"Anatomia doktora Mengele". Zaskakująca powieść 20-letniej debiutantki z Włoch [FRAGMENT]

Pochodząca z Włoch Margherita Nani ma zaledwie 20 lat - na jej koncie jest już m.in. Międzynarodowa Nagroda Literacka Miasta Como i nominacja do prestiżowej nagrody Premio Strega. Debiutancka powieść Nani, "Anatomia doktora Mengele", to poszukiwanie odpowiedzi na pytanie, co stworzyło Mengele jako człowieka. Akcja toczy się na dwóch płaszczyznach czasowych: prawdziwa historia z czasów wojny przeplata się z fikcyjnymi losami Mengelego w Brazylii lat 50. Autorką polskiego przekładu jest Lucyna Rodziewicz-Doktór.

Margherita Nani urodziła się w Rzymie w 2000 roku. Materiały do swojej pierwszej książki, "Anatomia doktora Mengele", zbierała kilka lat. Postacią doktora Mengele zaczęła interesować się w wieku 16 lat - jak wspomina, "uderzyła ją jego niegodziwość. Lekarz, który zamiast leczyć ludzi, staje się dręczycielem". W jej powieści do niewielkiej miejscowości w sercu Brazylii przybywa tajemniczy Niemiec. Szuka pokoju do wynajęcia. Gościnę znajduje u rodziny Souza. Córka gospodarzy Pia wydaje się zauroczona tajemniczym nieznajomym. Nikt nawet nie podejrzewa, że gościem jest nazistowski lekarz Josef Mengele.

Trudno zobaczyć w nim człowieka. A co widziały w nim kobiety? Jaki miały na niego wpływ? Nieczuła matka. Kochająca żona Irena, która odwiedzała go w Auschwitz, chociaż on nie odwzajemniał jej uczucia. Teresa, żydowska lekarka, będąca świadkiem jego okrucieństw. Czy Pia, niepozorna Brazylijka, jest w stanie nawiązać nić porozumienia z tym człowiekiem? Czy może obudzić w nim jakiekolwiek ludzkie uczucia? Czy którakolwiek z kobiet odkryła choćby fragment jego złożonej i zbrodniczej natury? Na te pytania próbuje odpowiedzieć Nani w "Anatomii doktora Mengele".

Zobacz wideo Popkultura odc. 78. Zalew książkowych premier - jest z czego wybierać

"Anatomia doktora Mengele". Fragment książki

Mengele od pierwszych chwil był pod wrażeniem eleganckiej i egzotycznej przesady, która królowała w Brazylii. Wszędzie dominowała natura – zwłaszcza w małych miasteczkach, takich jak to, w którym znalazł schronienie, cywilizacja stanowiła jedynie niewielki nawias z trudem tamujący napierającą florę i faunę, które usiłowały zająć każdy centymetr ziemi. Drzewa o nietypowych kształtach dorastały do wysokości, jakich Josef nigdy nie widział w Europie; ich gigantyczne i poskręcane korzenie plątały się ze sobą, a z konarów zwisały warkocze wilgotnych lian. Nawet liście były rekordowych rozmiarów, niekiedy wielkości ludzkiej twarzy, na dodatek mieniły się we wszystkich odcieniach zieleni, a czasami również czerwieni, pomarańczu czy fioletu. Wszystko – od powietrza po pył, od kory po owoce, nie mówiąc już o wyrastających w gęstwinie kwiatach w bajecznych kolorach – wydzielało charakterystyczną ostrą i zarazem słodkawą woń.

Josef z podziwem obserwował, jak Pia porusza się w perfekcyjnej symbiozie z niebem i ziemią, z lasem i drogami, osłami i małpami, jak wspina się na drzewa i bez wysiłku przeskakuje z gałęzi na gałąź, a lian chwyta się tak, jakby właśnie wyszła z powieści przygodowej; jak ozdabia głowę girlandami kwiatów, jak zeskakuje ze spódnicą pełną owoców, demonstrując ciemne i gołe uda; jak biegnie przez kurz, który przylepia się do jej łydek, i nigdy nie ma dość zaglądania za kamienie i między konary.

Nie był jednak w stanie zobaczyć, że ona też przygląda mu się z daleka niewinnymi oczami, które nigdy wcześniej nie widziały cudzoziemca, a które teraz z pewnej odległości wpatrują się w niemieckiego gościa, żebrząc o uwagę i starając się zrozumieć coś, co ciągle jej umykało. Czasami, gdy siedziała ukryta w swoim królestwie, przyglądała się linii zmarszczonego i pochylonego nad książką czoła, wąsom, które mężczyzna gładził dwoma palcami, gdy nad czymś rozmyślał, sposobowi, w jaki starał się utrzymać w ryzach otoczenie.

Josef ze swej strony wypatrywał dziewczęcia z okna, podziwiając zwłaszcza zwinność i naturalność, z jakimi wspinała się po drzewach, jakby rośliny były zwykłym przedłużeniem drogi.

Przy odrobinie uwagi dało się dostrzec subtelną granicę między tym, co było dla niej normą, a tym, co stanowiło wyzwanie, chwilę, w której przechodziła od zwyczajowej beztroski do stanu ostrożności i podniecenia, gdy na przykład zapuszczała się na mniej stabilną gałąź albo gotowała do dalszego skoku. W takich razach Mengele odruchowo wstrzymywał oddech, gdy patrzył, jak leci w powietrzu z rozpostartymi nogami i ramionami, jakby chciała pofrunąć, i jak spada szybko w dół, żeby uczepić się zielonego listowia, a potem ześliznąć po pniu i na nowo rozpocząć szaleńczą zabawę na zawrotnej wysokości.

Josefa zachwycała ta w naturalny sposób wypracowana przez ciało dziewczyny technika, oparta nie tyle na sile, ile na lekkości. Każdy żołnierz też byłby w stanie wspiąć się na podobną wysokość, a to dzięki wyćwiczonym rękom i nogom, być może nawet w krótszym czasie, mimo to nigdy nie dorównałby Brazylijce w zwinności, zrywności i energii.

Ciało Pii samo wiedziało, jak ma się poruszać po drzewach: nie wchodzić, lecz przeskakiwać i opadać zwycięsko z konaru na pień, z pnia na listowie, z listowia na lianę aż do wyznaczonego celu. Każda kończyna – jak świetnie zorganizowany pluton wojska – wiedziała, gdzie podążać, jak się uchwycić, przez ile trwać w bezruchu, z jaką siłą działać.

Właśnie wtedy Mengele zaczął spisywać notatki poświęcone dziewczynie i traktował je jako wstępną analizę rasy łacińsko-amerykańskiej. Precyzyjnie szkicował kształt chudych i umięśnionych nóg, które gubiły się między listowiem, i subtelnych ramion, z pozoru bez wysiłku przerzucających lekkie ciało, rysował egzotyczny i miły dla oka profil ciemnego oblicza.

Notatki dopracowywał wieczorem, kiedy ciemność skraplała się na szybach i tylko zapalona na biurku świeczka zalewała pokój żółtym ciepłym światłem. W drugim pokoju dziewczyna cicho opowiadała bratu długą historię. Mengele wyobrażał sobie, że to złożona fabuła, pełna postaci, uczuć i miejsc akcji: w jego głowie sunął nieskończony orszak książąt, olbrzymów, dobrych i złych króli oraz gadających zwierząt. Czasami bajka przewidywała krótkie części śpiewane, a wtedy miękki, melodyjny i dziecięcy głos Pii docierał aż do uszu Josefa i urzekał go tak, jak niewinność urzeka perwersję: „Ja, ptaszek Sitube, chętnie zjadam ziarenka prosa”.

Dziewczyna łączyła w sobie kilka ras i z pewnością wzbudziłaby wstręt u von Verschuera i reszty ekspertów od rasy aryjskiej. Niektóre rysy jej twarzy były typowe dla Afrykańczyków, z którymi Indianie weszli w kontakt w czasach niewolnictwa; szczupła i elegancka sylwetka stanowiła wyraźne dziedzictwo europejskiej rasy białej, przybyłej na te ziemie podczas kolonizacji, które Pia zawdzięczała przygodnym kontaktom Kreoli z miejscowymi kobietami; zmysłowy krój brwi i okrągłe oczy to spuścizna po autochtonach. Do tego dochodziło mnóstwo innych cech – łatwych do wyodrębnienia, ale trudniejszych do zidentyfikowania – zawartych w liniach ciała i twarzy.

Ale w efekcie tych połączeń, jak można się było spodziewać, nie doszło do powstania "małpiej szkarady”, lecz istoty niezwykle harmonijnej i pod wieloma względami przewyższającej niemieckie dziewczęta, które oprócz słomianych włosów i błękitnych oczu miały do zaoferowania jedynie zbyt masywne uda i przesadnie czerwone policzki. Pia, mimo rasowej nieczystości, prezentowała nierozerwalną więź z otoczeniem: nigdy nie upadała i się nie raniła, była niewiarygodnie piękna i miła w obyciu. Zdaniem Mengelego sama jej osoba wystarczyła, aby podważyć lata badań wszystkich jego dawnych mentorów i kolegów po fachu, którzy tyle rozprawiali o wyższości rasy aryjskiej.

Jednym prostym i pełnym wdzięku gestem ta dzikuska skreśliła doktryny, w imieniu których dopuszczono się zbrodni – z rodzaju tych, którymi splamił się też Josef i przez które musiał teraz chować się na obczyźnie.

Nie zamierzał się tym jednak martwić, bo przecież nie był jak inni naukowcy, prowadzący badania tylko po to, żeby udowodnić wyższość własnej rasy i ją rozwijać, eliminując przy tym mieszańców. Czasy, w których przykładał rękę do realizacji tych idei, odeszły w niepamięć, teraz traktował je jako niedojrzały etap swojej formacji. Nauczył się, że aby naprawdę przekroczyć granice poznania, trzeba zapomnieć o własnych dążeniach, o nic nie znaczących elementach większej całości, które mogły zamienić się w przeszkodę, jeśli traktowano je jako cel.

Zapuścić się na obszary ludzkiego ciała, w kręte galerie antropologii fizycznej, abstrahując od dotychczasowej nauki, bo nic nigdy nie jest oczywiste – to pragnienie zmotywowało go do badań, które inni uznaliby za odrażające. On jednak uważał siebie za prostego naukowca, który odkrył lepszą metodę, za badacza, który w swoich poszukiwaniach bez kompasu wyspecjalizował się w posługiwaniu się śmiercią jako narzędziem do zdobywania wiedzy.

Tezy o czystości rasowej nigdy go do końca nie przekonały i teraz już miał pewność, że racja leżała po jego stronie. Bo doskonałość jest czymś nieosiągalnym nawet dla rasy. A ponieważ był naukowcem najlepiej na świecie obeznanym z ludzkim organizmem i jego fizjologią, to z perspektywy zdobytej wiedzy mógł śmiało twierdzić, że nie istnieje żaden boski ród ani żadne odgórne prawo dominacji nad innymi ludami. Jak podejrzewał od młodości, zawsze chodzi tylko o żądzę władzy.

Było jeszcze coś, co zawsze umykało nie tylko jemu, ale i innym, pewien fundamentalny element w chaosie oczu, nosów, ust i kształtów, związek, którego wciąż nikt nie zdołał odkryć, niewidoczny dla wszystkich detal.

Przypomniał sobie o nim, gdy obserwował nagie ramiona Pii i jej łobuzerski uśmiech. Przypomniał sobie o tym kawałku układanki, który nie pasował do reszty i dlatego tak długo błąkał się po labiryncie jego umysłu, że został zepchnięty w zakamarki pamięci – teraz jednak na nowo upomniał się o uwagę. I choć po raz kolejny Mengelemu nie udało się go rozgryźć, czuł, że jeszcze nigdy nie był tak bliski rozwiązania.

(***)

– O czym pan myśli, senhor?

Piskliwy głos Pii oderwał go od plątaniny myśli. Podniósł oczy znad książki i odparł:

– Czytam.

– Może wcześniej, bo od pół godziny nie przewrócił pan strony.

Josef przyjrzał się dziewczynie baczniej, zaskoczony tak wielką impertynencją. Ale gdy napotkał jej miękkie spojrzenie, zorientował się, że złośliwość nie była zamierzona. Pia zdradzała łobuzerską ciekawość, typową dla małpki wspinającej się po prętach klatki, żeby ukraść zwiedzającym jedzenie.

Nawet w jej pozie było coś zwierzęcego: siedziała na krześle z nogami przesadnie rozkraczonymi jak na dobrze wychowaną panienkę i gdyby nie jej wrodzony wdzięk oraz łagodne rysy, ten widok można by uznać za przykry. Zamiast tego był miły dla oka.

– Matka cię nie nauczyła, żeby nie wtykać nosa w cudze sprawy?

Pia nie przestała się uśmiechać, ale na policzkach pojawiły się lekkie wypieki. Wstała z krzesła i z kocią zwinnością znalazła się przy fotelu, na którym wypoczywał Niemiec. Przycupnęła na oparciu i z ciekawością wyciągnęła szyję.

Mengele ukradkiem zerknął na ciemne uda napierające na jego ramię. Czuł ich miękkość i słodki zapach skóry. Potem spuścił wzrok na łydki pokryte rzadkim, wypłowiałym od słońca meszkiem i na drobne stopy.

Kruczoczarne pukle dziewczęcia smagały go po twarzy, jakby chciały skarcić za uwagę skupioną na jej ciele. Włosy Pii pchały mu się do oczu, a urzekająca woń do nozdrzy.

– Co pan czyta? – zapytała jak natrętna papuga.

Mengele już miał się rozzłościć na tę obecność, nachalność i sposób, w jaki dziewczyna nieustannie narzucała mu swoją cielesność, ale gdy zobaczył, jak traci równowagę i prawie spada z oparcia, spontanicznie chwycił ją za spódnicę i objął za kibić tak wąską, że jedna ręka wystarczyła, by przyciągnąć ją do siebie i uchronić przed ponowną utratą równowagi.

Pia wybuchnęła beztroskim śmiechem, jakby w ogóle nie zauważyła tego gestu, i znowu zapytała, co takiego czyta.

– Coś – odparł specjalnie, żeby ją rozdrażnić, tak jak ona drażniła jego. Podał jej książkę i powiedział: – Weź. Może też chcesz poczytać?

Kasztanowe oczy dziewczyny rozbłysły jak gwiazdy na niebie i zachłannie wbiły się między wiersze, zaraz jednak zgasiło je rozczarowanie: tekst był po niemiecku.

Mengele roześmiał się głośno, wyjął książkę z jej rąk i zamknął. Dziewczyna nie spuszczała z niego wzroku, a na jej twarzy malowała się konsternacja.

– Coś nie tak, Fräulein?

– Nie znam pańskiego języka – wybąkała Pia, zsuwając się z fotela jak wąż, żeby zaraz rozgościć się między kolanami Mengelego i spoglądać na niego od dołu z nowym błyskiem w oku. – Nauczy mnie pan po niemiecku? – zapytała drżącym głosem.

Josef uniósł jedną brew w szczerym zadziwieniu.

– Mam cię uczyć niemieckiego? Ale po co ci to?

– Przede wszystkim, żeby rozmawiać z panem.

Błyskawiczna odpowiedź Brazylijki po raz kolejny zaskoczyła lekarza. Szczerze się roześmiał.

– Zawrzemy umowę, senhor? Pan mnie nauczy niemieckiego, a ja pana portugalskiego. Zgoda?

Dziecięca jeszcze buzia dziewczyny spoglądała na niego błagalnie. Josef westchnął ciężko i w końcu uległ.

– Zgoda.

– Dziękuję, senhor!

Pia zerwała się jak sprężyna i bez uprzedzenia objęła mężczyznę z czułością i sympatią. Mengele nie był na to gotowy, na dodatek nie przywykł do tego rodzaju demonstracji uczuć: jego chłodna germańska natura często uznawała południowoamerykańską wylewność za przesadną. Ale ten gest był nad wyraz intymny i osobisty.

– Czy teraz mogę już czytać w spokoju?

– Tak, senhor.

Patrzył, jak po chwili wahania na parapecie wyskakuje przez okno i znika w tumanach złocistego brazylijskiego kurzu.

Więcej o: