"Miałam czternaście lat, kiedy zabiłam matkę" - Jessie Burton powraca z nową powieścią!

Autorka światowych bestsellerów "Miniaturzystka" i "Muza" powraca z powieścią o tęczowych barwach. "Wyznanie" jest poruszającą opowieścią o napięciu pomiędzy byciem muzą a macierzyństwem, jakie ujawnia się w romantycznym związku dwóch kobiet.

Pewnego zimowego popołudnia 1980 roku w londyńskim parku Hampstead Heath Elise Morceau poznaje Constance Holden i w okamgnieniu traci dla niej głowę. Connie jest odważna i pociągająca, odnosi sukcesy jako pisarka, a na podstawie jej powieści powstaje właśnie hollywoodzki film. Elise wyrusza z nią do Los Angeles, miasta wielkich gwiazd i wspaniałych rezydencji. To, co wydarzy się między nimi w tym świecie blichtru i ułudy, określi nie tylko ich własną przyszłość, ale zaważy na losie wielu innych osób. Nastrojowa, wielowymiarowa i mistrzowsko skomponowana powieść o tajemnicy łączącej trzy kobiety i odkrywaniu samej siebie została uznana w Wielkiej Brytanii za literacką sensację roku. Wstrzymuje bicie serce i pochłania całą naszą uwagę aż do zupełnie nieprzewidywalnego zakończenia.

Zobacz wideo Najciekawsze ekranizacje polskich książek [Popkultura Extra]

<<Reklama>> Książki autorki dostępne są w formie e-booków w Publio.pl >>

 

Fragment powieści

Miałam czternaście lat, kiedy zabiłam matkę. Wcześniej trzymałam ją w ukryciu, gdzie robiła coś znacznie ciekawszego niż inne mamy, tylko czekając na sygnał, by zjawić się w moim otoczeniu. Jaka szkoda, że nigdy nie była na to gotowa i ostatecznie się nie zjawiła. Między dziesiątym a czternastym rokiem życia opowiadałam rówieśnikom, że uciekła z rosyjskim cyrkiem i mieszka w jurcie ze skóry jaków. Zapełniałam jej charakterem pisma pocztówki z górskimi pejzażami i przynosiłam do szkoły.

— Widzicie? Ona naprawdę istnieje!

— Ale przecież na tych pocztówkach nie ma znaczków — zauważył jeden z dzieciaków, Hamilton Tanner, którego nienawidziłam.

— Bo przychodzą do mnie w kopertach — odparłam. — Tato je wyrzuca.

Zawsze byłam gotowa okopać się w kolejnej warstwie fikcji. Licząc od mojego dzieciństwa, przerobiłam chyba wszelkie możliwe opowieści, ale mama była w rzeczywistości historią pełną pytań i pozbawioną odpowiedzi. Jeśli wierzyć ojcu, porzuciła mnie, zanim skończyłam pierwszy rok życia, ja jednak zaczęłam odczuwać jej brak dopiero w okresie szkoły podstawowej. Pewnie dlatego, że właśnie wtedy inne matki pojawiały się pod bramami szkoły, gdzie plotkowały, bujając się z boku na bok pod ciężarem dzieci, uczepionych ich watowanych kurtek. Te same matki organizowały popołudniowe przyjęcia urodzinowe z grami, przekąskami i wygłupami i z jakiegoś powodu poświęcały mi wówczas najwięcej uwagi, co sprawiało, że koledzy patrzyli na mnie wilkiem. I choć było mi miło, że owe kobiety tak o mnie dbają, głowę zaprzątały mi niezmiennie te same pytania: gdzie o n a teraz jest? Co robi? I dlaczego nie robi tego ze mną?

Pamiętam, że uwielbiałam bajki o noworodkach znajdowanych w kapuście albo zwierzętach przyjmujących ludzką postać. Zaczytywałam się greckimi mitami, zafascynowana, że dziecko może się narodzić z promienia światła albo z pioruna, albo nawet z łabędzia. Łączyła mnie z nimi fascynująca więź — z tymi ludźmi innymi niż wszyscy pozostali ludzie. Fascynująca i groźna, bo z całą pewnością byłam tak zwyczajna, jak to tylko możliwe. Owidiusz by o mnie nie pisał. Nie byłam żadną boginią. Ale skąd się w takim razie wzięłam, z czyjego ciała wyszłam? Czyje serce biło dla mojego ojca?

Ponieważ nie potrafiłam znaleźć odpowiedzi na te pytania, zaczęłam wykorzystywać fakt istnienia mojej niewidzialnej matki, by zamiast budzić litość — sprawiać wrażenie tajemniczej i niecodziennej. Stawiałam na niespójny dramatyzm, romans, szalone hipotezy… Słowem, dawałam z siebie wszystko. Jeśli sobie dobrze przypominam, stworzyłam co najmniej kilka różnych narracji — nie tylko tę o rosyjskim cyrku, ale także o zbiegłej kryminalistce (mama ukradła bezcenny diamentowy naszyjnik, choć to nie była jej wina) czy o statku handlowym pływającym po Bahamach, na którym kapitanowała. Tylko że dzieci są z natury podejrzliwe i — wbrew pozorom — dążą do porządku i normalności. Koledzy z klasy uważali mnie więc za dziwaczkę, i to lekkomyślną. Musiał być ze mnie istny potwór, skoro mama nie mogła ze mną wytrzymać — nawet jeśli utrudniał jej to zawód złodziejki klejnotów. Kiedy pewnego dnia w porze czytania książek poznawaliśmy te baśnie i mity, Hamilton Tanner — którego nienawidziłam z wzajemnością — stwierdził:

— Twoja mama zawarła pakt z diabłem, a on zamienił ją w bestię.

*

Wiedziałam o mamie tylko to, co powiedział mi tato: nazywała się Elise Morceau i urodziła mnie bardzo młodo, kiedy mieszkali w Nowym Jorku, a później odeszła — trzydzieści cztery lata temu — zanim skończyłam roczek. Nie miałyśmy żadnych wspólnych zdjęć, a przynajmniej nie posiadał ich tato. Nie pozostawiła po sobie śladu — ani na papierze, ani wśród rzeczy, które do niej należały. O ile mi wiadomo, po tej ucieczce tato nigdy nie zdołał jej odnaleźć — może dał za wygraną, bo nie miał ochoty się za nią uganiać, a może to ona powiedziała mu, żeby odpuścił. Tego mi nie zdradził. Zdarzało się, chociaż rzadko, że czekałam na właściwą chwilę, by o nią zapytać, on zaś dzielił się wówczas strzępkami informacji. „Miała krótkie nogi”. (Krótkie nogi! Czy to się jakoś przekładało na jej osobowość? Czy tylko na zdolność do szybkiej ucieczki?). „Pamiętam, że jej włosy były tego samego koloru, co twoje”. (To akurat lubiłam). „Była trudną, ale pozytywną osobą”. A raz, kiedy się upił, stwierdził: „Nic by z tego nie wyszło. Miała charakterek”.

Jeszcze częściej mówił jednak, że nie pamięta jej zbyt dobrze, że to wszystko działo się dawno, dawno temu. „Od tamtej pory tak wiele nas spotkało, Rosie. Ale jakoś sobie poradziliśmy, prawda…?” Dlatego nie wiedziałam, w jakich okolicznościach poznał Elise ani dlaczego to jemu przyznano opiekę nade mną. W każdym razie w Nowym Jorku musiał mieszkać stosunkowo krótko, bo przyjechał ze mną do Anglii jeszcze przed moimi pierwszymi urodzinami. W ten sposób chciał mnie chronić przed krzywdą — zdeterminowany, żeby zastąpić mi oboje rodziców, prosił, żebym myślała wyłącznie o sobie i o swoim życiu, nie zaś o tym, co było wcześniej. Zawsze traktował mnie z czułością i bardzo chciał zaoszczędzić mi cierpienia. Mimo to trudno mi się wyzbyć przekonania, że jego uporczywa niechęć do znalezienia właściwych słów uczyniła więcej zła niż cokolwiek innego.

„Niełatwo mu o tym rozmawiać”, usprawiedliwiała go przed śmiercią babcia Cherry, jego matka. Mnie się zdawało, że jeszcze trudniej o tym n i e mówić, ale najwyraźniej osiągnięty został jakiś konsensus, a ja nie zostałam wtajemniczona w jego przyczyny. Babcia Cherry także milczała na temat Elise, jakby wspominanie jej mogło sprowadzić na nas wszystkich straszliwą klątwę.

Kiedy zapytałam babcię, czy spotkała Elise, zaprzeczyła. „Twoja mama była cwaną kobietą”, stwierdziła tylko, co wydawało mi się nie w porządku, bo czy można tak mówić o kimś, kogo się nawet nie poznało? Poza tym czy Elise mogła być dla niej kimkolwiek innym niż właśnie cwaną kobietą, skoro wykręciła jej synowi taki spektakularny numer, niczym asystentka iluzjonisty, która wchodzi do skrzyni i daje się przeciąć na pół?

Ostatecznie sama ją zabiłam. Fikcyjne przygody, które dla niej wymyślałam, stały się dla mnie pewnego dnia równie żenujące, jak dla moich rówieśników. Jako czternastolatka nie potrzebowałam, żeby rozmaici Hamiltonowie Tannerowie mówili mi, co się stało z moją mamą. Nie skręciła sobie karku na trapezie w rosyjskim cyrku, nie gniła w więzieniu z dożywotnim wyrokiem za kradzieże szmaragdów ani nie rozbiła statku na bahamskich rafach. Nie była też bestią. Moja mama po prostu… nie żyła. Tato zdawał się z tym zgadzać; tak się składa, że w jego ocenie było to najlepsze rozwiązanie —udawać, że nie istniała, że była bohaterką dziecięcej baśni, o której jako osoba dojrzała z całą pewnością zapomnę. Kiedy byłam mała, trzymał się tej narracji, a gdy wreszcie dorosłam, chyba nie wiedział, w jaki sposób rozwiać iluzję. Ponieważ nie umiał posługiwać się matczynym językiem, nie mógł go mnie nauczyć. Tak, właściwie to lepiej, że mama nie żyła.

Tylko że jako dwudziestolatka zaczęłam poznawać ludzi, którzy mieli rodziców z krwi i kości, towarzyszących im przez całe życie, i ci rodzice naprawdę odchodzili. Byłam świadkiem, jak moi znajomi doznawali szoku i odczuwali przyprawiające o zawrót głowy niedowierzanie, strach, że ból i gdy nie minie. Poszłam na pogrzeb matki mojej przyjaciółki i przyglądałam się, jak trumna znika za zasłoną. Patrzyła na to także moja przyjaciółka, jej twarz zmieniła się nie do poznania pod wpływem nieopisanego żalu. Ja też odczuwałam utratę matki jako coś namacalnego, lecz był to ból innego rodzaju. Moja wersja żałoby przypominała zamknięte pudełko, dom, do którego nie miałam kluczy, miejsce na mapie o niewymawialnej nazwie. Być może któregoś dnia pudełko odsłoni swoją zawartość, a mnie przytłoczy to, co znajdę w środku, nigdy jednak nie dzieliłam się z nikim tą obawą. Nie miałam matki ani teraz, ani nigdy wcześniej, więc jak mogłam tęsknić za czymś, czego nie utraciłam?

Nie mówię ludziom o swojej tęsknocie. O swoim zdumieniu. Mówię im: „Nie da się tęsknić za czymś, czego się nigdy nie miało”.

Zdarzały się okresy, w których wcale nie myślałam o mamie. Zdarzało się, że odczuwałam jej brak bardzo intensywnie. Gdy popularne stały się wyszukiwarki internetowe, często zarzucałam ich sieci, jakże skutecznie zawężające spektrum ludzkiego istnienia, i liczyłam, że w oka zaplącze się moja matka. Nic z tego. Nigdy nie wpadłam na trop Elise Morceau — na zmarnowanie poszły te wszystkie długie, długie noce, kiedy za jedyne towarzystwo miałam o jedną butelkę wina za dużo i nieodparcie kuszące królicze nory stron z drzewami genealogicznymi. Zgadywałam, że Morceau to zmyślone nazwisko. Morceau oznacza w języku francuskim fragment, urywek, i sądzę, że mogła to być ze strony mamy forma żartu. Tak czy inaczej wirtualne eskapady za każdym razem prowadziły mnie w ślepą uliczkę i nie przyniosły żadnych rezultatów.

Wydaje mi się, że mama nie udostępniła tacie wszystkich elementów swojej układanki — ale czy kochankowie kiedykolwiek to robią? Choć ona dała mu chyba jeszcze mniej. Nazwisko zapożyczone z listy fikcyjnych postaci. Zostawiła mu wyłącznie okruchy, on przekazał je mnie, a ja nie miałam bladego pojęcia, co z nimi począć.

<<Reklama>> Książki autorki dostępne są w formie e-booków w Publio.pl >>

Okładka książki 'Wyznanie' Jessie BurtonOkładka książki 'Wyznanie' Jessie Burton Wydawnictwo Literackie

Fragment książki Jessie Burton Wyznanie w przekładzie Łukasza Małeckiego. Powieść ukazała się nakładem Wydawnictwa Literackiego.