Jak przeżyć w Ameryce, kiedy jesteś samotną matką pracującą za grosze?

"Żadna praca nie hańbi" - słyszeliśmy to od dzieciństwa. Mówiono nam też, że każdy jest kowalem swojego losu. Czy uwierzyliśmy, że ubóstwo to rodzaj patologii, a biedni sami są sobie winni? Książka Stephanie Land skutecznie weryfikuje te sądy.

<<Reklama>> Książka dostępna jest w formie e-booka w Publio.pl >>

Czasami jedna zła decyzja ma wpływ na całe życie. Tak było, kiedy Stephanie związała się z niewłaściwym mężczyzną. To miała być tylko wakacyjna przygoda – a jednak kilkanaście miesięcy później Stephanie mieszkała z agresywnym Jamie’em i ich małą córeczką, nieplanowanym, ale kochanym dzieckiem. Kiedy postanowiła zerwać z chłopakiem i zawalczyć o niezależność, przekonała się, że ciężka praca i determinacja czasem nie wystarczą, by utrzymać się na powierzchni.

„Sprzątaczka” to nie tylko niezwykle ciekawa, chwilami szokująca relacja Stephanie z pracy przy sprzątaniu domów, opis warunków zatrudnienia, stosunków z pracodawcami i klientami. To również wstrząsająca opowieść o ubóstwie w Stanach Zjednoczonych. To historia ludzi, którzy nie są w stanie zarobić na życie, chociaż dają z siebie wszystko. Korzystając ze skomplikowanego systemu rządowych programów pomocowych, narażają się na pogardę nieznajomych, którzy nie wahają się wygłaszać swoich ocen publicznie. Wpadają też w swoistą pułapkę – nawet niewielki wzrost dochodów może sprawić, że utracą pomoc, od której zależy ich przetrwanie, i znów popadną w nędzę…

Książka 'Sprzątaczka', Stephanie LandKsiążka 'Sprzątaczka', Stephanie Land Wydawnictwo Czarne

Przeczytaj  fragment książki:

Moja córeczka nauczyła się chodzić w schronisku dla bezdomnych.

Było czerwcowe popołudnie w przeddzień jej pierwszych urodzin. Przysiadłam na wytartej sofie należącej do schroniska, by starym aparatem cyfrowym uchwycić pierwsze kroki Mii. Miała splątane włosy, kombinezon w paski, a w jej oczach widać było determinację. By utrzymać równowagę, podwijała i prostowała paluszki bosych stópek. Zza obiektywu przyglądałam się fałdkom na jej kostkach i udach oraz zaokrąglonemu brzuszkowi. Gaworząc, ruszyła ku mnie po wyłożonej płytkami podłodze, w którą latami wciskał się brud. Choćbym nie wiem jak szorowała, nigdy nie zdołałabym tej podłogi doczyścić.

Był to ostatni tydzień naszego dziewięćdziesięciodniowego pobytu w domku po północnej stronie miasta, przeznaczonym przez miejski wydział mieszkaniowy dla bezdomnych. Kolejnym etapem miało być mieszkanie zastępcze w starym, zaniedbanym budynku o betonowych podłogach, który służył także jako ośrodek resocjalizacji. Choć domek był tylko przejściowym lokum, w miarę możności starałam się uczynić z niego dom dla mojej córeczki. Na kanapie położyłam żółtą narzutę,nie tylko by ocieplić nieco przygnębiające białe ściany i szarą posadzkę, ale także by coś kolorowego i wesołego rozpraszało mrok codzienności.

Na ścianie przy drzwiach powiesiłam mały kalendarz, wypełniony notatkami o spotkaniach z pracownikami organizacji, które mogłam prosić o pomoc. Poruszyłam niebo i ziemię, pukałam do drzwi wszystkich budynków pomocy społecznej i stałam w długich kolejkach, wśród ludzi trzymających teczki pełne papierów zaświadczających, że nie mają pieniędzy. Udowadnianie, że jest się biednym, to ciężka i deprymująca praca.

Nie wolno nam było przyjmować gości ani w ogóle zbyt wiele posiadać. Nasz majątek mieścił się w jednej torbie. Mia miała jedynie koszyczek z zabawkami. Moje nieliczne książki leżały na regale oddzielającym pokój od kuchni. Stały tam okrągły stół, do którego przypięłam fotelik Mii, i krzesło, na którym siedziałam i przyglądałam się, jak moja córka je. Często równocześnie piłam kawę, by zabić głód.

Patrząc, jak Mia stawia pierwsze kroki, starałam się omijać wzrokiem leżące za nią zielone pudełko, w którym trzymałam dokumenty dotyczące sądowej walki z jej ojcem o opiekę nad dzieckiem. Próbowałam się skupić na małej i uśmiechać, jakby wszystko było w najlepszym porządku. Gdybym odwróciła aparat fotograficzny, nie poznałabym siebie samej. Na moich nielicznych zdjęciach z tego okresu widnieje niemal inna osoba; nigdy w życiu nie byłam tak chuda jak wówczas. Pracowałam dorywczo w ogrodach, przez kilka godzin w tygodniu przycinałam krzewy, usuwałam zbyt wybujałe krzaki jagód, wyrywałam maleńkie źdźbła trawy w miejscach, gdzie nie powinny rosnąć. Czasami myłam podłogi i toalety w domach znajomych, którzy słyszeli, że rozpaczliwie potrzebuję pieniędzy. Oni też nie byli bogaci, mieli jednak pewne finansowe zabezpieczenie, którego ja byłam pozbawiona. Zagubiony czek stanowiłby dla nich utrudnienie, a nie początek łańcucha wydarzeń prowadzących do zamieszkania w schronisku dla bezdomnych. Mieli rodziców i innych krewnych gotowych im pomóc. Nam nikt nie śpieszył na ratunek. Mia i ja miałyśmy tylko siebie. […]

Połowa mieszkańców naszego nowego budynku Northwest Passage, finansowanego z Transitional Family Housing Program[1], należała do tej samej co ja kategorii – ludzi, którzy wyprowadzili się ze schronisk dla bezdomnych. Drugą połowę stanowiły osoby, które właśnie wyszły z więzienia. Uważano,że takie mieszkanie to awans w porównaniu ze schroniskiem,mnie jednak już od progu brakowało zacisza domku. Tutaj,w tym budynku, wszyscy jasno widzieli moją rzeczywistość – nawet ja sama.

Mama i William czekali z tyłu, gdy zbliżałam się do drzwi naszego nowego mieszkania. Musiałam postawić na ziemi niesione pudło, bo zamek ciężko się otwierał, więc siłowałam się z kluczem. W końcu znaleźliśmy się w środku.

– No, przynajmniej trudno będzie się tu włamać – zażartował William.

Od wejścia biegł wąski korytarz, a naprzeciwko znajdowała się łazienka. Od razu zauważyłam wannę, w której Mia i ja mogłyśmy się razem kąpać. Od dawna nie miałyśmy takiego luksusu. Okna dwóch sypialni po prawej wychodziły na ulicę.W maleńkiej kuchni stała lodówka, której drzwi przy otwieraniu ocierały się o stojące naprzeciwko szafki. Przeszłam po dużych białych płytkach podłogowych, przypominających te ze schroniska, i otworzyłam drzwi na niewielki taras, akurat na tyle szeroki, bym mogła tam siedzieć z wyciągniętymi nogami.

Dwa tygodnie wcześniej byłam tu na chwilę z Julie, moją opiekunką społeczną. Poprzednia rodzina zajmowała to mieszkanie przez dwadzieścia cztery miesiące – maksymalny dozwolony okres.

– Masz szczęście, że się zwolniło – powiedziała Julie. – Szczególnie,że kończy ci się możliwość pobytu w schronisku.

Podczas naszego pierwszego spotkania siedziałam naprzeciwko Julie i zacinając się, usiłowałam sensownie odpowiadać na jej pytania o moje plany, o to, jak zamierzam zapewnić dziecku byt,jak chcę osiągnąć stabilizację finansową, jakiej pracy mogę się podjąć. Wydawało się, że Julie rozumie moje zagubienie, podsuwałam i sugestie, co powinnam zrobić. Jedynym wyjściem dla mnie było przeprowadzenie się do taniego mieszkania, ale znalezienie takiego stanowiło wyzwanie. Pracownicy Ośrodka dla Ofiar Przemocy Domowej i Przemocy na tle Seksualnym prowadzili chronione placówki wsparcia dla osób, które nie miały gdzie się podziać, ja jednak miałam fart: wydział mieszkaniowy zaproponował mi własne miejsce umożliwiające małą stabilizację.

Podczas pierwszego spotkania Julie i ja przejrzałyśmy czterostronicową listę surowych przepisów, na które musiałam się zgodzić, by móc zamieszkać w schronisku wydziału mieszkaniowego.

Goście przyjmują do wiadomości, że jest to schronisko tymczasowe.

To NIE JEST dom.

W każdej chwili można zostać poddanym BADANIU MOCZU.

W schronisku NIE WOLNO przyjmować wizyt.

NIE MA WYJĄTKÓW.

Julie jasno powiedziała, że także w mieszkaniu tymczasowym od czasu do czasu przeprowadzane są kontrole, czy mieszkańcy wykonują podstawowe prace domowe, takie jak zmywanie naczyń, niepozostawianie jedzenia na blacie i zamiatanie podłogi.Znów zgodziłam się na wyrywkowe badania moczu, wyrywkowe inspekcje mieszkania i ciszę nocną o dziesiątej wieczorem.Goście mogli nocować tylko po uzyskaniu zezwolenia,i to nie dłużej niż przez trzy dni. Należało natychmiast informować o wszelkich zmianach dochodów i składać comiesięczne sprawozdania,podając szczegółowo wszystkie wpływy pieniężne oraz wydatki wraz z uzasadnieniem ich celowości.

Moja opiekunka zawsze była miła i uśmiechnięta. Ceniłam to, że nie miała zmęczonej, niechętnej miny, cechującej wielu opiekunów społecznych w biurach rządowych. Traktowała mnie jak człowieka. Gdy mówiła, zakładała za uszy krótkie miedziano rude włosy. Nie mogłam jednak przestać myśleć o tym, że jej zdaniem mi się poszczęściło. Nie czułam tego szczęścia. Wdzięczność – tak, zdecydowanie. Ale nie to, że„miałam szczęście”. Nie w sytuacji, gdy wprowadzałam się do miejsca, którego regulamin sugerował, że jestem narkomanką,brudasem albo że tak zniszczyłam sobie życie, że potrzebuję narzuconej ciszy nocnej i badań moczu.

Bycie biedną bardzo przypominało zwolnienie warunkowe – a przestępstwo polegało na braku środków do życia.

[1]Program mieszkań zastępczych dla rodzin.

<<Reklama>> Książka dostępna jest w formie e-booka w Publio.pl >>

Okładka książki 'Sprzątaczka' Stephanie LandOkładka książki 'Sprzątaczka' Stephanie Land Wydawnictwo Czarne