"Ziemia zadrżała, rozstąpiła się, pochłonęła dziewczynę i jej pieska" [FRAGMENT]

Nowa powieść autorki nominowanej do Nagrody Literackiej "Nike". Ludzie zanurzeni w pamięci i historii. Historia zanurzona w zmieniającym się według odwiecznych prawideł świecie przyrody. Proza pulsująca w tym samym zniewalającym rytmie. Nikt dotychczas nie opowiadał w ten sposób o naszych najnowszych dziejach!

"Pod słońcem" to poruszająca saga o ludziach, którym przyszło żyć w trudnych czasach, adaptować się i zmieniać, a jednocześnie wciąż mierzyć z przeszłością – bo to, co odrzucone, zawsze powraca.

W centrum tej opowieści znajdują się Misza i Miłka, ich niełatwe małżeństwo i życiowa droga, ale za sprawą wspomnień głównych bohaterów czytelnik podróżuje w czasie – do okresu przedwojennego i strasznych epizodów wojennych, oraz w przestrzeni – spod Białegostoku do Warszawy, a nawet za Ural.

Dzięki szkatułkom pamięci ożywają postaci z przeszłości: ojciec Miszy, Zofia – pierwsza wielka miłość Miszy, nauczyciel Franciszek, który rozbudził w nim pasję do literatury, Marianna Zającowa nazywana kochanicą diabła, Jewdokia Ziemakowa rodząca martwe dzieci czy wrażliwiec Jurek Bułka, który nasłuchiwał szumu z wnętrza ziemi.

Wśród opisanych osób znajdziemy postacie żyjące w nierozerwalnej, naturalnej łączności z przyrodą, oraz takie, które zdają się żyć jedynie w świecie lektur, wspomnień i przemyśleń. Julia Fiedorczuk kreśli niezwykle barwne i oryginalne portrety ludzi składające się na esencję wielokulturowego, wielojęzycznego i pełnego sprzeczności Podlasia.

Przekonajcie się, jaka to fantastyczna książka!

<<Reklama>> Książka dostępna jest w formie e-booka w Publio.pl >>

Fragment:

II

Pozakładałem sobie ogrody

Nie było dane Miszy poznać całej historii życia profesora Koniarskiego. Ale ze strzępków opowieści, którymi profesor przeplatał ich prywatne lekcje literatury, chłopiec zdołał sobie z czasem poskładać pewne jej fragmenty. Wiedział, że jego nauczyciel urodził się w Białymstoku w pierwszych latach dwudziestego wieku, a następnie, jako małe dziecko, wyjechał z rodzicami do Paryża. Matka Rosjanka i ojciec Polak byli artystami. Matka pisała, ojciec malował. W Paryżu jedna po drugiej urodziły się dwie dziewczynki, młodsze siostry przyszłego drohiczyńskiego rusycysty, na zawsze dla Miszy bezimienne, choć to właśnie o czasach swojego dzieciństwa profesor opowiadał ze szczególnym upodobaniem: było to dzieciństwo spędzone pośród niepospolitych postaci czarownej epoki, w fantastycznym świecie, o którego istnieniu Misza do niedawna nie miał pojęcia, teraz zaś, dzięki relacjom starszego mężczyzny, zaczynał o tym świecie żarliwie marzyć. Tak, profesor Koniarski lubił opowiadać o tamtych czasach. Rozsiadał się w fotelu, mocno zaciągał belwederem, twarz mu młodniała, w oczach zapalały się płomyki i opowieści sypały się jak ziarno z przedziurawionego worka. Mówił na przykład o tym, jak to któregoś dnia obie siostry schowały się pod stołem w mieszkaniu pewnego literata i jak tam posnęły, a że stół przykryty był sięgającym prawie do podłogi obrusem, nie było ich widać. Całe artystyczne towarzystwo biegało po mieszkaniu w poszukiwaniu dwóch aniołków, „aniołków z różkami”, jak mawiała jego matka, des anges avec des cornes. Był piękny letni wieczór, więc część towarzystwa wybiegła nawet na ulicę i dalej rozpytywać wśród przechodniów, czy ktoś czasem nie zauważył dwóch małych zgub. Nikt ich oczywiście nie widział, ale przez to wypytywanie zawiązano nowe przyjaźnie i kiedy jednostka poszukiwawcza wróciła do mieszkania, gdzie tymczasem zdemaskowano kryjówkę des anges, jednostka była niemal dwukrotnie liczniejsza niż w chwili rozpoczęcia swej misji, co obok odnalezienia dziewczynek stało się drugim powodem do wzniesienia wielu radosnych toastów. On sam, wówczas dziesięcioletni, nie mógł jeszcze uczestniczyć w toastach inaczej, jak tylko współdzieląc powszechną radość, ale i to wystarczyło, żeby nastrój uderzył mu do głowy jak wino.

Zresztą i wspomnienia uderzały mu do głowy jak wino. Misza odnosił czasem takie wrażenie, patrząc na zarumienioną od przedawnionej radości twarz mężczyzny, przez którą chwilami jakby prześwitywała buzia rozbawionego chłopca. Jaśniała, przydając profesorowi ciepłego, żywotnego blasku, a potem gasła. I stary mężczyzna w zamyśleniu kiwał głową, i zwracając się raczej do samego siebie niż do Miszy, konstatował: „Dobre to były czasy, kiedy ktoś zagubiony mógł się tak szybko odnaleźć”.

Młodość profesora Koniarskiego była spowita woalem tajemnicy, jak to się czasem mówi, choć zapisując to wszystko w swoim dzienniku, Misza wybrał słowo „całun”: była spowita całunem. Co wiedział? Że na kilka lat przed wybuchem wojny, już jako dojrzały mężczyzna, Koniarski wrócił do Białegostoku. Z różnych względów chłopiec podejrzewał, że powrót ten wiązał się z kobietą, tak to sobie poskładał z monologów nauczyciela, w których wspomnienia mieszały się z literaturą, a fakty z marzeniami. Kim jednak ta kobieta była, jak wyglądała i co się z nią stało, skoro dzisiaj nie było jej przy profesorze, tego już Misza nie wiedział. Nie wiedział także, czy profesor był kiedykolwiek żonaty i czy miał dzieci, jak umarli jego rodzice i co stało się z aniołkami. Nie śmiał pytać. Opowieści profesora zawsze urywały się w jakimś punkcie i było to równie pewne jak fakt, że nawet najgrubsza książka kiedyś się kończy, a wtedy próżno domagać się dalszego ciągu, z tą tylko różnicą, że książka najczęściej przynosi rozwiązanie jeśli nie wszystkich, to przynajmniej większości swoich wątków, a opowieści profesora nie podsuwały żadnych rozwiązań. Raz jeden zebrał się Misza na odwagę i spytał, czy profesor nie wolałby mieszkać w Paryżu raczej niż w takim zwyczajnym Drohiczynie, na co tamten z tajemniczym i jakoś smutnym uśmiechem odparł: „Ze wszystkich domów ten mi jest najdroższy…”.

Misza nie był pewien, czy profesor mówi to od siebie, czy też cytuje jakieś dzieło. Taki był z nim problem, że nigdy nie dało się za nim nadążyć, bo jego myślami kierowały rozliczne lektury. Książki, których sporo nawiózł z Francji i które jakimś cudem przechował przez wojnę przeżytą, jeśli Michał dobrze to sobie poskładał, u krewnych na wsi, były jego największym i chyba jedynym skarbem: dwie walizki książek, trzymane w dziurze pod podłogą w ledwo umeblowanym mieszkaniu, w domu skleconym naprędce w środku wojny, kiedy Rosjanie wypędzili mieszkańców znad rzeki, tworząc tam szeroki prawie na kilometr pas przygraniczny odgrodzony od reszty miasta kolczastym drutem. Dopiero po kilku miesiącach wspólnych lekcji w tym bardzo ponurym i zimnym lokum profesor pokazał chłopcu skrytkę z książkami. „W razie czego — rzekł — będziesz wiedział”. Misza nie był pewien, dlaczego jego nauczyciel nadal tak bardzo się martwi, wojna już się przecież skończyła, panował pokój, budowano socjalizm, działały szkoły i jedna po drugiej otwierały się nowe, wśród nich także ta, do której uczęszczał Misza i w której profesor Koniarski wykładał rosyjski i rysunki. Ale że nie ośmielał się kwestionować niczego, co usłyszał od starszego mężczyzny, zwłaszcza jeśli dotyczyło to świętej sprawy, jaką była literatura, skinął głową. Tym skinięciem przypieczętował pakt, o którym dopiero wiele lat później pomyślał: przyjaźń.

