Gdzie jest Jarosław K.? Powieść "Zniknięcie prezesa" Piotra Głuchowskiego odpowie na to pytanie [FRAGMENT KSIĄŻKI]

Podczas podróży do Torunia znika najpilniej strzeżony Polak, prezes prezesów i naczelnik naczelników. Cała Polska pyta, co się stało? Nikt nie może go zlokalizować, policja jest bezradna. Gdzie jest Jarosław Kaczyński i kto za tym stoi? Prezentujemy fragment najnowszej powieści Piotra Głuchowskiego "Zniknięcie prezesa", która udzieli na te i inne pytania nieoczywistych odpowiedzi.

Piotr Głuchowski, autor takich książek jak m.in. "Ukryta gra", "Karbala", "Imperator. Ojciec Tadeusz Rydzyk" i "Zatoka świń", tym razem puścił wodze fantazji w powieści "Zniknięcie prezesa". "Nowa powieść Piotra Głuchowskiego to nie tylko gorzka satyra na naszą rzeczywistość, ale też kryminał wciągający do ostatniej strony. Mordy zdradzieckie, kanalie i chamska hołota już zacierają ręce" - zapowiada wydawca. Poniżej zapoznacie się z fragmentem książki.

Zobacz wideo "Ukryta gra" - Robert Więckiewicz i Bill Pullman w wyśmienitym szpiegowskim filmie

"Zniknięcie prezesa". Piotr Głuchowski i jego political-fiction we współczesnym wydaniu

Kierowca już widzi, że na drodze leży młody łoś. Wysprzęgla, silnika ani świateł nie gasi, podnosi ze zużytej wykładziny glocka, przekłada do lewej ręki, wysiada, ignorując przykutego z tyłu. Gdy tylko się prostuje, czuje na sobie jej wzrok. Siedzi na gałęzi – wielka, długowłosa. Jest ciężka i gałąź musi się pod nią uginać. Nie wydaje dźwięków, nie rusza się, czeka. Jedno z jej wielu imion – cierpliwość. („Jeśli trwamy w cierpliwości, wespół z Nim też królować będziemy”. List do Tymoteusza albo coś w ten deseń). Zwierzę leży na boku, poroże sterczy jak rozczapierzone dłonie proszące o pomoc. Ostra woń uwolnionych w spazmie odchodów daje się wyczuć mimo swędu spalin. Biedaczysko rusza kopytami, może mu się zdaje, że jeszcze ucieka. Łypie skierowanym w górę okiem, na rogówkę spadają gwiazdki. (W 1611 roku astronom Kepler napisał krótką rozprawę Noworoczny podarek albo o sześciokątnych płatkach śniegu – szukał w niej odpowiedzi: dlaczego nie ma egzemplarzy o trzech czy pięciu ramionach. Rozwiązanie przyniósł dopiero wiek dwudziesty i można je sobie łatwo wygooglować).

Szofer klęka na jedno kolano, odblokowuje pistolet, wygina nadgarstek, ustawia lufę pionowo i dwukrotnie strzela w punkt pomiędzy możdżeniem a okiem. Ruch kopyt ustaje, lecz śnieżynki wciąż się topią w onyksie źrenicy. Na powiece siada wyziębiona mucha. (Bim-bom. Im bardziej Puchatek starał się nie myśleć o śmierci, tym więcej jej wokół było. Ale ty nie myśl już, Szymek, o różowym słoniu. Nie myśl o czarnej małpie. Ani o rezurekcji. Nikt nigdy nie wrócił zza finałowej bramy. Ten zwierzak już nie wstanie. Łazarz też nie żyje. Leży w Larnace na Cyprze. Śmierć górą. Najlepiej przyjmij, że cię dzisiaj zastrzeli policja, i luj. Dołączysz do Szczęsnego, Millera i Swata. Będziesz opozycyjnym męczennikiem, a nie kolejnym chorym, co odwalił kitę na korytarzu w szpitalu).

Odrywa kolano od ziemi. Liście przykleiły się do policyjnych spodni, które mu spadają, choć zaciągnął pasek na ostatnią dziurę. Znów puchnie mu szyja, ślinianki produkują wilgoć, jak przed wymiotami. Zaraz się zaczną dreszcze i kij wie, co jeszcze. Haluny. Na przykład ten rumor śmigłowca. Fakt czy ułuda? Jeżeli nawet szukają z powietrza, są jeszcze daleko. Zresztą gówno w tym śniegu zobaczą – już prędzej po zmroku, z lampami. Na razie trzeba zrobić pięć kroków i się nie przewrócić.

Warkot helikoptera – albo omam – niknie. Kierowca opada na fotel, zatrzaskuje drzwi. Obraca się do pasażera, przystawia mu lufę do czoła. Nadal lekko ciepła.

– Ja-ak myślałeś, że nie potrafię strzelić, że zrobiliśmy sobie jakieś jaja, to się, kurwa, myliłeś. Pierwsza kula cię o-ominęła, ale jest ich czternaście. Aż za dużo.

– Złapią cię. Już jesteś otoczony. Nie pogarszaj sprawy.

Sprzęgło, pierwszy bieg, w przód. Za oknami mrok. Dwudziestego dziewiątego września słońce we wschodniej Polsce zachodzi o osiemnastej dwanaście. A więc pewnie zaszło, bo jeszcze kwadrans temu firmament był bielszy od gruntu; potem wszystko się zlało, teraz dukt jest jaśniejszy niż niebo. Tyle że nie wszędzie – tu i ówdzie śnieg nie może się utrzymać, bo ziemia wciąż ciepła. Właśnie mijają skrzyżowanie z bezśnieżną przecinką.

– Skończ to. Ja potrzebuję lekarstw. Jeszcze nie jest za późno.

– Pierdolę sło-o-wo „jeszcze”, wiesz? Jeszcze chodzę i szczam. Jeszcze nie jest n-na-najgorzej. Jeszcze mamy internet. Paszporty mamy. Żaba w ga-garnku już postawionym na gazie jeszcze może popływać. Ja też potrzebuję lekarstw. Wszystkie są w tej butelce…

Kierowca luzuje kapsel bidonu i pije. Najlepsze w jego autorskim eliksirze jest to, że działa praktycznie od razu. I wielotorowo. Uśmierza ból, podnosi nastrój lepiej niż alkohol i marihuana; zmysłów może i nie wyostrza, ale pozwala odebrać wszystko bardziej… hmm… holistycznie. Podobnie jak jad żaby, który poniekąd odmienił mu życie. Po kilku łykach wszelkie powierzchnie – siwego nieba, zaśnieżonego piachu, sztucznej skóry w kokpicie – działają na różne zmysły. Nie tyle wzrok, ile sam umysł przenika przez ich fakturę, wwierca się między warstwy, wystarczy trochę skupienia, by poczuć molekuły. Czas również staje się materialny. Można się łatwo zatrzymać pomiędzy chwilami jak między pniami drzew. I tylko jedno nie może się udać. Ucieczka przed zakończeniem. Ale mogło być gorzej. W szpitalu bródnowskim leżał obok kolesia, który ledwo przeżył wirusa z Wchujtam, i po co? Po to, by się dowiedzieć, że ma, biedak, raka. Pół nocy grzebał sobie w zębach pękniętą kartą Biedronki, a drugie pół bezskutecznie próbował zbić konia, by nad ranem wywalić, nie wydając dźwięku. Wcześniej rozmawiali o śmierci – jakie przybiera formy. Figo, z zawodu złotnik, mówił o szkieletach z kosami i czarnoskrzydłych aniołach z obrazów

Malczewskiego. Sztorm nie mówił o małpie, by typa nie straszyć. Pozwolił mu wierzyć do końca, że przyjdzie doń anioł. Prezes też pewnie w to wierzy. Ostatnimi laty odmienia wiarę i Kościół przez wszystkie przypadki. Klasyczna dewocja starcza. Teraz nie może przeboleć, rupieć jeden, że go, jak powtarza, „poniżyli tym durnym pseudotrybunałem”.

– …to był monolog wariatki. Do analizy psychiatrów. Sama to napisała?

– Twoja nie-e-edoszła zabójczyni? Wydaje mi się, że wespół z naszym trzecim kolegą ja jej kilka wątków tylko podrzuciłem. Ale mogli być jeszcze jacyś inni autorzy. Się przecież przekonałeś, że wszystkiego nie wiem. Gdybym ja to napisał, ująłbym i krócej, i dużo dosadniej. Darowałbym sobie przeszłość, wasze minione świństwa, sku-ku-piłbym się na tutaj i teraz. Unikałbym nowomowy: destrukcja, inwigilacja… jesteście kurwy… i starczy. Fundujecie narodowy socjalizm…

– Bredzisz. Zostaliście wykorzystani i chyba wiem nawet, kto was wykorzystał.

– Twoi wrogowie w partii?

– Odwieczni wrogowie Polski, i to nie jest przenośnia. Nie mam na myśli Hyclowej, ta cała ich opozycja to dokładnie zero…

– Tu się akurat zgadzamy.

– Wszystko, co głoszą, jest kłamstwem.

– Powiedzmy, że p-pra-prawie wszystko.

– Jesteście samobójcami?

– Odpowiem ci tylko za siebie. Nie mogłem już dalej wytrzymać małej stabilizacji. Każdy ma swą chatę z kraja. Jak żeśmy się pozamykali przez koronawirusa, tak to trwa do teraz. Przyszli po demonstrantów, ja nie protestowałem, nie by-byłem demonstrantem. Przyszli po świętokradców…

– Ach, przestań, bo się popłaczę! Po kogo niby przyszliśmy?! Gdzie te obozy pracy, gdzie nowa Bereza Kartuska? Przecież to wszystko, co ona czytała, ten cały akt oskarżenia, to was zupełnie kompromituje… Mogliście do mnie przyjechać, do siedziby partii, zaprosiłbym telewizję i byście sobie czytali spokojnie te wasze zarzuty, a moja sekretarka by na nie odpowiedziała. Nic to niewarte. Nie zmieniacie kompletnie niczego prócz swojego losu. Na gorsze.

– Działa Navarony, pamiętasz?

– Małe pęknięcie w tamie i dalekosiężne skutki. Metafora zupełnie nietrafna. Niczego nie tamujemy. To nasi poprzednicy tłamsili, a my uwalniamy. Ludzką energię, kreatywność, zapał…

– Szczególnie zapał tych za-a-paleńców, co w Łodzi geja spalili. Teraz ty byś już przestał. – Kierowca wpycha palce pod okulary i przeciera oczy. W szpitalu praktycznie nie spał, dwie noce majaczył. Kiedy był przytomniejszy, z pomocą telefonu wymieniał mądrości z Waletem i Madonną99, potem myślał o Irlandczykach, o Baskach, porwaniach samolotów, o Czeczenach w teatrze, w Kizlarze i w Budionnowsku. We śnie na jawie raz widział siebie, jak spada z wysokości (czyli klasyka gatunku), a raz, jak brodzi w mulistym dnie rzeki. Woda nie jest głęboka, ale grunt go pochłania, za cholerę nie może się odbić, a płynąć też nie może, bo dźwiga jakiś balast. Powinien ten ciężar zrzucić, on nie należy do niego, lecz jakoś dziwnie nie może… wiadomo, jak to w majakach. Zawsze jest jakieś tonięcie, spadanie, szukanie czegoś bez skutku, jakaś dusząca odpowiedzialność, stale jakiś niestyk.

– Patrz, już po ciebie jadą!

Robaczek świętojański błyska w tunelu duktu… raz, drugi i trzeci. Za każdym razem mocniej (świetliki samice, czyli te, co błyszczą, wbrew powszechnemu przekonaniu w ogóle nie latają, bo nie mają skrzydeł. To brzydkie drapieżniki, które jedzą ślimaki i inne małe gówna. Żaden nie zaświeci we wrześniu i na mrozie).

Sztorm gasi światła auta. Prezes pochyla się do przodu na tyle, na ile pozwala łańcuch od kajdanek. Błyski są już wyraźne.

– Przynajmniej mnie rozkuj. Wyjdę pierwszy i powiem, żeby nie strzelali. Tyle mogę dla ciebie zrobić za to, że miałeś refleks. Że jednak jesteś człowiekiem.

<<Reklama>> Książki autora dostępne są w formie e-booków w Publio.pl >>

Więcej o: