Martwi także mają prawa... Wywiad z Katarzyną Kobylarczyk, autorką reportażu "Strup. Hiszpania rozdrapuje rany"

W polskich podręcznikach historii wojna domowa w Hiszpanii jest epizodem. Można wręcz odnieść wrażenie, że ten leżący na uboczu Europy kraj wyszedł obronną ręką z ideologicznego szaleństwa, które w XX wieku pochłonęło miliony ofiar. Reportaż Katarzyny Kobylarczyk, "Strup. Hiszpania rozdrapuje rany", przeczy jednak temu obrazowi. Z autorką rozmawiamy o tym, dlaczego nawet po 80 latach od tamtych wydarzeń rozliczenie z przeszłością jest konieczne.

<<Reklama>> Książka dostępna jest w formie e-booka w Publio.pl >>

Czy Hiszpanie piszą swoją historię na nowo? Z pani książki wynika, że o wielu sprawach z czasów wojny domowej i dyktatury nie mówiło się głośno aż do początku XXI wieku. Między innymi o tym, jak wielu cywilów zginęło w tym czasie.

Taka miała być cena pokojowej transformacji od dyktatury generała Franco do monarchii konstytucyjnej: zapominamy o przeszłości, nikogo nie rozliczamy, patrzymy w przyszłość i budujemy nowy kraj. Partia Ludowa, hiszpańska prawica, zrobiła refren ze słów „nie będziemy rozdrapywać stary ran”. Ale okazało się, że takie nieopatrzone, niezaleczone rany nie chcą się dobrze goić. Przeszłość wraca, mówienia o niej domagają się wnukowie pomordowanych. To oni chcą wreszcie dowiedzieć się, co się stało z ich dziadkiem, gdzie leżą jego szczątki, chcą te szczątki ekshumować i przenieść na cmentarz, do prawdziwego grobu. Historycy nie są nawet zgodni, ile takich ciał zakopano w anonimowych grobach, po polach, studniach i rowach – może 130 tysięcy, może 190 tysięcy?

Katarzyna KobylarczykKatarzyna Kobylarczyk Foto Paweł Kułakowski

Na stronie hiszpańskiego Ministerstwa Sprawiedliwości jest mapa miejsc, gdzie „zlokalizowano szczątki osób , które w sposób wymuszony zaginęły” podczas wojny domowej. Nawet teraz hiszpański rząd nie nazywa tego oficjalnie zabójstwem lub ludobójstwem?

Tak, i ma ku temu dobry powód: ludobójstwo, jako zbrodnia przeciwko ludzkości, nie ulega przedawnieniu. Nazywając te zbrodnie ludobójstwem, Hiszpania musiałaby podjąć kroki prawne, żeby ustalić i ukarać winnych. A Hiszpania nie chce tego robić i nie zamierza pozwolić, by zrobili to za nią inni, na przykład Argentyna, która już próbowała zająć się zbrodniami frankizmu w ramach sprawiedliwości międzynarodowej. Dlatego o ofiarach represji w Hiszpanii powszechnie mówi się i pisze „desaparecidos”, zaginieni, a nie – zamordowani. Hiszpański wymiar sprawiedliwości twierdzi, że cokolwiek się wydarzyło, uległo przedawnieniu lub podlega amnestii z 1977 roku.

Po zaginionych nie zostały akty zgonu, groby. Jednak wiele osób podejmuje wysiłek, by odnaleźć ciała bliskich. Po tylu latach szanse na to są chyba jednak znikome? Czy jest w ogóle sens szukać?

Te rodziny, które decydują się na poszukiwania, są bardzo zdeterminowane. Przetrząsają archiwa, zbierają świadectwa, organizują ekshumacje, angażują się. Często najpierw odnajdują ciała wielu innych zaginionych, zanim trafią – lub nie – na szczątki swojego krewnego. To są bardzo trudne poszukiwania. Wprawdzie zwykle wiadomo, gdzie te groby są, ale od śmierci ofiar minęło ponad 80 lat, w ziemi leżą kości. Nie zawsze uda się pozyskać z nich materiał DNA, a nawet jeśli się uda – często nie ma go z czym porównać, bo pokrewieństwo jest już zbyt dalekie. Hiszpania stoi przed ogromnie bolesnym paradoksem: wielu ludzi szuka ciał krewnych i nie może ich odnaleźć, a jednocześnie odnajduje się i ekshumuje tysiące kości i nie ma sposobu, żeby ustalić, do kogo należą.

Jeden z bohaterów Pani książki mówi, że „martwi także mają prawa”…

Mają prawo do pamięci. Do godnego pochówku. To wystarczający powód, żeby jednak szukać tych ciał i je ekshumować, zamiast zostawić je w rowach.

W czasie wojny domowej frankiści stosowali pedagogia de la sangre – naukę krwią, ale po wprowadzeniu dyktatury wcale nie nadszedł spokój. W latach 40. Franco zamknął w więzieniu jeden procent populacji kraju. Wielu z tych ludzi stało się potem przymusowymi robotnikami. O tym też się chyba zbyt często nie wspomina?

Ponieważ nie wolno rozdrapywać starych ran, prawda? Ángel Viñas, profesor historii politycznej Hiszpanii, uważa, że Franco był dla swoich własnych obywateli znacznie bardziej brutalny niż Hitler dla Niemców czy Mussolini dla Włochów. Zamknął w więzieniach, obozach pracy i obozach koncentracyjnych ponad 270 tysięcy ludzi. Wprowadził prawo, które karało nie tylko tych, którzy czynnie sprzeciwili się wojskowej rebelii z 1936 roku, ale i zachowali wobec niej „poważną bierność”. Już po wojnie kazał rozstrzelać ponad 20 tysięcy ludzi. Ci, którym egzekucję zamieniono na wieloletnią odsiadkę, mogli skrócić wyrok, pracując przy budowie torów kolejowych, w kopalniach, przy budowie zapór wodnych, kanałów albo Doliny Poległych. Franco uważał to za pojednanie przez pracę.

Książka 'Strup. Hiszpania rozdrapuje rany', Katarzyna KobylarczykKsiążka 'Strup. Hiszpania rozdrapuje rany', Katarzyna Kobylarczyk Wydawnictwo Czarne

Republikanie ginęli też w niemieckich obozach koncentracyjnych. Mimo że Hiszpania była sojusznikiem III Rzeszy i nie przystąpiła do udziału w wojnie. Ci, którzy przeżyli i wrócili, byli w najlepszym razie niewidzialni dla systemu…

Zdecydowana większość w ogóle nie wróciła. Woleli zostać we Francji, czekając na upadek reżimu. Mieli nadzieję, że alianci po Hitlerze wezmą się za Franco i, no cóż, srodze się zawiedli. To byli często dawni żołnierze republikańskiej armii, którym udało się przedostać przez Pireneje tuż przed końcem wojny domowej. Frankistowska Hiszpania wyrzekła się ich. Kiedy po upadku Francji zostali wzięci do niewoli przez Wehrmacht, początkowo Niemcy traktowali ich jako jeńców wojennych. Do obozów koncentracyjnych trafili dopiero, gdy frankiści oznajmili, że poza Hiszpanią nie ma Hiszpanów. Stali się niczyi i można było zrobić z nimi wszystko. W ten sposób do nazistowskich obozów poszło 9 tysięcy republikanów. Zginęło ponad 5 tysięcy.

Symbolem wspomnianego wyżej pojednania miała stać się gigantyczna Dolina Poległych, w której może znajdować się nawet 60 tys. ciał – frankistów i republikanów. Zamiast tego jest postrzegana jako miejsce gloryfikujące wojnę domową i dyktaturę. Podobnie jak różnorakie mauzolea... Co zrobić z pomnikami ofiar ze strony frankistów?

Na to pytanie nie ma dobrej odpowiedzi i doskonale widać to na przykładzie Doliny Poległych. Owszem, udało się ekshumować stamtąd ciało generała Franco, przeniesiono go do rodzinnego grobowca w El Pardo. Ale została gigantyczna podziemna bazylika, cała zdobna we frankistowskie symbole. Co z nią zrobić? Zburzyć? Są takie głosy w Hiszpanii. Co jakiś czas zdarza się, że skrajnie lewicowy polityk krzyknie, żeby obalić 150-metrowy krzyż, który wieńczy Dolinę. Czy to będzie sprawiedliwe? Czy przysłuży się pojednaniu? Na dodatek w kryptach Doliny wciąż leży kilkadziesiąt tysięcy ciał i chyba coraz bardziej jasne staje się, że z przyczyn technicznych nie uda się ich wydobyć i oddać rodzinom. To po prostu niemożliwe. Więc co z tym zrobić? Zdesakralizować? Zamienić w muzeum? Z kośćmi w środku? Zostawić, jak jest? Nie ma dobrej odpowiedzi, ja jej nie znam. Wiem, że kiedy mieszkałam w Dolinie (jest tam dom pielgrzyma, w którym można nocować), miałam poczucie, że cała ta bazylika, te krypty, ten klasztor – to po prostu mina-pułapka, którą generał Franco zostawił swojemu krajowi w spadku.

Z perspektywy Polski Hiszpania wygląda na zlaicyzowany kraj, ale to chyba nie do końca prawda? Skoro 1800 ofiar wojny domowej zostało beatyfikowanych jako męczennicy – ale tylko tych z prawej strony konfliktu.

Mam wrażenie, że hiszpański Kościół postanowił nie brać udziału w debacie na temat polityki historycznej, która toczy się teraz w Hiszpanii. Nie miesza się w kwestie ekshumacji, nie sprzeciwiał się także zabraniu ciała generała Franco z Doliny Poległych, chociaż nie udało mu się zdyscyplinować opata Doliny. Kościół stoi z boku, nie zabiera głosu – a jednocześnie z wielką determinacją i skrupulatnością robi swoje, upamiętnia własne ofiary. W podległych republikanom częściach kraju wymordowano ponad 8 tysięcy księży, zakonnic, mnichów. Kościół twierdzi, że większość z nich było męczennikami za wiarę, że zginęli z powodu nienawiści religijnej. Na tej podstawie przeprowadza beatyfikacje – największa miała miejsce w Tarragonie. Na ołtarze wyniesiono wtedy 522 nowych męczenników. Postulator, z którym rozmawiałam, spodziewa się, że w krótkim czasie dojdą do czterech tysięcy błogosławionych. I tak, rzeczywiście są to ofiary wyłącznie prawej strony konfliktu. Tych z lewej zabijali przecież katolicy...

Czy status ofiar się w końcu zrówna? Tak, aby nie musiały stać po „właściwej” stronie konfliktu, żeby zostały godnie upamiętnione? Czy nadal jest na to za wcześnie, czy raczej już za późno?

Wydaje się, że sami Hiszpanie marzą o czymś takim. Pamiętam badania, przeprowadzone przez Centrum Badań Socjologicznych. Wynikało z nich, że 82 procent Hiszpanów chciałoby, żeby współczesne uroczystości ku czci poległych w wojnie domowej upamiętniały ofiary obu stron konfliktu. Nie wiadomo tylko jak taka uroczystość miałaby wyglądać, ani kto miałby napisać jej scenariusz.

Katarzyna Kobylarczyk – reporterka. Jej teksty ukazywały się m.in. w „Dzienniku Polskim”, „Gazecie Wyborczej” i „Tygodniku Powszechnym”. Jest autorką książek: „Pył z landrynek. Hiszpańskie fiesty”, „Baśnie z bloku cudów. Reportaże nowohuckie” i „Strup. Hiszpania rozdrapuje rany”.

<<Reklama>> Książka dostępna jest w formie e-booka w Publio.pl >>

Okładka książki 'Strup. Hiszpania rozdrapuje rany', Katarzyna KobylarczykOkładka książki 'Strup. Hiszpania rozdrapuje rany', Katarzyna Kobylarczyk Wydawnictwo Czarne