A zaczęła się ta przyjaźń tak: podczas jednej z pierwszych lekcji rosyjskiego profesor Koniarski napisał na tablicy wiersz Aleksandra Puszkina. Uczniowie przeważnie twierdzili, że nie umieją czytać w cyrylicy, chociaż wszyscy umieli i jako tako rozumieli po rosyjsku. Nauczyciel nikogo do niczego nie zmuszał, nie był typem groźnego belfra, traktował swoją pracę z pogodną rezygnacją, można było odnieść wrażenie, że przychodzi do klasy w gości, ot tak, żeby coś im opowiedzieć.

— Kto zechciałby przeczytać? — zapytał.

Misza od razu się zgłosił. Zaczął czytać: „W dwieriach ediema angieł nieżnyj. Gławoj ponikszeju sijał, a diemon mracznyj i miatieżnyj. Nad adskoj biezdnoju letał”. Czytał powoli, bardzo uważnie i ogarniało go — nie da się tego inaczej określić — zachwycenie. Wszystkie części wiersza składały się w harmonijną, naturalną całość, podobnie jak w całość składają się części rośliny: korzenie, łodyga, liście i kwiat. Melodia i rytm, rymy i powtórzenia, no i sens, budowały pełnię, do której nie dałoby się niczego dodać. Odsłonił się przed chłopcem fragment od dawna przeczuwanej prawdy, prawdy niemożliwej do wypowiedzenia w inny sposób niż w wierszu, właśnie tymi słowami i w tym akurat brzmieniu.

— Bardzo ładnie — pochwalił nauczyciel. — A jak byś to powiedział swoimi słowami? O czym jest ten wiersz?

Misza odpowiedział bez chwili wahania:

— O tym, że anioł i szatan nie są zaciętymi wrogami, lecz tylko skłóconymi braćmi. I tęsknią do siebie ze swoich oddzielnych światów. Anioł pod drzwiami raju spuszcza głowę i smutno patrzy na szatana. Znowu tamten, unosząc się nad otchłanią, wzrusza się, wspominając swojego brata.

— Bardzo dobrze!

— Ale czy…

— Tak?

Misza chciał zapytać, czy to prawda, w ostatniej chwili zabrakło mu jednak odwagi.

Rytm rosyjskich fraz łatwo wchodził chłopcu do głowy, był niewymuszony jak bicie serca. Nosił ze sobą ten wiersz w następnych dniach i raz po raz wracał do odmalowanej w nim sceny. Kiedy na następnej lekcji wyrecytował wiersz z pamięci, profesor Koniarski zatrzymał go podczas pauzy:

— Nie chciałbyś nauczyć się więcej?

— Chciałbym — odparł Misza.

I odtąd raz albo dwa razy w tygodniu chłopiec zachodził do mieszkania nauczyciela, zasiadali po dwóch stronach poplamionego atramentem stołu i czytali poezje. Puszkinowskie frazy, pełne zmysłowych obrazów niesionych melodią tak swobodną, jakby miała swoje źródło w wiosennej ziemi, bliższe były Miszy niż mowa kolegów z klasy, którą rozumiał, której wszystkie słowa znał, ale którą z jakiegoś powodu nie mógł się sprawnie posługiwać, bo zawsze okazywało się, że robi jakiś błąd, nie trafia w sedno, nie chwyta dowcipu i przez to sam staje się przedmiotem żartów, czasem bardziej, czasem mniej dobrodusznych: „Misza, ten kacap”.

