"Rowerem przez II RP", czyli co zobaczył w Polsce w latach 30. brytyjski podróżnik [FRAGMENT KSIĄŻKI]

W pierwszej połowie lat 30. Bernard Newman, brytyjski autor, pisarz, podróżnik, dziennikarz, urzędnik i (prawdopodobnie) szpieg, przypłynął do Gdańska wraz z rowerem o imieniu George, żeby przekonać się, jak właściwie wygląda II RP. Newman obrał sobie za cel jak najwierniejsze opisanie zagranicznemu czytelnikowi, jaka jest Polska. Napisana lekko, z typowo brytyjskim humorem książka "Rowerem przez II RP" w przekładzie Ewy Kochanowskiej jest pełna trafnych uwag i obserwacji - i starych fotografii.

Taka podróż byłaby dziś niemożliwa… bez paszportu. Niezwykła wyprawa rowerowa angielskiego dżentelmena do egzotycznego kraju, który powstał niedawno, ale ma spore ambicje. Jego mieszkańcy stawiają się temu wariatowi Hitlerowi i chyba mają prawo. Ich państwo jest niemal trzy razy większe niż wyspa, z której przybył Newman. Podróżnika i jego dwukołowego towarzysza czekają miejsca i ludzie, które wprawią go w osłupienie, zachwyt, czasem wzbudzą śmiech lub litość. Ten zaskakujący wielki kraj nazywa się Polska. Ta Polska już nie istnieje, ale po niemal 90 latach możemy ją znowu oglądać oczami angielskiego przybysza. Newman odwiedził Polskę kilka razy i napisał o niej kilka pozycji. Jego unikatowy reportaż "Rowerem przez II RP" odsłania przed nami Polskę, jakiej już nigdy nie będziemy mogli zobaczyć. Po raz pierwszy po niemal 90 latach możemy o niej przeczytać.

Zobacz wideo POPKultura odc. 71. Anglik i jego rower przyjeżdżają do II RP... i zwiedzają, ile wlezie

"Rowerem przez II RP". Fragment reportażu Bernarda Newmana z 1934 roku

Kilka godzin po wyjeździe z Warszawy dojechałem do Skierniewic. Przeprowadziłem staranną inspekcję George’a i siebie, by się upewnić, że obaj jesteśmy cali i zdrowi; przeżyłem szok, odkrywszy, że brak mi jednego zęba – jednak chyba nawet złe drogi nie są w stanie wybić mi uzębienia bez przyciągnięcia mojej uwagi. Ależ by to była reklama dla Polski! Jednakże drobiazgowa eksploracja szczęki czubkiem języka przekonała mnie, że musiało się to stać już jakiś czas temu. George na nic się nie uskarżał – nie brakowało mu niczego, miał tylko obluzowane śrubki. Posłużyłem się kluczem i zdarłem sobie skórę z knykci, co mi przypomniało, że zostawiłem zestaw pierwszej pomocy za Łowiczem. 

Skierniewice znajdują się niecałe 20 mil od Łowicza i mają z nim bezpośrednie połączenie kolejowe. Zdecydowałem się więc zostawić George’a, wskoczyć do pociągu i odzyskać utraconą własność. Mogłem przeznaczyć na to czas, który planowałem spędzić w Skierniewicach, bo szybko odkryłem, że rywal Łowicza w ogóle nie stanowił dla niego konkurencji, a był jedynie marnym naśladowcą. I w ten sposób zaznajomiłem się z polskimi kolejami. 

Nie różnią się one od innych jeżdżących na kontynencie. Jak dotąd nie wywarły na mnie szczególnego wrażenia – George, jadąc w dobrym tempie, zostawiał w tyle dowolny polski pociąg. Zacząłem zgłębiać rozkłady jazdy – nieodmiennie fascynujące zajęcie. Z całą pewnością polskie pociągi są niespieszne. Większość z nich zatrzymuje się na każdej stacji, a zazwyczaj również między nimi. Od czasu do czasu przejeżdżają, nie zatrzymując się, przez jakąś poboczną stacyjkę i wtedy mają pretekst do zażądania ekstra opłaty za nazwanie ich ekspresem. 

Mapa autorstwa Bernarda NewmanaMapa autorstwa Bernarda Newmana mat. prom. (Wydawnictwo Znak)

Mówiono mi, że maszyniści w Polsce płacą złotówkę za każdą minutę opóźnienia i dzięki temu zawsze przyjeżdżają na czas. Ten argument wydaje mi się dyskusyjny. Szczerze mówiąc, rozkłady jazdy są tak wielkodusznie zaplanowane, że maszynista może się guzdrać przez całą drogę, wymienić najnowsze plotki z każdym dróżnikiem, mieć parę awarii i wpaść do domu na lunch, a i tak dojedzie do celu o przewidzianej godzinie. Opóźniony pociąg nikogo zresztą przesadnie nie martwi, Polacy to ludzie beztroscy. Czas należy do nich – nie są bynajmniej jego niewolnikami. Trafiłem kiedyś do wioski, gdzie nie było ani jednego zegara lub zegarka. Ludzie są przyzwyczajeni do opóźnień, a często sami się spóźniają; kiedy już dotrą na miejsce, okazuje się zwykle, że czegoś zapomnieli. Hydraulicy nie służą tu jako temat do żartów. Opowiedziałem raz historię o hydraulikach, którzy poszli na cmentarz, by pogrzebać kolegę po fachu, i kiedy dotarli na miejsce, odkryli, że zapomnieli ciała, i nikt nie zrozumiał dowcipu. 

Uznałem, że polski stosunek do czasu ma coś w sobie; sam jestem na tyle niesystematyczny, że owo nonszalanckie podejście do życia do mnie przemówiło. Polacy kwestionują zasadę, że mamy jeść posiłki o stałych godzinach. A dlaczego nie wtedy, kiedy jesteśmy głodni? Dlaczego mamy się spieszyć na pociąg? Zawsze będzie następny. I dlaczego mamy kłaść się spać, gdy zegar wybije pewną ilość godzin? Spodobał mi się pomysł buntu przeciwko rządom czasu. Nie przejmowałem się, kiedy – zaproszony na posiłek – przybywałem o ustalonej godzinie, a cała rodzina leżała już w łóżkach. Przyzwyczaiłem się uważać za porę pójścia spać dowolną godzinę między północą a przybyciem roznosiciela mleka. Jednak, niestety, jest parę zagwozdek. W Polsce nikogo nie wzruszy, jeśli spóźnicie się godzinę czy dwie na spotkanie. Ale jeśli tak się składa, że jesteście Anglikami, a druga strona spóźnia się godzinę czy dwie, to zaczynacie się martwić. Czekając w deszczu dobrą godzinę na przyjście osób, z którymi się umówiłem, zrewidowałem opinię o polskiej niezależności od czasu! 

Podróżując po Polsce, zarezerwujcie sobie sporo czasu na kupno biletu. Zwykle jest jeden urzędnik przy kasie i nieodmiennie długi ogonek klientów. Kasjer w londyńskim metrze wcisnąłby parę guzików i w pół minuty z tajemniczych rynienek posypałyby się bilety na wszystkich pasażerów in spe. W Polsce jednak każdy podróżnik trzyma w ręku jakiś bezcenny papier – zazwyczaj po to, by domagać się zniżki. Na kontynencie to popularna rozrywka, w większości krajów można zażądać rabatu z dowolnej okazji – jesteście byłym żołnierzem, dziennikarzem, ojcem licznej rodziny i tak dalej. Pewnego razu we Francji odkryłem, że w zatłoczonym przedziale jestem jedynym pasażerem, który uiścił pełną opłatę za przejazd, wszyscy pozostali patrzyli na mój bilet jak na kuriozum. W Polsce macie na przykład prawo do pięćdziesięcioprocentowej zniżki, jeśli cieszycie się państwowym odznaczeniem lub orderem. W republice zwykle hojniej się szafuje zaszczytami niż w monarchii, więc ten przepis musi mieć znaczący wpływ na dochody polskich kolei. 

Kasjer zaś boryka się z poważnymi utrudnieniami w pracy; dokumenty zaświadczające o przywilejach posiadacza oznaczają skomplikowane obliczenia – kto na pierwszy rzut oka potrafi powiedzieć, ile wynosi 75 procent z 33,45 złotych? Przeważnie więc kasjer jeden rabat liczy dwa razy na kawałku papieru, za każdym razem dochodząc do odmiennych rezultatów, więc bohatersko rzuca jakąś sumę, a klient natychmiast ją kwestionuje. W trakcie kłótni słychać łoskot nadjeżdżającego pociągu, a ludzie w kolejce zaczynają się naprawdę denerwować. 

Obecność żony bądź przyjaciółki w niczym kasjerowi nie pomaga. Jeżeli jest z nim żona, prosi ją o sprawdzenie rachunków, co przynosi katastrofalne skutki; w takim przypadku w następującej kłótni uczestniczą trzy strony. Przeważnie jednak, jak sądzę, towarzysząca mu dama to nie jego małżonka. Nie bierze udziału w obliczeniach, lecz swoją obecnością nie przyspiesza przebiegu transakcji, jako że gdy tylko się odezwie, kasjer całuje jej dłoń, a pochylając się nad nią, upuszcza drobne klienta. 

Zagraniczny podróżnik zetknie się z jeszcze innym problemem. Większość transeuropejskich ekspresów drukuje liczne ogłoszenia w trzech językach. Ale wszyscy tubylcy preferują wyłącznie własny język. W Skierniewicach najpierw udało mi się trafić do wagonu przeznaczonego przez troskliwe państwo tylko dla kobiet, następnie zapaliłem papierosa w przedziale dla niepalących. To jednak jeszcze nic w porównaniu z przeżyciami pewnego mojego przyjaciela w Rumunii. Pociągnął za dźwignię, która, jak mniemał, sterowała wentylatorem, lecz przekonał się własnym kosztem, że był to hamulec bezpieczeństwa. Koszt wyniósł jakąś astronomiczną sumę w lejach. Od tamtej pory przyjaciel, jeśli nie przeklina akurat rumuńskiej policji, wymownie się rozwodzi nad koniecznością ustanowienia angielszczyzny przymusowym językiem uniwersalnym, zwłaszcza na kolei. 

Podróżowanie w Polsce nie jest drogie. Za 4 szylingi można przejechać 200 mil trzecią klasą, nawet jeśli jesteście na tyle głupi, by płacić pełną cenę biletu. Powinienem dodać, że to naprawdę niekonieczne, większość ludzi z pewnością zmieści się w tej czy innej kategorii uprawniającej do biletu ulgowego. 

W końcu jednak musiałem jechać przez Łódź. Mogłem tego uniknąć, wybierając okrężną trasę trzeciorzędnymi drogami – raz tylko rzuciłem na nie okiem i zdecydowałem się na mniejsze zło. Człowiek, który pierwszy ochrzcił to miasto mianem polskiego Manchesteru, myślał prawdopodobnie o jego przędzalniach, lecz analogia jest szersza. Stoją tu takie same rzędy domów z czerwonej cegły, brzuchate chaty, usmolone przez pokolenia osadzającej się sadzy, ten sam elegancki widok na kominy fabryk, ta sama symfonia synkopujących krosien. Gdy zaś jechałem przez pokryte brukiem okropieństwa, zwące się ulicami, poczułem, że zaiste jestem w polskim Manchesterze, bo zaczęło padać. 

Łódź jest nudna. W porównaniu z nią Hull w deszczową niedzielę tryska życiem. Mam nadzieję, że nigdy już nie ujrzę mniej porywającej architektury. Kilka obozowisk, które postawiłem podczas wojny, odznaczało się większą architektoniczną urodą od niektórych łódzkich kościołów, chyba że mam rozpaczliwie wypaczony gust. Łódź ma jednak jeden ciekawy aspekt, a mianowicie mieszkańców. Czterdzieści procent z nich to Żydzi, jest też znaczna liczba Niemców. Skupiały się wokół mnie grupy wściekle gestykulujących Izraelitów lub poważnych, lecz asertywnych Teutonów. Słuchałem ich narzekań, wiele z nich wydawało mi się małostkowe i niesprawiedliwe, więc tak też mówiłem. Niektórzy z moich informatorów byli wstrząśnięci, gdy poprosiłem o dowody – większość z nich oczekiwała, że ich argumenty zostaną zaakceptowane bez sprzeciwu. Gorzko narzekają na ekscesy polskiej propagandy, jednak nie uświadamiają sobie, że posługują się dokładnie tymi samymi metodami. Nie miałem pretensji – to naturalne i można się tego spodziewać, byłem „agitowany” przez rządy i opozycje w piętnastu czy dwudziestu krajach europejskich. Nie sprzeciwiam się tej praktyce, bo nie może mi zaszkodzić, dopóki wiem, że mnie indoktrynują. I tak spędziłem interesujący wieczór w hoteliku przy długiej ulicy zwanej Piotrkowską, która po zmroku staje się towarzyskim deptakiem dla młodzieży płci obojga.