofać, musieliśmy wycofać się aż do Erywania.

Drugi raz było lato i poszło łatwiej. Miasto Sewan nie wyglądało już jak nocna zmora i trochę mi przeszła trauma poprzedniej wizyty. Jak wszędzie w Armenii latem – było betonowo i pyliście. W sumie to nie tylko w Armenii, tylko w całym tym pasie – od Polski, przez Rumunię i Mołdawię, przez Ukrainę – po Kaukaz. Jak wszędzie w tych biednych krajach, które nauczyły się podrabiać zachodnie materiały budowlane, ale nie do końca umiały z nich zbudować cokolwiek uroczego. Tutaj było to samo. Uliczny handel na tanim bruku albo zaschniętym błocie i tysiące szyldów. Właściwie to to samo, co było na początku, teraz i zawsze, tylko w odrobinę innych dekoracjach.

Ale jezioro było piękne. Chodziliśmy po starym, betonowym nabrzeżu, którego nikt nie wyremontował, przeżarte więc było na wylot. Przez dziury widać było wodę, a w niej – rafy koralowe z pustych plastikowych butelek. Jacyś polscy turyści leżeli na plecakach. Na skarpie jakaś pani grzebała w majtkach starszemu, dostojnemu mężczyźnie o pięknej linii nosa. Pan patrzył dostojnie w dal, na spokojną taflę jeziora i na góry wznoszące się przy jego brzegach. Było pięknie.

Tekst opublikowany pierwotnie w „Kontynentach”, nr 2/2016 - znajduje się w antologii "Azja. Opowieści podróżne" wydawnictwa Kontynenty.

Antologia dostępna jest w formie ebooka w Publio.pl >>