Wielu jeszcze rosyjskich poetów poznał Misza dzięki profesorowi. Lermontowa, Achmatową, Błoka, z czasem zaś przeszli do poezji francuskiej i wtedy dopiero zaczęła się prawdziwa przygoda. Chłopiec uczył się błyskawicznie, w lot łapał nowe słowa, zapamiętywał całe zdania, choć wypowiadał je ze śpiewnym wschodnim akcentem. Po paru miesiącach, ku wielkiej satysfakcji profesora, recytował z pamięci kilka sonetów Baudelaire’a. „Prawdziwym domem człowieka jest język”, powiedział nauczyciel na zakończenie którejś z ich francuskich lekcji — ni stąd, ni zowąd.

Tak to już z nim było, z tym profesorem Koniarskim.

Jednego dnia mówił jedno, a drugiego — drugie. „Prawdziwym domem człowieka jest język”. Misza pomyślał wtedy, że skoro można żyć w kilku językach, tak jak profesor Koniarski, to znaczy, że można mieć kilka domów — i nie trzeba między nimi wybierać.

Profesor Koniarski jednego dnia mówił jedno, a drugiego drugie, ale nie kłamał. To było raczej tak, jakby nie pokazywał całej prawdy. Bo całej prawdy nie dało się zamknąć w tych czy innych słowach. Starszy mężczyzna odsłaniał to, co mógł — jakieś skrawki i okruchy, drobiny potłuczonej całości. W młodej duszy chłopca te fragmenty łączyły się ze sobą, tworząc zarysy całości nowej, która miała z czasem ożyć, zakwitnąć i wydać owoce.

Wieczorami, przy lampie naftowej w skromnym pokoiku na stancji wynajmowanej od cichej, smutnej kobiety o kasztanowych włosach, Misza notował te okruchy i myśli, którymi one stopniowo obrastały, z dzikiego materiału swojej wyobraźni lepiąc kształty zdań, szukając wyrazu dla tej jednej jedynej rzeczy, którą — mało o niej wiedząc — bezsprzecznie posiadał: dla swojego niepowtarzalnego istnienia.

Zdarzało mu się ślęczeć nad zeszytem długo w noc, aż płomień lampy zaczynał przygasać. Kobieta o kasztanowych włosach wstawała przed świtem, żeby napalić w piecu. Kiedy półprzytomny z niedospania wychodził rano ze swojego pokoju, jej już przeważnie nie było — ale było ciepło. Szedł do szkoły, siedział na lekcjach, nie biorąc w nich udziału, odgrywał swoją codzienną komedię z kolegami: „Misza, ten kacap — w sumie równy gość”. Szedł do profesora, studiował poezje. Popołudniami kobieta przygotowywała posiłki, jedli je przeważnie w milczeniu.

Ruski jest dom pieśni. Polski jest dom pisma — notował wieczorem w dzienniku. I dalej: Nauczyłem się ostatnio kilku wierszy, a już czytałbym nowe. Czuję, że poeci wyrażają to, czego inaczej nie da się powiedzieć, a co siedzi głęboko w człowieku i czeka, żeby być nazwane. Kiedy czytam Puszkina, wydaje mi się, że pisał za mnie, to znaczy w moim imieniu. Czytając, sam siebie poznaję. Sam się ze sobą spotykam. Kim jestem i czym? Dlaczego jestem właśnie mną, a nie drzewem, nie chmurą, nie ptakiem? I czemu, skoro jestem tym, kim jestem, tak bardzo za nimi tęsknię, za tą całą resztą?

Pod lichym słońcem polskiej zimy płynął czas: Misza miał siedemnaście lat.

Zofia tupnęła kilka razy, na przemian prawą i lewą nogą, żeby sprawdzić twardość lodu, ot tak, na wszelki wypadek, chociaż wiadomo było, że nie pęknie. Mróz trzymał od kilku tygodni i rzeka zamarzła na kość, cienka warstwa sypkiego jak cukier puder śniegu pokrywała lód tam, gdzie nikt jej jeszcze nie podeptał i nie rozjeździł. Przy brzegach tu i tam powstawały wypiętrzenia, jak zatrzymane w ruchu morskie bałwany, środkiem zaś ciągnęła się szeroka, roziskrzona w słońcu dolina. Podskoczyła parę razy, już tylko dla zabawy, rzeka odpowiedziała skrzypieniem lodu.

— Szalona — powiedziała jej koleżanka ze śmiechem.

Przysiadły na zamarzniętych niby-falach, żeby zawiązać łyżwy, zupełnie jak dziewczynki. Dawno nie jeździła, ostatni raz jeszcze zanim wydarzyło się TO, przed wojną, czyli w innym świecie. W życiu pełnym marzeń, skierowanym tylko w przyszłość, bo ta mogła przynieść wszystko, a więc także szczęście. Wstając, zachwiała się lekko, ale szybko złapała równowagę i po chwili sunęła pewnymi ruchami na środek rzeki, chłonąc całą sobą rozległy zimowy pejzaż, jak ten z baśni o Królowej Śniegu — piękny, ale martwy.

— Zaczekaj! — wołała ta druga, próbując za nią nadążyć.

— Szybciej! — krzyczała przez ramię Zofia — szybciej!

Z każdym ruchem czuła się coraz silniejsza, coraz lżejsza. Chciała tak jechać i jechać, i najlepiej już nigdy się nie zatrzymać. Słońce, rozmyte we własnym ogniu, kapało na lód i na dziewczynę. Mroźne powietrze gryzło ją w gardle i w płucach, a z oczu ciekły jej łzy — ciepłe i słone. Nie zważając na nic, pędziła jasną, zlodowaciałą doliną, pod rozlanym słońcem, po prawej stronie mając skarpę i miasto, po lewej zaś niższy, dziki brzeg, zwany ruskim brzegiem, chociaż w wojnę stali tam Niemcy. Wyobrażała sobie, że mogłaby tak dojechać aż do Narwi, Narwią do Wisły, a Wisłą do Warszawy, którą, jak podawały gazety, pięknie odbudowywano, tak pięknie, że wkrótce miała stać się jeszcze lepsza, niż była, zanim TO.

Odwróciła się, patrząc za Władką. Tamta została daleko z tyłu — z tej odległości jej przysadzista sylwetka wyglądała zabawnie, kiedy trochę niezdarnie posuwała się naprzód, podnosząc na przemian to jedną, to drugą nogę. Zofia przyhamowała. Odbiła w lewo, na ruską stronę. Zamarznięte pałki tataraku sterczały gdzieniegdzie z nierównego lodu, jeździła między nimi slalomem, czekając na towarzyszkę. Parę chwil minęło, zanim tamta się z nią zrównała.

— Szalona — powiedziała znowu, z trudem łapiąc oddech.

— Zgadza się — przytaknęła Zofia.

Tratując suchy tatarak, Władka wylazła na brzeg, padła na śnieg i zaczęła się śmiać. A „Szalona” niestrudzenie zataczała ósemki; rozpostarła ramiona, robiła jaskółkę: cięła zimne powietrze, zupełnie jakby leciała. Kochała ruch, bo oczyszczał ją z niej samej, a najbardziej ze wszystkiego lubiła stawać się pusta — wlewała się w nią wtedy przeszłość, jakby nurt czasu został zawrócony i Zosia, Zosieńka, pędziła na spotkanie z życiem zwróconym twarzą do niej; pędziła jak ogromny ptak z rozpostartymi skrzydłami albo wściekły anioł, kursem na zderzenie. Kolizja wtłaczała ją z powrotem na miejsce, w siebie, w teraz — boleśnie, ale ona to nawet lubiła. Zżyła się z bólem, skleiła z nim. A jeśli życie, samo życie, dostawało przy okazji cios od wściekłego ptaszyska, jakim w takich chwilach stawała się Zofia — tym lepiej.

Kiedy się wreszcie zmęczyła, przykucnęła obok Władki i razem gapiły się na rzekę oraz miasto, nieco w dole. Widziana z ruskiej strony częściowo pokryta śniegiem góra zamkowa bez zamku wyglądała przy tej pogodzie jak masywna, nieukończona rzeźba. Gdzieś w połowie zbocza ciemno rysował się otwór, wejście do pieczary, gdzie dawniej było podobno więzienie. Opowiadano różne legendy o tej górze, ludzie lubią legendy. Na przykład, że kiedyś zasnął tam jakiś książę, strudzony włóczęgą po nadbużańskich bezdrożach. I we śnie przyszła do niego matka, bo matki często we śnie przychodzą, i powiedziała: „Tutaj jest najpiękniej, tu, synku, pobuduj swój dom”. Ale Zofii przypomniała się inna opowieść — o córce jakiegoś wodza, który na Drohiczynie szczęśliwie panował, do czasu jednak, bo tutaj wszystko trwało do czasu, zwłaszcza pokój i szczęście, i kiedy pewnego dnia zamiast ojca wrócił z bitwy tylko jego koń, zrozpaczona córka zaczęła wołać do Boga, żeby nie kazał jej dalej żyć, że lepiej niech już ją ziemia pochłonie. Bogu widocznie spodobała się ta prośba, bo jej wysłuchał. Ziemia zadrżała, rozstąpiła się, pochłonęła dziewczynę i jej pieska. Stąd na górze zamkowej dwa szczyty: Dziewczyna i Pies.

— Mróz straszny — powiedziała nagle Władka, rozcierając ręce. — Nocą to drzewa pękają, pyk, pyk.

— Straszny — odpowiedziała Zofia bezmyślnie.

— We wojnę wykładali ubrania na śnieg, raz, pamiętam, były wszy na swetrze, i one też tak na mrozie, pyk, pyk, pękały. Potem je strzepywali.

Zofia podniosła się niespiesznie i znowu stanęła na lodzie, a Władka za nią. Ruszyły teraz w drugą stronę, w górę rzeki, gdzie ta meandrowała pośród pagórków i okaleczonych lasów. Jechały długo, w milczeniu, obok siebie, Zofia już nie pędziła, uszło z niej powietrze.

Kiedy poczuły, że mają dość, poszły do mieszkania Zofii, napaliły w piecu i zrobiły herbatę. Po kilku godzinach spędzonych na mrozie powoli tajały, było to przyjemne. Zaczynało się zmierzchać, światło na dworze zbladło; po cichu, jakby potajemnie, wytracało błękit i przechodziło w wieczorne fiolety. Zofia rzuciła przez okno jedno wrogie spojrzenie. Umknęło to uwadze Władki; trzymając w sztywnych jeszcze dłoniach kubek z parującym naparem, wpatrywała się w wiszącą na ścianie fotografię, jedyną dekorację w całym pomieszczeniu. Zdjęcie przedstawiało młodą Zofię i jej świeżo upieczonego męża: Zofia miała na głowie welon ze zrobionej na szydełku koronki, on, krótko po żołniersku przystrzyżony, uśmiechał się do całego świata, jakby spodziewał się samych dobrych rzeczy.

— Jak tam ten twój lokator? — zagadnęła nagle — nie sprawia problemów?

— Żadnych — odpowiedziała Zofia. — Żadnych hałasów, żadnych takich. Ciągle czyta. Uczy się i uczy. Rzeczy prawie żadnych nie ma, tylko książki coraz to nowe przynosi.

— Zawsze to chłop w domu — powiedziała Władka wesoło.

— Dzieciak jeszcze — zaśmiała się Zofia.

— Ale za pokój płaci?

— Płaci.

Zofia na ślubnym zdjęciu wyglądała jak ktoś całkiem inny. Młodsza była, to jasne, prawie dziewczynka, ale nie tylko o to chodziło. Coś w niej było takiego, co nie pasowało do koronkowego welonu zakrywającego bujne ciemne włosy, do wianka przypominającego koronę na głowie Madonny, do uśmiechu mężczyzny, którego już nie było.

<<Reklama>> Książka dostępna jest w formie e-booka w Publio.pl >>

Więcej o: