Najbardziej osobista i zapewne najwspanialsza książka Marka Bieńczyka [FRAGMENT]

Autor dochodzi w niej do literackiej perfekcji "zarówno gdy pisze o Canettim, Faulknerze czy Camusie, jak i wtedy, gdy przywołuje po imieniu bliskie mu osoby. Bo do "Kontenera" włożył to, co mu najbliższe. To, czym żył, [.] i to, czym nadal żyje i się zachwyca".

Książka dostępna jest w formie ebooka w Publio.pl >>

Najpierw był pomysł, by napisać książkę o oddechu. O zadyszce od natłoku zdarzeń, o nerwowym, a może smogowym kaszlu. Też o miarowym oddychaniu. W końcu o sztucznym oddychaniu, wstrzymywaniu oddechu, o ostatnim tchnieniu.

Czy w to miejsce powstała książka o pamięci? O podróży? Uciekaniu od siebie, przez Kanadę i podwarszawski las? O pożegnaniach? Czy może jednak o oddechu? Czyli o tym, jak niewiele oddziela nas od nieistnienia.

Udało się Bieńczykowi wszystkie te zdarzenia, osoby, myśli, uczucia powiązać najdelikatniejszymi nićmi. Udało mu się nazywać najtrudniejsze rzeczy najprostszymi słowami, "zacieśnić mówienie tak, aż zostanie nic, słowo widmo". I stworzył książkę pełną życia, bo "Kontener" oświetla, prześwietla nasze zmysły: smak, zapach, dotyk, spojrzenie. Zarazem nadzwyczajną książkę ponad tym życiem zawieszoną. Jak powietrze.

 


Weź głęboki wdech i przeczytaj fragment: 

Rozdział 17. Mięso

Są słowa, których dudniącego dźwięku, głośnego wymówienia, się lękam. Zwłaszcza to jedno przeraża, choć samo w sobie nie jest złowieszcze. Raczej okrutne jedynie, tyle że nie da się całkiem określić, w stosunku do kogo czy czego. Jedno z tych niewielu, które zdołała jeszcze wymówić.

Wtedy, zaraz po przewiezieniu do domu z ponoć najlepszego szpitala w mieście; po pięciu minutach było jasne, że należy ją zawieźć natychmiast do kolejnego szpitala, jakiegokolwiek, byle nie najlepszego. W tym czasie - karmiona wcześniej jakimś płynnym świństwem przez rurkę - zdążyła, posadzona na kanapie, otworzyć usta i wypowiedzieć z ogromnym trudem, na samym końcu wydechu, przez zaciśniętą krtań, owo słowo: mięso. Czy raczej: Mięso! Z dużej litery, z wykrzyknikiem. Z wykrzyknikiem, bo było w tym wypowiedzeniu pragnienie, pożądanie, rozkaz, tęsknota. Z dużej, gdyż mięso nie było tu tylko przywołane do spożycia - jak w szlacheckim wołaczu: mięsa! (piwa! chleba! szczupaka!), lecz ujęte w swej substancjalnej, mianownikowej wartości. To "Mięso!" mówiło o istnieniu mięsa; mówiło w sposób bezwzględny, niepodważalny. Był człowiek i było mięso, które człowiek jadł. Był człowiek i mięso zwierząt stanowiło jego środowisko, jego pokarm od zarania, od zejścia z drzew. Był umierający człowiek i z życiem wiązało go wciąż mięso, które miało być jeszcze - ostatecznie nic z tego nie wyszło, krtań okazała się zbyt mocno zaciśnięta - spożyte. Był człowiek i "Mięso!", wycharczane słowem, stanowiło nieprzekraczalny horyzont, bliską obecność z tego świata.

Te dwie sylaby - mniej jako wspomnienie tej sceny wiążącej się z umierającą, bardziej jako odkrycie pewnej szczególnej prawdy o bycie - noszę w sobie; wracają nie tylko w prostym skojarzeniu ze stołem i potrawami. Także, a może przede wszystkim, jako krzyk, jako okrzyk z tego właśnie świata, z tej ziemi. Teraz, dopiero teraz wiem, czym jest mięso.

Rozdział 26. Tęsknota

Matka co chwila dotyka ciała niemowlęcia; czuje potrzebę sprawdzania. Wobec odchodzących kontrola stanu ich ciał również należy do czynności podstawowych, jak zaglądanie do telefonu komórkowego w dniu normalnym. Nakaz sprawdzania bardzo się rozwinął; jest to zachowanie - spojrzeć w ekran, przesunąć stronę - które technologia wzmaga nieustannie, a dzisiejsza cywilizacja wybitnie dowartościowuje. Ekran i ekranik prawdę nam powiedzą, o czymś poinformują, a bez informacji pozostajemy na głodzie.

W pokoju odchodzących jest dziś więcej możliwości sprawdzania niż kiedyś. Ekran nad łóżkiem emituje nieskończony serial dla uzależnionego spojrzenia; wzrok powraca do niego co parę minut, jest! Nowy wynik, nowa informacja, potwierdzenie poprzedniej. Krzywa się trzyma, puls może być, jak tam ciśnienie? Wydruki komputerowe, procentowe zestawienia, porównywanie norm i nienorm, okazji do kontroli nie zabraknie.

Wejście do pokoju, w szpitalu czy w mieszkaniu, od razu rodzi odruch kontrolny. Już na progu zaczynamy wdychać kontrolnie atmosferę, jakbyśmy z natężenia tlenu w powietrzu, z jego zapachu, z niewidzialnych wibracji mogli się czegoś dowiedzieć, otrzymać pierwszą informację. Można też, trzeba nawet, sprawdzić poziom płynu w buteleczce z lekarstwem, albo w butelce z wodą, która powinna zostać dawno temu wypita. Spływanie kroplówki, spływanie moczu do torebki, ważne dane do kontroli. W głowie formuje się mechanizm: co by tu jeszcze sprawdzić. Jakie dane można by jeszcze uzyskać. Sprawdzenie łączy się z obawą; a lęk tym większe zdobywa pole do popisu, im dalej sięgają technologiczne możliwości.

Wszystko to są zastępcze techniki, do których myśl się przywiązuje, gdyż przywykła działać w świecie hipertechnicznym. Zastępcze wobec jednego podstawowego, odwiecznego gestu sprawdzenia: dotyku. Sprawdzić czoło, sprawdzić tętno, sprawdzić ciepło ciała, sprawdzić, że po prostu jest, dotykając stóp, dłoni, policzków.

Ale przychodzi lub powtarza się chwila, gdy dotyk rezygnuje z kontroli, z upewniania się i sprawdzania. To znaczy przestaje być przedłużeniem wykresów i pulsowania aparatów, rozumie, że i tak nic po tym. Wciąż jakoś sprawdza, upewnia się, lecz ta moc sprawdzania w końcu niknie; przychodzi w jej miejsce inna moc: tęsknoty. Dłoń, dotykając dłoni złożonej na kołdrze, czuje jej ciepło i już za nim tęskni. Dłonie zaczynają być naszym przedstawicielstwem; jeśli ręka kiedykolwiek myśli, to właśnie teraz. Im więcej ciepła pobiera, tym mocniej tęskni. Wie, że jest uzależniona i że utrata zacznie się najboleśniej tu, bezpośrednio na jej skórze: dłoń przestanie odczuwać ciepło drugiej dłoni i nastanie wieczne zimno.

Ta chwila tworzy nową miarę czasu; nigdy indziej czas tak zdecydowanie nie wyzwala się spod technicznej miary atomowych zegarów i nie staje się tak bardzo, nie mam lepszego określenia, prawdziwy.

W chwilę po, kiedy krew przestanie już krążyć, ciepło w złączonych dłoniach, tej martwej i tej żywej, jeszcze się utrzymuje; gaśnie powoli, cichnące adagio.

'Kontener', Marek Bieńczyk'Kontener', Marek Bieńczyk Wydawnictwo Wielka Litera

Książka dostępna jest w formie ebooka w Publio.pl >>

"Kontener", Marek Bieńczyk, Wielka Litera 2018.

Więcej o:
Komentarze (1)
Najbardziej osobista i zapewne najwspanialsza książka Marka Bieńczyka [FRAGMENT]
Zaloguj się
  • tom-ish

    Oceniono 2 razy 0

    Jeden z niewielu dziś tak utalentowanych myślicieli i pisarzy. Wspaniałe, błyskotliwe, piękne, dopracowane w najmniejszym szczególe teksty. Już "Książką twarzy" Bieńczyk wskoczył na poziom nieosiągalny dla większości eseistów. Stanął w szeregu ze Stempowskim, Micińskim, Herbertem. Geniusz!

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX