Klementyna Suchanow: Byłyśmy nazywane "feminazistkami". A potem powoli robili z nas kryminalistki [FRAGMENT]

Zaskakuje cię to, jak rzeczywistość bardzo się upodabnia do świata "podręcznych" z powieści Margaret Atwood? Masz rację, od kilku lat dzieje się coś bez precedensu. Klementyna Suchanow w nowej książce dowodzi, że tu nie ma przypadku, a kobiece ciała stały się dziś przedmiotem wielkiej politycznej rozgrywki o losy świata.

Równolegle "To jest wojna" opowiada historię międzynarodowego buntu kobiet. To pisany na gorąco dziennik protestów, najnowsza historia feminizmu, który narodził się na nowo w Czarny Poniedziałek 3 października 2016, kiedy Polki, przerażone pomysłem karania za aborcję, wyszły na deszczowe ulice, by walczyć o swoje prawa. A potem szybko okazało się, że muszą tak naprawdę walczyć o wszystko. Publikujemy fragment książki, która dzisiaj trafia do księgarń.

Klementyna Suchanow "To jest wojna. Kobiety, fundamentaliści i nowe średniowiecze" - fragment

Wczoraj, gdy byłam w łazience, zadzwonił telefon. Odbieram, to Biuro Wewnętrzne Policji.

Był taki czas, że chroniłam swój numer telefonu. Policja, zamiast wysyłać zawiadomienia drogą oficjalną, lubi dzwonić. A nie chciałam się z nimi spoufalać, zwłaszcza że ze stróżów prawa przemieniają się w policję polityczną. Zresztą jacy to stróże? Pierwszej przemocy fizycznej w moim życiu doznałam ze strony policjanta latem 2017 roku. Uderzył mnie w twarz za filmowanie tego, co robili z protestującymi, i rzucił o słup ze światłami przy przejściu na Rozbracie. Wtedy byłam "czysta", jeszcze nie stałam się tą panią ze zdjęć w gazetach. Przez jakiś czas próbowałam utrzymać swoją prywatność, ale te "prywatne", "normalne" czasy dawno minęły.

Czarna Środa - protesty kobiet w Warszawie. Z lewej Klementyna SuchanowCzarna Środa - protesty kobiet w Warszawie. Z lewej Klementyna Suchanow Fot. Franciszek Mazur / Agencja Gazeta

Najpierw nazwali nas "kryminalistkami", bo walczyłyśmy na ulicach o prawo do swojego ciała, do ciał naszych córek. Byłyśmy też nazywane "feminazistkami", "morderczyniami". A potem powoli robili z nas kryminalistki. Chcesz protestować? Licz się z tym, że spotkają cię nieprzyjemności. Była epoka wręczania mandatów a to za naklejkę na barierce, a to za krzyczenie "Lech Wałęsa" albo za stanie na chodniku. Potem przyszedł czas pierwszych przesłuchań – w moim przypadku po blokadzie orszaku smoleńskiego w czerwcu 2017 roku, jeszcze sprzed epoki barierek na Krakowskim Przedmieściu. Wtedy po raz pierwszy wraz z Obywatelami RP stanął na drodze także Strajk Kobiet w ramach solidarności z Angeliką Domańską i Elwirą Borowiec. Miesiąc wcześniej obydwie zostały "podźgane" łokciami i zwyzywane przez tłum nabożnie wsłuchujący się w słowa Jarosława Kaczyńskiego wygłaszane z drabinki pod Pałacem Prezydenckim. Od organizatorów usłyszeć można było zachętę do "zajęcia się" dziewczynami. Musiałam się nauczyć procedury legitymowania przez policję, wszystkie musiałyśmy się tego nauczyć. Z "normalnych" obywatelek stawałyśmy się osobami, wobec których odbywają się czynności mające piętnować nas w oczach społeczeństwa.

To zawsze jest stres. Jedni płaczą, inni się wycofują, bo za dużo ich to kosztuje. Jeszcze innym grubieje skóra. Zostają. Pokonuje się wstyd i na kolejnym proteście ćwiczy ponownie całą procedurę, czasami w kompletnie absurdalnych sytuacjach. Manifestacja już zakończona, ale wystarczy, że jest się w pobliżu. Policja obstawia okoliczne uliczki i pojedynczo wyłapuje ludzi, na przykład "za podejrzenie posiadania jajek". Z czasem te sytuacje zaczęły mnie irytować, ich powtarzalność była okropnie nudna i – jak to lubię mówić – uwłaczająca inteligencji.

- Poproszę dokument tożsamości.

- Poproszę o podstawę prawną i faktyczną - odpowiadasz policjantowi. A on powołuje się na paragraf 15 ustawy o policji, który mówi, że policja ma prawo wylegitymować każdego. No dobrze, ma prawo, ale za co? Jaka jest podstawa faktyczna wylegitymowania mnie? Większość nie potrafi odpowiedzieć na to pytanie. I tak w koło Macieju.

No więc w końcu zadzwoniła do mnie pani z Biura Spraw Wewnętrznych Policji. Taka końcówka roku stała się już tradycją. W zeszłym roku dzień przed Wigilią wizytę złożyło mi ABW w sprawie posta na Facebooku. Tym razem chodziło o dochodzenie, czy użyto przemocy wobec M. po interwencji w związku z wymalowaniem napisu "Czas na sąd ostateczny" na murze Sejmu. Jeden z policjantów uszkodził jej kolano, chodziła potem z opaską ortopedyczną. Akcja miała miejsce w czasie, gdy decydowały się losy reform sądownictwa, przeciwko którym latem 2017 roku odbywały się masowe protesty. Rok później miał miejsce ciąg dalszy tego procesu, ale protestujących było coraz mniej, za to znajdowało się coraz więcej odważnych sędziów ślących pisma do sądów europejskich. Tego lata protestujący byli bardziej radykalni. Ja też. Brak jakiegokolwiek dialogu rządu z opozycją, całkowity brak szacunku nie tylko wobec odmiennych opinii, ale wobec demokracji jako podwalin systemu, doprowadzało część z nas do coraz śmielszych czynów. Tłumaczyłam to sobie tak: skoro PiS-owcy nie rozumieją polskiego języka ani kiedy się do nich mówi, ani kiedy się krzyczy, trzeba do nich przemówić językiem, który na pewno pojmą. I przede wszystkim - ponieważ przed nami uciekają - trzeba się z nimi konfrontować. A więc tego dnia, 19 lipca, kilkoro z nas postanowiło wbiec na trawnik wokół Sejmu (kwalifikowane jako "naruszenie miru") i na budynku, w którym właśnie dobijano sądy, napisać sprejem "Czas na sąd ostateczny". Żeby posłowie poczuli naszą bliskość. Żeby naruszyć tę granicę bezpieczeństwa, którą zbudowali, ustawiając między sobą i nami kordony mundurowych.

Klementyna Suchanow, demonstracja pod Sejmem w czasie procedowania nowelizacji ustawy o Sądzie Najwyższym i plakat z napisem 'Czas na sąd ostateczny' (19.07.2018 Warszawa)Klementyna Suchanow, demonstracja pod Sejmem w czasie procedowania nowelizacji ustawy o Sądzie Najwyższym i plakat z napisem 'Czas na sąd ostateczny' (19.07.2018 Warszawa) Fot. Agata Grzybowska / Agencja Gazeta

Zerwała się burza, a wraz z nią my. Ja i kilku studentów: Sebastian Słowiński (międzyobszarowe indywidualne studia humanistyczne i społeczne), M. (po socjologii), Jakub Skrzypek (ASP). W tym samym czasie w innym miejscu ktoś puścił tzw. screen, czyli racę, która tworzy zasłonę dymną – dla odciągnięcia uwagi. Do budynku Sejmu dobiegła tylko M. Coś udało się jej napisać na niebiesko, ale było to mało czytelne. Została powalona na ziemię. Chudego Sebę złapano gdzieś na trawniku, Kubę z łotrzykowskim uśmiechem też. Mnie wyprowadzano z krzaków, w których utknęłam, i odholowano na Wiejską, zostawiając "bez opieki". Ale ściana budynku, pod którym stałam, tak kusiła, że sprej schowany w kieszeni sam się prosił o użycie. Zmierzyłam dystans dzielący mnie od policjantów i stwierdziłam, że zanim dobiegną, powinnam zdążyć. Napisałam "czas na sąd". Nie udało się dopisać "ostateczny", bo przechodzący pan policjant z miną osoby, która nie może uwierzyć w taką otwartą bezczelność, dopadł mnie i wyrwał sprej. Potem zakuli mnie w kajdanki i wyprowadzili w strugach deszczu na tyły Sejmu, a potem wpakowali do suki. Na drugi dzień wieczorem postanowiliśmy dokończyć napis, dopisując jeszcze na dole "wypierdalać", które potem niosło się przez kraj, a po roku zyskało nowe znaczenie, gdy odkryto, że pocztówki z "wypierdalaj" słane wówczas do sędziów były częścią hejtu organizowanego w samym Ministerstwie Sprawiedliwości przez wiceministra. W każdym razie nic innego nie mieliśmy już do powiedzenia rządowi. Właśnie tej sprawy miało dotyczyć przesłuchanie.

W rok po tym zdarzeniu przyjdzie do nas wyrok nakazowy. A więc taki, kiedy sąd obraduje bez wzywania oskarżonych czy świadków. Skazano nas na ograniczenie wolności na trzydzieści dni oraz dwadzieścia godzin prac społecznych. Nasz napis został najpierw zasłonięty murem zbudowanym przez policjantów, żeby nie można było robić zdjęć, potem szybko zmazany. Tymczasem do tej pory na eksponowanym kawałku tuż za rogiem, przy poczcie, byczymi literami wypisane jest "Śródmieście Płd. Legia". To urażonym "niszczeniem mienia prywatnego" nie przeszkadza. Wandalizmem jest polityczny napis.

My, ludzie ulicy, od razu odczuwamy na własnej skórze zmianę w fotelu ministra spraw wewnętrznych, któremu podlega policja. Tym razem zmiana polega na tym, że ministrem (jednocześnie będąc szefem służb specjalnych) został Mariusz Kamiński. Człowiek skazany na trzy lata w tzw. aferze gruntowej, czyli nielegalnej prowokacji wobec Andrzeja Leppera, w tym za fałszowanie dokumentów i nielegalny podsłuch, a potem ułaskawiony przez prezydenta Dudę.

I tak 14 sierpnia Kamiński objął urząd i bum, po trzynastu miesiącach ciszy, 26 sierpnia, wydano wyrok w naszej sprawie. Każdy kolejny z czterech ministrów od razu dawał się poznać. Błaszczak - tępy agresor, Brudziński - cynik i cwaniak, Witek - postanowiła posprzątać, a Kamiński być groźnym. Za to zażalenie M. na policyjną przemoc zostało oddalone.

***

Ileż tych przesłuchań już było? Nie pamiętam. Pierwsze odbywały się w komisariacie na ulicy Dzielnej. Nastaliśmy się tam sporo, bo opozycyjny zwyczaj nakazuje, że wezwanych na przesłuchanie nie zostawia się samych. Dlatego na chodniku zawsze były grupki osób towarzyszących. Mój debiut przypadł na ciepły letni dzień, byłam razem z Anką Prus. Weszłam z mecenasem Krzysztofem Stępińskim, który od tej pory pro bono pomaga mnie i wielu innym aktywistom. Doświadczony karnista ze swoim filuternym błyskiem w oku, ekspert w zabawianiu dam, i ja. A tu krzywe korytarze pociągnięte do połowy sraczkowatą farbą olejną, krzywe schody, krzywe meble, kurz i bieda. Jak w Drogówce Smarzowskiego. A w środku tego wszystkiego policjanci, którzy najczęściej wstydzą się, że muszą nas przesłuchiwać. I dają o tym znać w różny sposób. Tam, na Dzielnej, za pierwszym razem też to odczułam. Ale potem za dużo się zrobiło tych przesłuchań. Przestałam na nie chodzić. Musiałabym nic innego nie robić, tylko zeznawać.

W końcu przyszły sprawy sądowe i wyroki. Człowiek przesiaduje godzinami na salach rozpraw, zaczyna uczyć się tych paragrafów i wkuwać na pamięć artykuły z kodeksu wykroczeń czy karnego - zależy, jaką winą uraczył nas policjant. Zapomnij o parytecie. Panie raczej wykroczeniówka, panowie karny. Po jakimś czasie stwierdziłam jednak, że nie chcę znać tych paragrafów. Po prostu odmawiam, by robiono ze mnie kryminalistkę. To oni są kryminalistami – legalistycznymi. A to, co robią, jest czystą przemocą. Niech się bawią w to sami.

<<Reklama>> Książka dostępna jest w formie e-booka w Publio.pl >>

Klementyna Suchanow 'To jest wojna' - okładkaKlementyna Suchanow 'To jest wojna' - okładka wyd. Agora

Więcej o: