Literatura niesie nadzieję w czasach pandemii. Przeczytaj opowiadanie Filipa Springera [TYLKO U NAS]

"Dzień Nadziei" - tak nazwaliśmy moment, w którym startuje akcja charytatywna wszystkich mediów Agora S.A. i partnerów. Publikowane niżej opowiadanie Filipa Springera jest jej częścią.

Kilkudziesięciu uznanych pisarzy i pisarek specjalnie na tę okazję napisało teksty o tęsknocie za lepszym jutrem, które szczególnie dziś rezonuje w każdym z nas. Teksty i opowiadania złożyły się na książkę-cegiełkę, którą od 22 maja można zamawiać w przedsprzedaży(więcej na temat akcji tutaj). Publikujemy tekst Filipa Springera.

"Utrata" - Filip Springer

– Nie chciał pan nigdy tego wszystkiego namalować? – rzuciłem na odchodnym.

Uterko uśmiechnął się, zapalił papierosa, mocno się zaciągnął i spojrzał za okno.

– Nie uwierzy pan – powiedział w końcu, wydmuchując dym – ale przed powodzią dostałem zamówienie na czterech jeźdźców Apokalipsy. I tylko konie zdążyłem zrobić, potem woda zalała całą pracownię. Ten obraz też.

Trafiłem do niego, bo chciałem obejrzeć polską krainę katastrof – tak ją sobie nazwałem. To obszar rozciągający się w czworoboku między Kędzierzynem-Koźlem, Raciborzem, Rybnikiem i Gliwicami. Jedno tutejsze pokolenie miało szansę przeżyć dwie wielkie powodzie – tysiąclecia i stulecia – oraz największy w historii Polski pożar lasu, podwójną trąbę powietrzną i niszczącą suszę. Ludzie mówią, że do kompletu klęsk żywiołowych brakuje im tam tylko wybuchu wulkanu i trzęsienia ziemi. Choć trzęsienia lokalnie występują wskutek tąpnięć górniczych.

Dom malarza Grzegorza Uterki stoi na granicy Kędzierzyna-Koźla. Kilka metrów dalej kończy się miasto, a zaczyna wieś Kobylice. W 2010 roku w czasie powodzi na Odrze cały ten teren stał się wielkim jeziorem. Miasto wykorzystało nasyp okolicznej obwodnicy jako wał przeciwpowodziowy. Uterko i jego sąsiedzi znaleźli się po gorszej stronie tego wału – i zostali zalani. Ale miasto ocalalo. Uterko próbował dowieść w kolejnych procesach przed sądem, że złożono ich w ofierze.

Pokazywał mi, dokąd sięgała woda, a ja kręciłem głową, bo to było mocno ponad górną krawędź meblościanki. Oglądaliśmy zdjęcia pofałdowanego od wilgoci dębowego parkietu, który wyglądał tak, jakby przeczołgało się pod nim ogromne zwierzę.

– Miesiąc przed powodzią go kładliśmy – powiedział.

– A obrazy… – wskazałem głową na rozpięte na ramach płótna ustawione pod ścianami pracowni. – Umiałby pan namalować tę powódź?

Podszedł do jednego z płócien, wziął je do ręki, postawił na sztaludze.

– Umyśliłem sobie, żeby namalować te zwierzaki z Utraty. Przygotowałem już nawet blejtramę, ale ciągle nie mogę do tego usiąść.

Pięć minut później jechałem już w tamtą stronę. A właściwie gnałem, jakbym liczył, że one jeszcze na tym moście będą, że je zobaczę. Łydki i uda piekły mnie od napierania na pedały, opony roweru kleiły się do rozmiękłego asfaltu i zostawiały w nim wężowy ślad. Krajobraz był płaski, tylko z lewej uskakiwał z widoku i wiedziałem, że tam właśnie płynie Odra. Przeleciałem przez Kobylice i wkrótce byłem w Landzmierzu, który w 2017 roku zdemolowała trąba powietrzna. Z Ciskiem zrobiła to samo, tylko że bardziej, bo zamiast wytracać impet, tylko go nabierała, taka dziwna była. Rozproszyła się dopiero nad lasami po drugiej stronie rzeki, ale i tak zdołała położyć prawie dwa tysiące hektarów drzew. Taka dziwna była.

Most zobaczyłem za ostatnimi zabudowaniami. Z mapy pamiętałem, że rzeka tworzy tu zakole. Okoliczni chłopi mówią na to miejsce Kąt. Na mapie jest oznaczone jako Utrata.

– Jest tam gospodarstwo – powiedział wcześniej Uterko. – Mieszka w nim starsza kobieta. Ona wszystko panu o nich powie.

Na lewo od szosy, już za wałem przeciwpowodziowym, dojrzałem dachy. Budynki były opuszczone. Minąłem przerdzewiałą, wiszącą na jednym zawiasie bramę i wjechałem na ciche podwórko. Pachniało czymś kwaśnym. Drzwi do domu zabito, ale dało się wejść przez chlew. Miejscowi zrobili tu sobie imprezownię, między betonowymi korytami walały się potłuczone butelki. Z chlewu wszedłem do sieni, a stamtąd na piętro. Znajdowało się tu kilka pokoi. Ich ściany były pokryte starannymi, dziecięcymi rysunkami – musiało tu mieszkać przynajmniej czworo dzieci. Korytarz kończył się dużym salonem, z wzorzystymi tapetami i kablem zwisającym z sufitu. Przez wybite okno zobaczyłem falujące od upału pole i most w oddali. Był nowy, otworzyli go w 2012 roku. Tamta powódź podmyła konstrukcję starego.

Nie tak to sobie wyobrażałem.

Poszedłem nad rzekę. Płynęła w dole, aby zbliżyć się do wody, musiałbym zejść po stopniach wyciętych w stromej skarpie. Coś tu się nie zgadzało, bo Uterko

powiedział, że gospodarstwo staruszki też było zalane. Ale to musiałoby znaczyć, że poziom rzeki podniósł się o dziesięć metrów.

I wtedy ją zobaczyłem.

Stała na przeciwległym niskim brzegu z workiem pokrzyw przerzuconym przez ramię. Drugą rękę wsparła na kiju. Patrzyła na mnie bez strachu ani wrogości, w milczeniu. Za nią widziałem ceglany dom z przyklejonym do jednej ze ścian chlewikiem.

Wtedy zrozumiałem, że byłem na niewłaściwym brzegu.

Kobieta, jakby czytała w moich myślach, skinęła głową i ruszyła w stronę domu, wspierając się na kijku. Gdy przejeżdżałem przez most, próbowałem wybić sobie z głowy absurdalną myśl, że na mnie czekała.

– Do Ameryki wyjechali, będzie dziewiąty rok, jak ich nie ma – powiedziała, gdy odstawiałem rower.

Na drewnianym stoliku obitym ceratą postawiła szklankę z letnim jeszcze kompotem z jabłek i wskazała kuchenny taboret. Sama usiadła na pieńku do rąbania drewna.

– Zaraz po powodzi. Przyjechali, jak woda opadła, zabrali resztę rzeczy. Miałam tam patrzeć, doglądać. Mówili, że wrócą, ale sprzedali to i już patrzeć nie musiałam. Od tego czasu stoi to tam i marnieje. Mnie żal, bo to ładne gospodarstwo było. I na wysokim brzegu, tam woda nigdy nie doszła.

Spojrzała na ceglany mur swojego domu. Poniżej dolnej krawędzi okna na piętrze zobaczyłem wyblakłą linię, coś jakby cień albo spłowienie.

– Za każdym razem? – zapytałem.

Pokiwała głową.

– Mówią na to miejsce Cmokowy Dół. Przy każdej powodzi woda się tu zatrzymuje. No ale jak ma się nie zatrzymywać. Rzeka z trzech stron płynie, teren niski, nawet przy niewielkich wezbraniach ziemiankę mi zalewa. A wtedy była duża woda.

Zamilkła i już myślałem, że nic więcej nie powie. Dopiłem kompot.

– Doleję – raczej stwierdziła, niż zaproponowała, ale siedziała nieruchomo z rękami na podołku.

– O zwierzętach na moście słyszałem – powiedziałem.

Uśmiechnęła się, pokręciła głową jakby z niedowierzaniem, że ktoś mógł taką bajkę wymyślić.

– Sama prawda – odezwała się w końcu.

Za drugim razem woda była może niższa, ale za to pojawiła się szybciej i stała dłużej. Cichoniową obudzili strażacy. Mówili, że idzie fala, że musi się ewakuować, ale nie chciała. Żeby wcześniej jakoś ją uprzedzili, że jest źle, to może coś by ze zwierzętami porobiła, kury mogłaby dać kuzynce w Cisku na przechowanie, świnię by kazała ubić i oprawić, żeby się mięso nie zmarnowało. A tak? W środku nocy? W samej koszuli?

Strażacy kręcili głowami w kaskach. Tłumaczyli, że nie wiadomo, jak będzie, że może po dachy. W końcu doradzili, żeby co cenniejsze rzeczy zaniosła na strych i tam się schowała.

Gdy zaczęło szarzeć na nowy dzień, zabrała się do roboty. Wyniosła na górę zapasy jedzenia, butlę gazową z palnikiem, radio, dodatkowe baterie, lekarstwa i krzyżówki. Potem poszła do kurnika. Wybrała tłustą kurę, obcięła jej siekierą łeb, oblała wrzątkiem i sprawnie zdarła pierze. Ugotowała rosołu, powekowała w słoikach i też zaniosła na strych.

Ciągle nie wiedziała, co zrobić ze świniakiem.

Wieczorem wniosła na górę materac i położyła przy okienku, z którego, tak jak z jej okna w sypialni, widać szosę, rzekę i most.

Była przygotowana lepiej niż w dziewięćdziesiątym siódmym. Wtedy w pośpiechu przenosili się na strych z Tadeuszem, gdy rzeka już zalała parter i zaczęła wdzierać się na piętro. Nie zdążyli zabrać wszystkiego, co potrzebne. Ale o tamtej wodzie mówiło się, że była tysiącletnia, a więc za życia Cichoniowej taka już nie miała się powtórzyć.

Gdy się obudziła następnego dnia, woda podchodziła już pod dom. Cichoniowa pobiegła na dół. Breja na podwórku sięgała kostek, mętna i zimna. Na powierzchni pływało siano naniesione z łąk. Stała przez chwilę, wpatrując się w swoje bure odbicie. Potem poszła do chlewika i odsunęła skobel w zagrodzie świniaka. Bramka odskoczyła, zwierzę ani drgnęło.

– Poczujesz wodę, to wyjdziesz – powiedziała do świni.

Do południa nie działo się nic. Woda stała na podwórku. Cichoniowa zjadła rosół i posiedziała nad krzyżówką. W nocy obudził ją hałas. Próbowała zapalić światło, ale nie było prądu. Chciała zejść z latarką w ręku, jednak woda zatrzymała ją w połowie schodów. Z kuchni, przez sień, w stronę dużego pokoju płynęła flotylla garnków. Cichoniowa wróciła na górę. Tej nocy nie mogła już jednak zasnąć. Leżała w łóżku ze ściszonym radiem przy uchu. Wiedziała, że powinna oszczędzać baterię, ale nie umiała się powstrzymać. Co pół godziny nadawano serwis informacyjny z aktualnym poziomem wody w okolicy. Co pół godziny kobieta dowiadywała się, że jest on o pięć centymetrów wyższy. Leżała i obliczała, kiedy woda zaleje najwyższe grzędy w kurniku.

Pierwszego zobaczyła zająca. To było o świcie, gdy woda sięgała już trzech czwartych parteru. Cichoniowa odgarnęła firankę, by przyjrzeć się widokowi, którego nie oglądała od trzynastu lat. Od domu aż po most ciągnęła się ołowiana tafla. Trudno było uwierzyć, że to ciągle ta sama rzeka o wąskim korycie, którym bystro płynęła woda. Teraz ten wodny pejzaż był niewzruszony. Być może właśnie dlatego dostrzegła ruch na moście. Szarość nieba zlewała się jednak z szarością toni. Z początku więc wydawało się Cichoniowej, że to pies albo kot. Zwierzę w pewnym momencie stanęło jednak słupka i nie miała już żadnej wątpliwości.

Na moście siedział samotny zając.

Przyglądała mu się przed dobre dwa kwadranse. Wałęsał się po skrawku suchego lądu, od barierki do barierki, skubiąc coś to tu, to tam. Cichoniowa zrobiła sobie śniadanie z konserw, a potem usiadła przy odsłoniętym oknie z krzyżówką w ręku. Co kilka haseł odrywała jednak wzrok od haseł i spoglądała w stronę mostu. Wyspy, na której siedział zając, z każdą godziną ubywało.

Wieczorem przeleciał nad domem śmigłowiec. Maszyna zatoczyła z hukiem koło i zawisła na chwilę nad mostem. Cichoniowa stała w oknie. Pomyślała, że mogłaby dać jakiś sygnał latarką, nie wiedziała jednak, co taki sygnał miałby znaczyć. Zastanawiała się też, czy podmuch wirników zmiecie jej zająca do wody.

Obudziła się jeszcze przed świtem. Gdy opuściła nogi z łóżka, zamiast kapci pod stopami poczuła wilgoć. Przyjęła to ze spokojem. Poszła do łazienki, ale mijając schody, odwróciła głowę ze wstrętem. Wiedziała, że zamiast stopni prowadzących na dół zobaczy nieruchome lustro mętnej wody. Mieszkając tutaj, w Utracie, widziała wiele strasznych obrazów. Napuchnięte cielęta przepływające pod jej oknami ze sztywnymi nogami wyciągniętymi w niebo, lalki kołyszące się na wodzie jak ciałka potopionych niemowląt. Widziała też swoje ślubne meble, które od wilgoci rozpadły się na stertę klepek. Tadeusz wygrzebywał je z mułu zalegającgo w dużym pokoju i próbował nimi palić w piecu, ale nawet do tego się nie nadawały. Jednak żaden z tych widoków nie mógł się równać z czarną wodą stojącą nieruchomo w miejscu, w którym powinny być schody prowadzące na parter jej domu.

Przeliczyła zapasy i wyszło jej, że wody i jedzenia ma na dwa dni. Podzieliła je na porcje, bo z nudów lubiła sobie podjeść. W kącie przy schodach na strychu postawiła wiadro na nieczystości. W końcu usiadła w bujanym fotelu i popatrzyła w stronę mostu.

Z początku myślała, że to przywidzenie. Wpatrywała się w most z niedowierzaniem. Na jego skraju, tam, gdzie podchodziła już woda, siedział lis. Kawałek dalej, pod barierką, niezrażony nowym kolegą wałęsał się jej stary znajomy – zając.

Ten dzień spędziła, nie spuszczając już z nich wzroku. Woda cały czas delikatnie się podnosiła, wyspa, na której schroniły się zwierzęta, coraz bardziej się kurczyła.

Lis i zając nie zwracały na siebie uwagi, ale trzymały bezpieczny dystans. A przynajmniej zając trzymał się z dala od lisa. Cichoniowa zauważyła też, że obaj są niemal całkowicie pochłonięci łapaniem tego, co przynosił nurt wody i co zatrzymywało się na barierkach mostu. Pluła sobie w brodę, że nie wzięła z dołu lornetki Tadeusza.

Pod wieczór zaczęła się niepokoić. Uświadomiła sobie, że woda nie opada. Od kilku godzin nie słyszała też helikoptera. Wyobraziła sobie wielkie jezioro, pośrodku którego tkwiła. Ona, lis i zając.

Przez następny dzień Cichoniowa starała się nie wpatrywać w toń za oknem. Wiedziała, że wielka woda nie niesie niczego, co chciałoby się oglądać. Starała się też nie myśleć o zalanym kurniku i chlewie. Rozwiązała już wszystkie krzyżówki, więc podjęła ryzyko wyprawy na dół po książki. Liczyła też, że jakimś cudem znajdzie zapasowe baterie do radia.

Z obrzydzeniem zanurzyła nogę w wodzie, która sięgała połowy uda. Niepewnie stawiała kolejne kroki. Zrobiła ich raptem kilka, gdy poczuła, że coś śliskiego ociera się o jej kostkę. To mogła być firana, foliówka albo skarpetka, która wypłynęła z brudnika. Wyobraźnia podpowiadała jednak inne obrazy. Cichoniowa zawahała się przy następnym kroku i to wystarczyło, by straciła równowagę. Wpadła do wody i po kilku chwilach szamotania z własnym strachem stanęła na szeroko rozstawionych nogach, łapiąc oddech otwartymi ustami. Zrezygnowała z książek i baterii. Wróciła przemoczona na strych. Zagotowała herbatę na maszynce i owinięta w koc zjadła resztę czekolady. Wieczorem radio wydało z siebie ostatnie tchnienie. Przed zaśnięciem po raz pierwszy od bardzo dawna przeżegnała się i nieporadnie porozmawiała z Bogiem.

Gdy się obudziła, było już jasno. Wiedziała, że śniadanie będzie jej ostatnim posiłkiem, zwlekała więc z jego zjedzeniem. Przez chwilę leżała na wznak z szeroko otwartymi oczami, potem wstała i wyjrzała przez okno. Niebo było obleczone ciężkimi chmurami. Padał drobny, siekący deszcz, a powierzchnia wody wyglądała na matową, wręcz chropowatą.

Wtedy zobaczyła, że na moście stoi świnia, jej świnia. Kilka metrów na lewo od niej skulony w kłębek przycupnął zając. Na prawo, pod samą barierką, siedział lis.

Nie miała już nic do jedzenia. Wywiesiła z okien białe prześcieradła, licząc na to, że ktoś je dostrzeże z łodzi lub helikoptera. Sprawdziła też baterie w latarce i obiecała sobie, że gdy następnym razem zobaczy ratowników, już nie zawaha się jej użyć. Martwiła się jedynie brakiem wody do picia. Baniak, który przytargała na górę, był prawie pusty. Mogła umrzeć z pragnienia w domu otoczonym przez wezbraną rzekę…

Jedyne, co jej zostało, to obserwowanie mostu.

Świnia, lis i zając zabijały czas, wałęsając się od barierki do barierki i polując na jabłka, które niosła woda. Chwilami świnia polegiwała na środku drogi. Zając z lisem trzymali się na dystans. Zwierzęta uwięzione na wyspie mostu po prostu trwały.

Postanowiła je naśladować.

Wpatrywała się w tę nierzeczywistą scenę przez cały dzień. Potem, gdy zrobiło się ciemno i nie mogła już obserwować zwierząt, przebrała się w koszulę nocną i leżała na materacu z otwartymi oczami, w ciemności, sama pośród mętnej wody. Uświadomiła sobie, że nie czuje już strachu.

W nocy woda zaczęła opadać, bo pod Kędzierzynem w końcu wysadzono wał. Rzeka rozlała się na pola, a do odciętych domostw ruszyli strażacy. Do Utraty dojechali szosą od strony Bierawy. Była jeszcze zalana, ale wozem bojowym dało się już przejechać. Z oddali zobaczyli białe prześcieradła Cichoniowej. Nie zareagowała, gdy weszli do domu. Siedziała w bujanym fotelu przy otwartym oknie, patrzyła w stronę mostu i mówiła. O synu, który wyjechał do Irlandii i dzwoni już tylko na święta. O córce, która mieszka w Opolu, ale odzywa się jeszcze rzadziej. O mężu, że był pracowity, ale krnąbrny i że gdyby nie ten jego upór, to może by się dorobili czegoś więcej niż ten domek w Utracie.

Strażacy myśleli, że tych kilka dni w osamotnieniu pomieszało staruszce w głowie, naradzali się szeptem, czy da się w okolice Utraty przysłać karetkę.

Nagle Cichoniowa wstała i powiedziała już do nich:

– Już wszystko opowiedziałam. Możemy jechać.

Stali przez chwilę w milczeniu, aż w końcu jeden zapytał:

– A komu pani szanowna to opowiadała?

– No im przecież – wysupłała spomiędzy fałd koca pomarszczony palec i wskazała na most.

Tyle że most był już pusty.

– I tylko Grzegorzowi Uterce pani to opowiedziała? – zapytałem, gdy skończyła mówić.

– Nie – odpowiedziała trzeźwo. – Opowiedziałam wszystkim. Ale tylko Uterko uwierzył.

Zasiedziałem się, musiałem ruszać dalej, wieczorem miałem umówione spotkanie ze strażakami, którzy gasili wielki pożar w Kuźni Raciborskiej.

– Obiadu pan nie zje? – zapytała, ale tak, że nie miałem wątpliwości co do tego, iż na pewno nie chce, abym został.

Gdy szedłem w stronę roweru, zatrzymałem się jeszcze.

– Wie pani, co się stało z tymi zwierzakami? Gdy woda już opadła?

– Lis i zając poszły w swoje strony – odparła.

– A świnia?

– Świnia wróciła do domu. Umarła ze starości rok temu. Zakopałam ją za chlewikiem. O tam – wskazała palcem – pod jabłonką.

Wydawcą książki-cegiełki jest Wydawnictwo Agora, a patronatem objęli ją Rzecznik Praw Obywatelskich oraz Fundacja Agory. Akcję charytatywną "Nadzieja" wspierają media należące do Agora SA, a partnerem akcji jest Empik.

<<Reklama>> Książka dostępna jest w formie e-booka w Publio.pl >>

Więcej o:
Komentarze (9)
Literatura niesie nadzieję w czasach pandemii. Przeczytaj opowiadanie Filipa Springera [TYLKO U NAS]
Zaloguj się
  • satur9

    Oceniono 5 razy 3

    Całkiem niezłe to jest, szkoda tylko że tak rzadko publikujecie coś takiego, a doniesienia o zakupach i fizjologii państwa Lewandowskich i Rozenek-Majdan zajmują większość strony głównej.

  • dunka1213

    Oceniono 4 razy 2

    Bardzo lubię styl Springera. Dobrze się czyta

  • kamyczek54

    Oceniono 3 razy 1

    Wzruszyłam się.

  • nalepaola

    0

    książka o Hansenach była genialna

  • eva.68

    Oceniono 2 razy 0

    Piękne.

  • ewa_z_zg

    Oceniono 1 raz -1

    Wspaniale opowiadanie, dzięki panie Filipie!

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX