"Ty, która to jest twoja matka, a która to ojciec?". Na plecaku napisali: "ZOŚKA ZAPAŁA CÓRKA PEDAŁA"

Publikujemy opowiadanie "Zanim rzucisz kamieniem" Katarzyny Ryrych-Korczyńskiej z ilustracjami Aleksandry Cieślak, które znalazło się w książce "Wszystkie kolory świata". Dochód ze sprzedaży książki przeznaczony jest na wsparcie 116 111, telefonu zaufania dla dzieci i młodzieży, prowadzonego przez Fundację Dajemy Dzieciom Siłę.

Co takiego było w moim nieszczęsnym plecaku, że sprowokował Waldiego, zwanego przez wszystkich Wiewaldim? Bo zawsze i wszędzie wszystko wiedział najlepiej.

Plecak nie był ani tęczowy, ani nie miał żadnych naszywek, po prostu zwyczajny szkolny plecak, z kieszonką na piórnik i drugą większą, na kanapkę.

Zobacz wideo Empatia, szacunek, sprzeciw wobec przemocy - charytatywna książka wspiera telefon zaufania dla dzieci [POPkultura]

Na początku nie domyśliłam się, dlaczego wszyscy na szkolnym korytarzu gapili się na mnie, kiedy szłam do naszej klasy. I to nie było takie sobie zwyczajne gapienie się, tylko coś zupełnie innego. Nieprzyjemnego.

Usiadłam na swoim miejscu i nagle zdałam sobie sprawę, że sąsiednie krzesło jest puste. Że z niewiadomego powodu Adela, z którą siedziałam od pierwszej klasy, przeniosła się do Marty.

Rzuciłam jej pytające spojrzenie, ale udała, że mnie nie widzi.

A może naprawdę mnie nie widziała? Może miały z Martą coś ważnego do obgadania, bo przecież i tak się zdarzało. Ale kiedy rozległ się dzwonek, Adela nie wróciła na swoje miejsce.

Nie mogłam skupić się na lekcji do tego stopnia, że zauważyła to nasza pani.

– Zosiu – powiedziała, stukając długopisem w blat mojego stolika – wracaj na ziemię. Od myślenia o niebieskich migdałach jest przerwa.

Gdzieś za moimi plecami rozległ się chichot Wiewaldiego.

Dzwonek na przerwę zabrzmiał dla mnie jak wybawienie. Wstałam i pomachałam ręką do Adeli. Popatrzyła na mnie bez uśmiechu i wyszła na korytarz, ciągnąc za sobą Martę.

Działo się coś, czego nie mogłam zrozumieć.

Jak na złość była to duża przerwa, czas, kiedy razem z koleżankami rozmawiałyśmy o różnych rzeczach, ale te gdzieś się pochowały, zupełnie jakby ukrywały się. Przede mną.

Nie wiem, skąd pojawił się we mnie dziwny lęk. Serce waliło mi jak młot, a kolana drżały.

Sięgnęłam po plecak i zamarłam.

ZOŚKA ZAPAŁA CÓRKA PEDAŁA głosiły duże czarne litery.

– Ty – rozległ się za mną głos Wiewaldiego – która to jest twoja matka, a która to ojciec? Bo wiem wszystko, ale tego nie wiem.

– Co? – zapytałam. – O co ci chodzi?

– Zapałka pedałka, zapałka pedałka – odpowiedział mi zgodny chór moich koleżanek i kolegów.

Zanim rzucisz kamieniem - ilustracja z książki 'Wszystkie kolory świata'Zanim rzucisz kamieniem - ilustracja z książki 'Wszystkie kolory świata' Aleksandra Cieślak, Wyd. Agora

Stali dokoła mojej ławki tak ciasno, że nie byłam w stanie przebić się przez nich i uciec. Zrobiłam to po dzwonku. Porwałam plecak i wybiegłam z klasy, prawie zderzając się z panem od geografii.

– Zapałka – zawołał w ślad za mną. – Co się dzieje? Pali się?

Pan Skowroński był moim ulubionym nauczycielem. Znał nasze przezwiska i nie obraził się, kiedy wyszło na jaw, że nazywamy go Skowronkiem.

Nie powiedział ani słowa, za to nie wiadomo skąd dowiedział się, jakie my nosimy przezwiska, i w ten sposób się do nas zwracał.

– No, jak Wiewaldi tego nie wie – mawiał, zadając jakieś trudne pytanie – to już chyba nikt.

Biegłam korytarzem. W tej chwili Skowronek pewnie pytał w klasie, co się ze mną stało, i być może dowiadywał się jakichś strasznych rzeczy…

"Zoś-ka Za-pa-ła, cór-ka pe-da-ła" dzwoniło mi w uszach. Wybiegłam ze szkoły i zatrzymałam się dopiero na ulicy.

Pedał. To było naprawdę straszne słowo. Używali go między sobą chłopcy. Masz pedalską koszulkę.

Albo – w tych spodniach wyglądasz jak jakiś pedał.

Ale nigdy nie słyszałam, żeby dziewczyna była pedałem. Pedałami bywali tylko i wyłącznie chłopcy.

Tacy jak Dawid, którego rodzice musieli przenieść z naszej szkoły. Bo Dawid nie lubił grać w piłkę ani nie oglądał programów sportowych. No i na wuefie nie należał do najlepszych. Szczerze – to nie był nawet dobry.

Szkoda, że zniknął nagle, z dnia na dzień. Nie miałam nawet czasu, żeby poprosić go o numer telefonu. Naprawdę go lubiłam. Dużo czytał i można było pogadać z nim o książkach. I bardzo mi go brakowało. A na dodatek w moim pokoju na półce leżała jak wyrzut sumienia książka, którą mi pożyczył.

Usiadłam na ławce w parku, takiej oddalonej, żeby przypadkiem nie zauważyła mnie straż miejska, wyjęłam z plecaka chusteczkę i zaczęłam nią trzeć napis. Ale pisak, którego użyto, był wyjątkowo wredny. I niespotykanie trwały. Nawet się nie rozmazał.

Rzuciłam plecak w trawę i ukryłam twarz w dłoniach. W głowie tłukło mi się jedno pytanie: dlaczego?

Jeszcze w piątek byłam po prostu Zosią, Zośką, Zapałką, jedną z zupełnie zwyczajnych dziewczyn w klasie.

Co takiego stało się w sobotę lub w niedzielę? A może to zaczęło się wcześniej, tylko po prostu niczego nie zauważyłam? Bo przecież nic nie dzieje się nagle i bez przyczyny.

Na początek spróbowałam opanować to nieprzyjemne wewnętrzne drżenie. Ale nie miałam ochoty ruszać się z parku.

Zresztą było za wcześnie na powrót ze szkoły, a ja nie umiałam kłamać. I nawet gdybym potrafiła wymyślić na poczekaniu jakiś sensowny powód, i tak byłoby widać, że coś jest nie tak. Grubo nie tak.

Podniosłam plecak z ziemi, wyjęłam z niego wszystko i wywróciłam go na lewą stronę. A potem wepchnęłam wszytko jak leci do środka. Spojrzałam na zegarek. Czas płynął bardzo powoli.

Jeszcze trzy godziny lekcyjne. Które musiałam jakoś przetrwać. To nie był najlepszy dzień na spędzanie go pod chmurką. Na dodatek zaczął siąpić nieprzyjemny, drobny marcowy deszcz.

Powlokłam się na przystanek i wsiadłam do pierwszego tramwaju, jaki nadjechał. Tu przynajmniej nie padało mi na głowę.

W wagonie było pusto. Usiadłam tuż przy drzwiach i zaczęłam zastanawiać się, co dalej. Jak będzie wyglądać moje życie. Bo byłam pewna, że już więcej do szkoły nie wrócę. Przynajmniej do tej.

Przykleiłam nos do szyby. Tramwaj mijał szare, posępne gmaszysko instytutu, w którym pracowała moja mama.

W dziwnym, nieprzyjemnym odrętwieniu dojechałam do pętli.

– Końcowy przystanek – poinformował mnie motorniczy.

Jego słowa dotarły do mnie jak przez ścianę z grubego szkła.

– Hej, koleżanko – powtórzył. – Dojechaliśmy, dokądkolwiek chciałaś jechać.

Podniosłam głowę.

– No, dokąd chciałaś jechać?

– Po prostu chciałam jechać – odparłam cicho.

– Po prostu chciałaś jechać. No to chyba dojechałaś.

Wstałam i podniosłam z sąsiedniego siedzenia plecak.

– To teraz taka moda? – zapytał. No tak. Musiał to zauważyć. Kto normalny wywraca plecak na podszewkę.

Powoli wypakowałam wszystko na siedzenie. Książki, zeszyty, piórnik. I wywróciłam go na tę stronę z napisem.

– Teraz jest inna moda – powiedziałam, pokazując mu wielkie czarne litery.

A potem wrzuciłam wszystko z powrotem do środka.

– Zaczekaj – zawołał, kiedy postawiłam nogę na stopniu.

Zatrzymałam się. Nie spieszyłam się nigdzie. Miałam przed sobą jeszcze dwie godziny, które musiałam jakoś przetrwać.

– Chcesz o tym pogadać? – zapytał nieoczekiwanie.

– Niby o czym?

– O tym. – Ruchem głowy wskazał mój plecak. – Chyba wiem, jak się czujesz.

– Paskudnie – szepnęłam.

Poczułam, jak do oczu zaczynają mi napływać łzy. Bez słowa podał mi paczkę chusteczek.

– Zrobimy tak – powiedział. – Zaraz mam następny kurs. Daj mi ten plecak…

– Przecież nie ucieknę – odparłam. – Nie mam gdzie.

– Nie o to chodzi. Nie będziesz musiała go pilnować. A jak dojedziemy na następną pętlę, pogadamy.

Nigdy nie wdawaj się w rozmowy z nieznajomymi – tak zawsze mówiła moja mama. Ale to był tramwaj, oprócz mnie jechali nim również inni pasażerowie. A motorniczy nie wyglądał na przestępcę.

– Dobrze – powiedziałam, ale nie podałam mu plecaka.

Wcisnęłam go za plecy, a on poszedł do swojej kabiny.

Ponownie minęliśmy instytut. Gdzieś tam, pomyślałam, pracuje moja mama i nie ma pojęcia, że jestem tak blisko. Nie wie, że po raz pierwszy w życiu uciekłam ze szkoły. Nagle przyszło mi do głowy, że Skowronek mógł do niej zadzwonić – bo moja ucieczka nie była normalnym zachowaniem. Być może właśnie teraz mama próbuje skontaktować się ze mną… ale ekran mojej komórki był czarny. Jak zawsze zapomniałam sprawdzić, czy jest naładowana.

Ten motorniczy, pomyślałam. Z pewnością ma telefon, więc… Tylko co miałam jej powiedzieć? Mamo, napisali mi na plecaku coś naprawdę strasznego, nie mam pojęcia, dlaczego to zrobili. Albo – mamo, czy jest coś, o czym ja nie wiem? Coś, przez co nazwano mnie w taki sposób?

Mżawka za oknem zamieniła się w deszcz. Patrzyłam, jak ludzie wysiadają z wagonu i błyskawicznie rozkładają parasole, a ci, którzy nie zabrali ich ze sobą, zakładają kaptury lub przyspieszając kroku, biegną przez ulicę.

– No to mamy chwilę, aby porozmawiać – motorniczy usiadł naprzeciwko mnie.

– Musiał to zrobić w szatni – powiedziałam cicho. – A może wczoraj, na wuefie, tylko nie zauważyłam.

I szłam tak przez całe osiedle, pomyślałam.

– Masz jakiś pomysł, dlaczego ten ktoś tak zrobił?

Pomysł? Na takie świństwo? Może dlatego, że jako jedyna w klasie nie miałam ojca? To znaczy miałam, jak każdy, tylko rodzice rozwiedli się zaraz po moim urodzeniu.

Więc skoro ja nie znałam swojego ojca i naprawdę nic o nim nie wiedziałam, skąd Wiewaldi zdobył takie informacje?

– Nie mam – odparłam.

– A… – zaczął trochę z wahaniem – twoja rodzina…? Czyli ty i...?

– Mama. My dwie. I nikogo więcej.

Potrząsnął głową. Też tego nie potrafili zrozumieć. Chwilę siedzieliśmy w milczeniu.

– I to jest taka straszna obelga – powiedział. – Tak straszna, że uciekasz ze szkoły?

– Tak! – krzyknęłam. – Chyba że pan nie wie, kto to są…

– Wiem – odparł spokojnie. – To byłoby bardzo proste, gdybym był… jest inne słowo, gejem. Wtedy zobaczyłabyś, że nie mam diabelskich rogów, że jestem całkiem zwyczajnym człowiekiem, ale muszę cię rozczarować. Mam żonę i syna… chyba nawet w twoim wieku. Dokuczali mu tak samo jak tobie. Nie lubił grać w piłkę, nie interesował się sportem.

Przed moimi oczami pojawił się drobny, ciemnowłosy chłopiec. Pedalskie spodnie, pedalska bluza… Da-wid pe-dał, ga-cie sprze-dał….

– On – zawahałam się – ma na imię Dawid?

– Tak – odparł motorniczy.

– Znacie się? Znaliście się?

– My… – zająknęłam się – byliśmy w jednej klasie.

Tata Dawida uśmiechnął się.

– Widzisz – powiedział – jaki mały jest świat?

Ale mi nie było do śmiechu. Było mi wstyd, że nie stanęłam w obronie kolegi. Że nie zrobił tego nikt z nas. Że daliśmy go Wiewaldiemu na żer.

– Proszę go ode mnie… – urwałam – przeprosić. I powiedzieć, że koniecznie chcę się z nim spotkać. Mam jego książkę.

Motorniczy wyjął z kieszeni notes i długopis.

– Masz – powiedział. – To jego numer. Powiem mu, że cię spotkałem, resztę załatwicie miedzy sobą. A teraz zastanówmy się, co dalej.

Nagle poczułam się dziwnie lekko.

– Opowiem wszystko mamie – postanowiłam. – Gdybym mogła do niej zadzwonić…

– Możesz skorzystać z mojego telefonu – zaproponował.

Mama naprawdę była zaniepokojona.

– Pan Skowroński powiedział…

A więc nie myliłam się. Zadzwonił. Na jego miejscu zrobiłabym to samo.

– Wytłumaczę ci wszystko – powiedziałam.

– Jesteś już w domu? – A jak myślisz? Zaraz po tym telefonie zwolniłam się i…

Motorniczy wyjął mi z ręki telefon.

– Bogucki – przedstawił się. – Nasze dzieci kiedyś chodziły do jednej klasy. Dopilnuję, żeby bezpiecznie wróciła do domu.

Domyśliłam się, że mama teraz dziękuje panu Boguckiemu i cieszy się, że wie, gdzie jestem. Na pętli na motorniczego czekał jego zmiennik.

– Myślę – powiedział ojciec Dawida – że będzie najlepiej, jeśli oddam cię… do rąk własnych.

Było mi naprawdę głupio. Zostać odprowadzoną do domu, jak małe dziecko… Ale jak się za chwilę okazało, miało to także swoje dobre strony.

Tata Dawida bowiem wziął na siebie cały ciężar wydarzenia.

– Siedziała jak siedem nieszczęść, mokra, zdenerwowana… – zaczął.

– Może zrobię panu kawę – zaproponowała mama. – Albo… jest zupa pomidorowa…

– Pomidorowa! – wykrzyknął. – Moja ulubiona.

Za chwilę siedzieliśmy we troje w kuchni, jedząc podaną przez mamę zupę. Po skończonym posiłku tata Dawida podziękował i powiedział, że ustępuje mi placu. To oznaczało, że muszę poradzić sobie sama.

Lęk minął, został tylko dziwny żal. Pomyślałam, że już wiem, jak się czuje ktoś, kto został zdradzony. To samo musiał przeżywać Dawid. Ale ja nie zamierzałam zmieniać szkoły. Kiedy za ojcem Dawida zamknęły się drzwi, przyniosłam z przedpokoju plecak i położyłam go na stole.

– Zośka Zapała – przeczytała mama i spojrzała na mnie zaskoczona.

– …córka pedała – dokończyłam. – Twój ojciec – powiedziała mama – o ile wiem, odszedł do innej kobiety.

Usiadłyśmy na wersalce i mama objęła mnie ramieniem. Chwilę siedziałyśmy w milczeniu.

– Wiem! – wykrzyknęła nagle mama. – Ale jak to mogło się roznieść?

Spojrzałam na nią pytająco. Więc jednak coś się stało.

– Nie pamiętasz Bogny – zaczęła. – Byłyśmy przyjaciółkami od pierwszej klasy. Najlepszymi. Na wycieczkach trzymałyśmy się za ręce. Wiem, co zaraz powiesz, ale to było… to jest zupełnie normalne. Szczególnie, jak masz siedem czy osiem lat. Po studiach Bogna wyjechała do Stanów i po latach przyjechała odwiedzić rodzinę i przyjaciół. Pamiętasz, jak w czwartek wieczorem wróciłam do domu późno w nocy? Jak dzwoniłam, żeby ci to powiedzieć? Odebrałam ją z lotniska i… Ale kto mógł nas widzieć?

– Nic z tego nie rozumiem – powiedziałam.

– Poczułyśmy się jak dawniej. Trzymałyśmy się za ręce. Jak wtedy, w szkole. Chyba ktoś to zauważył.

Zanim rzucisz kamieniem - ilustracja z książki 'Wszystkie kolory świata'Zanim rzucisz kamieniem - ilustracja z książki 'Wszystkie kolory świata' Aleksandra Cieślak, Wyd. Agora

– Co? – zapytałam, nie wierząc własnym uszom.

Trzymały się za ręce. Czy to coś złego? Z czegoś takiego może powstać taka okropna, ohydna plotka?

– Zosiu… – mama pociągnęła mnie za włosy. – Ludzie lubią sensacje. Kochają plotki. Trzeba będzie to jakoś…

Zerwałam się na równe nogi.

– Nie! – zawołałam. – Nie będę niczego nikomu wyjaśniać. Nie będę się tłumaczyć. Jesteś moją mamą i możesz robić, co chcesz. Chodzić za rękę, z kim chcesz. I nikt nie może ci tego zabronić.

– Więc co z tym zrobisz?

Mama spojrzała na plecak. W mojej głowie nagle urodziła się zuchwała myśl.

– Muszę teraz wyjść – powiedziałam.

– Masz taką minę, jakbyś chciała kogoś pobić – zauważyła mama.

Wybiegłam z mieszkania i pędem zbiegłam po schodach. W drzwiach prawie zderzyłam się z jakąś nieznajomą kobietą.

– Przepraszam – zawołałam i pobiegłam dalej.

Spacerujący po trawniku pies sąsiada zaszczekał głośno, kiedy go mijałam. Dobiegłam do niewielkiego sklepiku bez tchu. Codziennie mijałam go po drodze, a czasami nawet przyglądałam się różnym drobiazgom na wystawie. Czego tam nie było… A w środku cała półka wegańskich kosmetyków, biżuteria rodem z Afryki albo Meksyku, można było podziwiać to wszystko godzinami. Ale mnie interesowały dziś naszywki.

– Proszę. – Młoda dziewczyna z kolorowymi dredami na głowie podała mi całe pudełko. – Może coś doradzić?

Miała w nosie kolczyk i uśmiechała się promiennie, zupełnie jakby ucieszyła się z mojej wizyty

– Tak – odpowiedziałam jej też z uśmiechem.

Podałam jej banknot, a resztę wrzuciłam do puszki, na której widniało zdjęcie psa.

I pędem wróciłam do domu. W przedpokoju pachniało nieznanymi perfumami, a z pokoju mamy dochodził śmiech.

Zatrzymałam się w drzwiach.

– To jest właśnie Bogna – powiedziała mama. – Czyli przyczyna twoich kłopotów – dodała przyjaciółka mamy.

– Usiądziesz z nami? – zapytała mama.

– Za chwilę – odparłam i zamknęłam się w swoim pokoju.

Spędziłam tam cały kwadrans, przyszywając na plecak naszywkę w kształcie tęczy. Była tak duża, że zakryła wstrętne czarne kulfony.

– Teraz jeszcze będziesz musiała to obronić – powiedziała mama. – Co nie będzie łatwe.

– Masz bardzo odważną córkę – uśmiechnęła się Bogna.

Rozmawiałyśmy do późnej nocy i mama wcale nie wyganiała mnie do spania, zupełnie jakbym była dorosła.

Następnego dnia weszłam do klasy z podniesioną głową. Położyłam plecak tak, żeby zobaczył go Wiewaldi. Kiedy podszedł do mojego stolika, wstałam i popatrzyłam mu prosto w twarz.

– Może wydaje ci się, że wiesz wszystko – powiedziałam, a w klasie zapadła taka cisza, jakbyśmy pisali sprawdzian z matematyki – ale masz złe informacje. Do mojej mamy przyjechała koleżanka, z którą nie widziały się od piętnastu lat. Więc zanim rzucisz kamieniem, pomyśl. A po drugie… kobieta nie może być gejem. Może być lesbijką. I też ma prawo do życia.

Zaszurało krzesło. To Adela wzięła swój plecak i usiadła na swoim starym miejscu.

– Przepraszam – szepnęła. – To było głupie. Bałam się, że nie zechcesz już ze mną rozmawiać… Naprawdę, tak bardzo się cieszę, że wróciłaś…

Nie słuchałam. Docierały do mnie zaledwie pojedyncze słowa. Zastanawiałam się, co by było, gdyby moja mama naprawdę była lesbijką. I gdybym miałam dwie mamy. Jak wyglądałoby wtedy moje życie? Czy miałabym odwagę powiedzieć to głośno? I czy to byłoby takie łatwe?

Czy Adela wróciłaby na swoje stare miejsce, a Wiewaldi tak po prostu ustąpił?

Opowiadanie Katarzyny Ryrych-Korczyńskiej z książki-cegiełki "Wszystkie kolory świata" (Autorzy zebrani), opublikowanej przez Wydawnictwo Agora dla dzieci. Ilustracje: Aleksandra Cieślak.

Wszystkie kolory świata - okładkaWszystkie kolory świata - okładka il. Paweł Pawlak, wyd. Agora

Partnerzy: Fundacja Dajemy Dzieciom Siłę, Rzecznik Praw Obywatelskich, Empik.

Książka już w sprzedaży: 

kulturalnysklep.pl/wszystkiekoloryswiata

Publio.pl >>

empik.com/wszystkiekoloryswiata