"Kocia muzyka to nie muzyka", czyli Zbigniew Wodecki i jego miłość do kotów [FRAGMENT KSIĄŻKI]

Sławni muzycy, znakomici pisarze, wybitni politycy. Co ich łączy? Wszyscy mają swojego kota! Przypadek? Czy gotowy przepis na sukces? Na te pytania niejako odpowiadają Heike Reinecke i Andreass Schlieper w książce "Sławne koty i ich ludzie". W polskiej edycji nie zabrakło rozdziałów o rodzimych miłośnikach kotów - Michał Korda sporządził historie m.in. o Violetcie Villas, Wisławie Szymborskiej i Zbigniewie Wodeckim. Dotyczący nieodżałowanego wokalisty i kompozytora fragment przeczytacie u nas.

"Sławne koty i ich ludzie" w przekładzie Dariusza Guzika ukazały się 10 lutego nakładem wydawnictwa Znak Horyzont. Napisana z dozą humoru książka zawiera opowieści o kocich miłościach takich postaci jak m.in. Winston Churchill, Jacques Derrida albo Freddie Mercury, który w trasach koncertowych dzwonił do swoich dziesięciu pupili, a o swojej ulubienicy napisał nawet piosenkę. My publikujemy fragment o Zbigniewie Wodeckim, który też miał wiernych kocich kompanów i darzył je wielkim uczuciem - chociaż "kociej muzyki" grać nie chciał.

Zobacz wideo Jaworzno. Kotka "wtargnęła" do radiowozu. Policja pokazała urocze nagranie

"Sławne koty i ich ludzie". Zbigniew Wodecki był zazdrosny o swoje koty. Im samym zazdrościł fryzury

Wodecki sporo podróżował: występował na scenach estradowych, na deskach teatrów i w salach koncertowych, ale kociej muzyki nie grał, gdyż jak mówił: "kocia muzyka to nie muzyka". Koty rewanżowały się niechęcią do jego gry na skrzypcach. Kropka nie ceniła również dźwięków trąbki. Futrzaki zdecydowanie wolały momenty, w których Wodecki komponował na fortepianie. "Kropka łazi często po klawiaturze i to nie jest fajne, odganiam ją, ale za chwilę w najmniej odpowiednim momencie, kiedy muszę napisać na przykład grupę szesnastek, znowu wskakuje”. Wodecki nie ulegał tej pozornej kakofonii. Ile razy Kropka, w ten czy inny sposób, próbowała przemycić cień awangardowości do jego muzyki, tyle razy on starał się tego nie dostrzegać, traktując zagrane przez kota dźwięki jako nieistotne kocie miauczenie. A dodać trzeba, że miauczenie stanowczo odróżniał od mruczenia. "Nie lubię, jak dzieci płaczą, koty miauczą i psy szczekają. Za to lubię, kiedy kot mruczy".

Wodecki lubił komponować w swoich utworach partie inspirowane kocim mruczeniem. Na debiutanckim albumie zatytułowanym po prostu Zbigniew Wodecki znalazły się melodie, w których znakiem rozpoznawczym są leniwe przeciągnięcia wersów w zwrotkach oraz „kocie” nucenia – tak choćby w "Partyjce", gdzie partia basu stanowi podstawę prawdziwie kociej mruczanki. Ciepłej i jak kot cierpliwej.

Równie cierpliwie koty oczekiwały Zbigniewa Wodeckiego w domu. A gdy już artysta się tam pojawiał, miał podobne upodobania jak jego koty: lubił po prostu leżeć. Gdy koty akurat nie leżały, chodziły mu po plecach, co Wodecki nazywał „masażem”. W kotach cenił ich niezależność i upór. Cenił i jednocześnie irytował się na nie, gdy upierały się przy czymś innym niż masaż. Wchodzenie i wychodzenie z zamkniętego pokoju było jedną z tych czynności. Najczęściej zaś koty chciały wchodzić i wychodzić wtedy, gdy nie tylko drzwi były zamknięte, ale również gdy Wodecki za tymi drzwiami komponował i potrzebował ciszy.

Koty, w przeciwieństwie do ludzi, nie muszą robić tego, czego się od nich wymaga. Wodecki zazdrościł im godności: "[…] nigdzie się nie śpieszą. Chyba że do miski z jedzeniem. One wiedzą, że pośpiech poniża. Ja jestem trochę taki, a koty żyją z godnością". I nikomu się nie tłumaczą. Podczas wakacji Wodecki wyjeżdżał z kotami na wieś, gdzie futrzaki znikały w polu na kilka dni, nikogo o tym nie informując. Po czym wracały, nigdy z wyrzutami sumienia, a prawie zawsze z martwymi zwierzątkami w pyskach. Wodeckiemu się to nie podobało, ale rozumiał, że w ten sposób koty wykazują troskę o ludzi, chcąc ich – biednych i nawet na wakacjach zabieganych – "dożywić".

Wraz z końcem wakacyjnego sezonu rodzina Wodeckiego wracała do krakowskiego mieszkania. Przyzwyczajone do wiejskiego jedzenia koty nie chciały nawet słyszeć o posiłkach z puszki. Wodecki mówił, że zadowalały się "dobrym mięskiem", ale miał na myśli kurczaka. Na sam widok puszki koty jeżyły się i wyglądały drapieżnie, choć wciąż pięknie, jak każdy z rodziny kotowatych. Nie był to jedyny dla kotów powód do chodzenia z naburmuszoną miną. Kłóciły się przede wszystkim po nocach, gdy domownicy spali albo próbowali spać. Tajemnicę stanowiło, o co się kłócą, skoro były przecież szczęśliwe. Dochodzące zza ściany strzępki awantur w niczym nie przypominały tych ludzkich. Chociaż koty prowadziły nocny tryb życia, Wodecki zazdrościł im również snu. Gdy wstawał, koty albo dopiero się kładły, albo spały jeszcze długo potem w ciągu dnia.

Był o koty zazdrosny, a tę zazdrość futrzaki dodatkowo podsycały. Ku rozpaczy Wodeckiego łasiły się do wszystkich gości, którzy odwiedzali ich dom. Chociaż Kropka – ospała kocica o usposobieniu damy – była leniwa i krnąbrna, potrafiła okazać zainteresowanie, gdy Wodecki wracał do domu po tygodniowej nieobecności. Jednakże jak wiadomo i na co od wieków załamują ręce starsze pokolenia: młodzi nie uznają żadnych wartości. Dlatego też Szaraka kompletnie nie obchodziło ani to, że jego pan wrócił, ani gdzie się podziewał, ani nawet to, jak długo go nie było.

W stałych jak refren podróżach i powrotach do domu Wodecki dostrzegł, że jest – jak sam przyznawał – prowincjuszem: "facetem, który myśli, że prawdziwe życie jest gdzie indziej". Jak mówił, koty były jego przeciwieństwem: nie żyły w stresie, nie zabiegały o uwagę, nie uczestniczyły w wyścigu szczurów, w którym uczestniczyć musi każdy człowiek żyjący ze sztuki.

Jak głosi pewna legenda, kot powstał wtedy, gdy kichnął lew. Być może mało jest kotów podobnych do lwa, szczególnie z fryzury, ale to właśnie uczesania Wodecki zawsze im zazdrościł. Znany ze swej dostojnej i – nomen omen – lwiej koafiury, mówił: "Kotom jest dobrze w każdej fryzurze, czego nie mogę powiedzieć o sobie". I mimo że jego fryzura do najprostszych nie należała, był zwolennikiem prostoty: z kotów najbardziej lubił dachowce. "Męczące są dla mnie wszelkie udziwnienia, nie lubię wymyślnych ras ze spłaszczonymi pyskami, krótkimi uszami itd."

Do końca życia zachował dobry humor, energię i bujne uczesanie. Zmarł 22 maja 2017 roku w Warszawie. Pochowano go w rodzinnym grobowcu na cmentarzu Rakowickim w Krakowie. Jeden z ulubionych żartów Wodeckiego dotyczył sytuacji, w której lekarz spotyka pacjenta: „»Dzień dobry, panie doktorze. Pan mnie pewnie nie pamięta. Byłem pana pacjentem przed dwoma laty. Powiedział mi pan wtedy, że zostały mi góra trzy miesiące życia. I widzi pan, dwa lata minęły, a ja mam się dobrze«. Na co lekarz odpowiada: »No wie pan, jak się pacjent uprze, żeby żyć, to medycyna jest bezradna«”. Być może Wodecki również uporu zazdrościł swoim kotom.