Mało kto znał George'a Michaela tak jak on. Andrew Ridgeley z Wham! napisał o tej przyjaźni książkę [FRAGMENT]

"Wham! George i ja" to jedyna książka pokazująca nam zakulisowe życie zespołu, który w latach 80. rozdawał muzyczne karty. Przy tym to opowieść o jednym z najbardziej znanych muzyków na świecie, George'u Michaelu - tym cenniejsza, że snuta przez osobę, która znała go jak nikt inny. Andrew Ridgeley przelał na papier lata wspomnień związanych z nieodżałowanym muzykiem, który przez lata był jego najbliższym przyjacielem.

Wyobrażasz sobie Święta bez przeboju "Last Christmas"? Magiczna atmosfera związana z tą piosenką to zasługa dwóch przyjaciół - George’a Michaela i Andrew Ridgeleya. Wszystko zaczęło się w 1981 roku, gdy jako osiemnastolatkowie postanowili założyć zespół. Bardzo szybko Wham! stali się ikoną popkultury oraz symbolem lat 80. - czasu, kiedy imprezy trwały do białego rana, a ekstrawagancja była w cenie. W książce "Wham! George i ja", która w Polsce ukazała się nakładem Wydawnictwa Znak, Andrew Ridgeley wspomina wspólne lata spędzone z George'em Michaelem na szczycie - i nie tylko. Autorką tłumaczenia jest Ewa Borówka.

Zobacz wideo Emilia Clarke śpiewa "Last Christmas" w zwiastunie świątecznego filmu

"Wham! George i ja". "Na Wembley czekałem na George'a po raz ostatni"

Sobota, 28 czerwca 1986 roku 

Czekałem na George’a.

Jak zawsze czekałem na George’a. Tym razem stałem za kulisami na Wembley, cierpliwie nasłuchiwałem sygnału do wyjścia i czekałem – czekałem, czekałem i czekałem. Słońce rozpłynęło się już za słynnymi bliźniaczymi wieżami w  koronie stadionu, a masa liczona w dziesiątkach tysięcy ludzi w najdalszych częściach trybun zdawała się migotać. Inni zbili się w rozkołysaną, wielobarwną falę na płycie boiska. Nastoletnie dziewczyny wymachiwały flagami i własnoręcznie przygotowanymi transparentami, błyskały flesze, a dzieci, pary i całe grupy krewnych i  przyjaciół krzyczały z ożywieniem – siedemdziesiąt dwa tysiące fanów, których przyciągnął The Final, pożegnalny koncert Wham!, obiecującego, pełnego młodzieńczego wigoru zespołu pop, którego gwiazda, zgodnie z zamierzeniami moimi i George’a, miała świecić jasno, lecz krótko.

Od 1982 roku, kiedy to wydaliśmy pierwszą płytę, minęły cztery lata, a Wham! nadal święcił triumfy w radiu, prasie i telewizji. Plakaty z podobiznami moimi i George’a, wyrwane z rozkładówek czasopism "Smash Hits" i "Just Seventeen", zdobiły ściany pokojów milionów nastolatków, a autorzy rubryk towarzyskich wyrywali sobie byle strzęp informacji i plotek na temat grupy. Jednak u szczytu sławy i po wydaniu dwóch albumów studyjnych oraz serii singli przodujących na listach przebojów na całym świecie właśnie zamierzaliśmy się pożegnać z ludźmi, których przyciągnęły te piosenki, te koncerty i te opowieści.

A wszyscy oni ostatni raz czekali, czekali i czekali na rozpoczęcie widowiska.

Program koncertu znałem na pamięć. Stojący na scenie George rozłożył szeroko ręce i ruszył w stronę wybiegu sięgającego pierwszych rzędów na płycie Wembley. To była jego chwila. Ubrany cały na czarno, w skórę i dżins, z zaczesanymi do tyłu włosami i dwudniowym zarostem, każdym gestem i znakiem nawiązywał kontakt z publicznością. Występował dla ludzi, tłum omdlewał. Z dwoma tancerzami po bokach podrygiwał i wirował do instrumentalnego fragmentu utworu "Everything She Wants", pulsującego tła muzycznego wprost stworzonego do widowiskowego, teatralnego wstępu. George uwielbiał wykonywać tę piosenkę, będącą kpiarskim podsumowaniem życia małżeńskiego, choć gdy powstawała, obaj byliśmy młodymi, wolnymi od zobowiązań singlami. George pomachał fanom w najodleglejszych rzędach rozkrzyczanego tłumu. Odwrócił się plecami do publiczności i nie zbliżając jeszcze ust do mikrofonu, wskazał uwodzicielskim gestem tył sceny. Nie wyrzekł dotąd ani słowa, nie mówiąc już o śpiewaniu, ale zebrani i tak z zapartym tchem śledzili jego każdy ruch. Dobrze znałem to uczucie.

Ileż to razy zdarzało mi się czekać na George’a.

Czekałem na niego, gdy bez końca szykował się do koncertu: prostował i tapirował włosy, nieraz całymi godzinami, a ja opędzałem się od gryzącego swędu palonych kosmyków i woni lakieru do włosów, przekonany, że ten rytuał to niepotrzebne katusze. W miarę jak nasza sława rosła, aparycja George’a stawała się coraz poważniejszą kwestią. W 1984 roku, przed zdjęciami do teledysku do "Careless Whisper", skarżył się nawet, że przez swoje kręcone włosy, które pod wpływem wilgoci przemieniają się w nieokiełznaną szopę zmierzwionych loczków, wygląda jak Shirley Bassey. Siostra George’a, Mel, fryzjerka, przeleciała pół świata – z Londynu do Miami, gdzie powstawał klip – tylko po to, żeby wymodelować George’owi włosy zgodnie z jego upodobaniami. Za przylot i robociznę policzyła sobie podobno ponad dziesięć tysięcy funtów.

Ale czekałem na George’a również wtedy, gdy nachodziło go muzyczne natchnienie, a zdarzało się to często – w studiu, w którym mozolnie i  rygorystycznie dopracowywał każdy szczegół, albo w domu, gdzie potrafił zniknąć znienacka na całe godziny, bo właśnie wpadł na pomysł jakiegoś wątku melodycznego czy też frazy. Często okazywało się, że to kolejny przebłysk geniuszu, a najbardziej pamiętna iskra zapaliła się pewnego leniwego niedzielnego popołudnia w lutym 1984 roku, w salonie jego rodziców. W telewizji nadawali The Big Match, ale George błądził myślami po rejonach zgoła odmiennych niż piłka nożna.

– Zaraz wracam – powiedział, po czym poderwał się z kanapy i zniknął na piętrze. Po dobrej godzinie wrócił z dumnym uśmiechem na ustach.

– Jasna cholera, Andy – powiedział. – Chodź na górę, musisz coś usłyszeć…

Był rozradowany, wiedział, że dokonał czegoś wyjątkowego: skomponował i nagrał na magnetofonie czterościeżkowym podstawową wersję melodii piosenki o roboczym tytule "Last Christmas" – demówkę, która po dopracowaniu przemieniła się w balladę o nieszczęśliwej miłości i stała się najgłośniejszym singlem bożonarodzeniowym, który nie trafił na szczyt list przebojów. Mimo nieprzemijającej popularności przeboju "Last Christmas" George wściekał się, że przegrał w tamtym roku z  singlem supergrupy charytatywnej Band Aid, która powstała z połączenia sił między innymi Boba Geldofa, U2, Duran Duran, Stinga, Paula Wellera oraz samego George’a – choć nie zazdrościł grupie sukcesu. Z biegiem lat przebojowe single zaczęto traktować jako jedyne potwierdzenie sprawności kompozytorskiej George’a, a świadomość, że dla publiczności i całego środowiska nie jest numerem jeden, niezmiennie go drażniła. Gdy jednak usiedliśmy owego dnia w jego pokoju, tym samym, w którym jako nastoletni chłopcy analizowaliśmy po szkole podsumowanie listy Top 40, a ja wysłuchałem nagranej z syntezatora podstawowej linii melodycznej z zanuconym, wpadającym w ucho refrenem, uśmiechnąłem się od ucha do ucha. George uchwycił sedno świąt, by następnie zawrzeć w tekście ból złamanego serca.

I czekałem też na George’a, gdy przeobrażał się z dowcipnego, choć chwilami refleksyjnego nastolatka, Georgiosa Panayiotou, wpierw w chłopaka o przezwisku Yog, które nadałem mu niedługo po tym, jak poznaliśmy się w szkole średniej Bushey Meads, a potem w George’a Michaela, wokalistę, tekściarza, kompozytora i mojego najdroższego przyjaciela w najbardziej decydującym okresie życia i w latach późniejszych. Gdy wyruszyliśmy w intensywną i nieprzewidywalną podróż na szczyt, nasza więź jedynie się umocniła. George stał się jednym z najbardziej charakterystycznych głosów swojego pokolenia. Chociaż był autorem największych przebojów lat osiemdziesiątych, można było odnieść wrażenie, że w sferze osobistej próbuje się dopiero określić.

Poza zaufanym gronem ludzi związanych z Wham! jego orientacja pozostawała tajemnicą, a między jego sekretnym życiem młodego geja a pozycją bożyszcza nastolatek i  bohatera brukowców powstała przepaść. George przyznał potem otwarcie, że chwilami silne rozdarcie między jego życiem prywatnym a rolą osoby publicznej niemal doprowadzało go do szaleństwa. W tym okresie nieprzerwanie stałem u jego boku. Od lat pozostawał moim najbliższym przyjacielem, ale los przeznaczył mu rolę wykraczającą poza naszą osobistą relację. Tu, na Wembley, miałem czekać na George’a po raz ostatni.

Bo skoro osiągnąłem swój cel życiowy, już na niego czekać nie musiałem.

(…) śledząc przez kilka ostatnich tygodni doniesienia na temat naszego koncertu finałowego, można było odnieść wrażenie, że to wydarzenie o  znaczeniu niemal religijnym. Fanów nazywano akolitami, a nas, członków zespołu, idolami. W początkowym okresie działalności nasz wizerunek sceniczny był frywolny i zuchwały, po koncertach gazety pisały o zbyt mocno wyciętych szortach i kusych koszulkach, zaś teledyski piosenek w rodzaju Club Tropicana pełne były ironicznych ukłonów w stronę hedonistycznych młodzieńczych uciech. Ale na Wembley postawiliśmy na bardziej dramatyczny styl, żeby sprostać wielkim oczekiwaniom: zrezygnowaliśmy z barwnego wizerunku scenicznego i wybraliśmy poważniejszy ton. George włożył czarne dżinsy rurki i skórzane kowbojki. W szlufkach połyskiwał mu wysadzany strasami pasek, a u rękawów skórzanej kurtki z  postawionym kołnierzem dyndały frędzle. Mój jednolicie czarny strój prezentował się równie efektownie. Zrzuciwszy płaszcz z pomocą Pepsi i Shirlie, odsłoniłem krótką kurtkę à la matador, też z frędzlami, krawat bolo i błyszczący pasek. Z trudem powstrzymując się od śmiechu, teatralnie, palec za palcem, zsuwałem rękawiczki i upuszczałem je na scenę. Shirlie podała mi gitarę, a ja przerzuciłem ją przez ramię. Pora na show.