W wieku 17 lat została wydana za mąż, uciekła od chasydów. Nowa książka bohaterki serialu "Unorthodox" (FRAGMENT)

23-letnia Deborah Feldman w 2009 roku opuszcza opresyjną, ortodoksyjną wspólnotę Satmar na Brooklynie w Nowym Jorku i rusza po lepsze życie w tzw. zwyczajnym świecie. Od tej chwili zdana jest wyłącznie na siebie. Jej historię mogliśmy oglądać w serialu "Unorthodox" Netfliksa. Teraz ukazuje się w Polsce jej książka "Exodus". Mamy fragment.

Feldman urodziła się we wspólnocie ortodoksyjnych Żydów w Nowym Jorku. Wychowywali ją dziadkowie ze strony ojca, wojenni uchodźcy z Europy, z Węgier. Już jako dziecko buntowała się z powodu surowych zasad, które panowały w jej rodzinie. Jako młoda dziewczyna pragnęła móc robić to wszystko, na co pozwalano mężczyznom, a co było zabronione kobietom. Językiem, którym się posługiwała, był jidysz, używanie angielskiego było właściwie zabronione - ona potajemnie czytała więc książki z biblioteki.

W wieku 17 lat została wydana za mąż w aranżowanym małżeństwie, w wieku zaś 19 lat została matką. W 2006 roku zdecydowała się opuścić żydowską wspólnotę i zaczęła studia. Obecnie mieszka w Berlinie wraz z synem. Przeprowadziła się do Europy kilka lat po napisaniu wspomnień "Unorthodox", które stały się bestsellerem "New York Timesa". Na ich podstawie powstał miniserial Netfliksa - Feldman uczestniczyła w pracach nad scenariuszem.

Zobacz wideo Unorthodox - Official Trailer

Dwa lata później napisała kontynuację swojej autobiograficznej powieści - "Exodus. Księga wyjścia". Opisuje w niej niezwykłą podróż po Europie śladami ukochanej babki i wydarzeń związanych z Holokaustem. Autorka stara się odtworzyć rodzinne tajemnice - opowiada o tym, jak silne są więzy, które łączą nas z rodziną i religią, i że czasem trzeba się z nich wyzwolić, żeby odnaleźć siebie. W Polsce książka ukazała się 16 czerwca.

Kadr z serialu UnorthodoxOdeszła ze społeczności ortodoksyjnych Żydów. "Jestem wyjątkiem od reguły"

Deborah Feldman "Exodus. Księga wyjścia" - fragment:

W dzielnicy Williamsburg, w chasydzkiej społeczności Satmar, gdzie dorastałam, dzieci uczyły się starożytnych praw biblijnych, pochodzących z epoki świątyni, z ery przed diasporą, zanim jeszcze Żydzi stracili poczucie, że mają własny dom i wynikającą z niego godność. Prawa te pozostawały w większości czysto abstrakcyjne, zmieniła się bowiem nasza sytuacja, ale chociaż rzadko mieliśmy okazję je stosować, nadal stanowiły część wielkiego dziedzictwa, które miało nieść nam pocieszenie na czas tego, co uważa się za tymczasowe wygnanie.

Wyjątkiem okazał się pod tym względem ogród mojej babci, być może jedna z ostatnich działek w Williamsburgu, których nie zalano jeszcze betonem. Było to osobiste sanktuarium Babi, miniaturowy rezerwat przyrody, do którego uciekała, gdy potrzebowała spokoju, a gdzie mój dziadek uparł się zaprowadzić religijne porządki, podobnie zresztą, jak w każdym aspekcie naszego życia. Być może przynosiło mu to pocieszenie po chaosie, jakiego doświadczył podczas wojny. Jednakże babcia, również ocalała z Zagłady, pozostawała wierna porządkowi przyrody. Spór, jaki tlił się między nimi przez całe ich małżeńskie życie, najprawdopodobniej miał źródło w owych sprzecznych lojalnościach, podobnie zresztą chyba, jak konflikt, który dojrzewał w mojej własnej duszy. W ich przypadku jednak to mój dziadek ostatecznie zwyciężył. Prawo biblijne zaczęło obowiązywać w ogrodzie, który moja babcia przez tyle lat czule pielęgnowała, a sztywne stosowanie owych starożytnych edyktów przyniosło śmierć tego miniaturowego raju, a w pewnym sensie także utratę babci, jaką znałam i kochałam, choć uświadomiłam to sobie dopiero wiele lat później, gdy przyszło mi się zmierzyć z jej nagłą fizyczną nieobecnością. 

***

W świecie, w którym dorastałam, od nieubłaganego porządku doktryn religijnych nie było wytchnienia. Pamiętam jednak, że już wówczas, gdy mój dziadek bezlitośnie wdrażał starożytne przykazania rolnicze na tym maleńkim spłachetku gruntu za naszą kamienicą, w pulchnej glebie mojego młodego umysłu wiły się buntownicze myśli, niczym tłuste dżdżownice, jakie babcia często znajdowała pod winoroślą, gdyż już wtedy zaczynałam podejrzewać, że prawa boże nie mogły zostać stworzone po to, by zabijać ziemię, ale raczej by ją ożywić. Już wtedy wyobrażałam sobie, że znam Boga lepiej niż ci wszyscy starzy, mądrzy ludzie wokół mnie; przypuszczałam, że głęboko Go nie zrozumieli. Tak objawia się arogancja dzieciństwa, które nie zaznało jeszcze upokorzeń ani cierpienia. Ale ci ludzie przetrwali apokalipsę i stworzyli nowego, postapokaliptycznego Boga, paroksyzm niekontrolowanej furii, i dlatego moja wspólnota nie korzystała już z licznych pobłażliwych norm i przyzwoleń, które niegdyś znaczyły naszą religię niczym skomplikowany haft na prostej tkaninie. Zamiast tego starała się coraz mocniej owinąć nieskazitelnie gładkim materiałem, w nadziei, że ciasnota struktury i wiary przywróci poczucie bezpieczeństwa, które zostało im na stałe odebrane. Im bardziej otwarty stawał się świat wokół nich, tym bardziej się wycofywali.

Ja również powinnam była się podporządkować regułom, kiedy tylko osiągnęłam pełnoletniość w naszym małym sztetlu, ale z jakiegoś powodu moja wewnętrzna siła uformowała we mnie wystarczającą przestrzeń mentalną, by mogła w niej zakwitnąć niezależna myśl. Później, desperacko pragnąc przestrzeni fizycznej, w której mogłabym realizować własne pomysły, wyruszyłam do świata zewnętrznego i nigdy już nie wróciłam. Od razu próbowałam wówczas zrzucić z siebie obligatoryjną osobowość, którą nosiłam przez te wszystkie lata niczym skorupę, mając nadzieję, że to, co się spod niej wyłoni, będzie moim prawdziwym ja, jak zielony pęd przebijający się przez świeżo spulchnioną glebę.

Wkrótce odkryłam, że korzenie obu moich osobowości – tej, którą postrzegałam jako autentyczną, i tej, którą uważałam za fałszywą – były ze sobą nierozerwalnie splecione, a podczas ucieczki cała ta splątana masa została wyrwana z ziemi. Trzeba było czasu, bym zdała sobie sprawę z tego, że próby odcięcia z owej plątaniny tej części swojej tożsamości, od której chciałam się uwolnić, czynią więcej szkody niż pożytku. Znalazłszy się po drugiej stronie niewidzialnej bariery, jaka zawsze mnie otaczała, poczułam, że gdzieś tam jest moja przyszłość, że czeka na mnie, ale brakowało mi orientacji, która mogłaby pomóc mi w nawigacji w pustce pomiędzy tymi dwoma punktami – tym, co było, i tym, co miało nadejść – z wyjątkiem moralnego kompasu, jaki zaszczepiła we mnie babcia, duch której zdawał się ożywać we mnie teraz niczym drżąca igła magnetyczna dążąca ku prawdziwej północy. To właśnie ta siła pomogła mi zrozumieć, że jeśli chcę dotrzeć do tego mglistego, ukrytego brzegu, to nie powinnam odcinać się od przeszłości, ale raczej sięgnąć wstecz i zszyć z tego, co było, więź z przyszłością. W tym celu badałam tkaninę w poszukiwaniu miejsca, gdzie splot był jeszcze na tyle mocny, by mógł podtrzymać powiązania. Chciałam spiąć krawędzie przepaści, jak gdybym zszywała brzegi rany; pogodzić siły, które zawsze wydawały mi się sprzeczne, a które w rzeczywistości przez cały czas wzajemnie się dopełniały.

***

Dziś, ponad dziesięć lat od opuszczenia chasydzkiej wspólnoty, te dwie osobowości, które rozwijały się obok siebie, choć w odosobnieniu, mogły się wreszcie zjednoczyć, a wraz z nimi pojawiło się pierwsze prawdziwe poczucie pełnego ja, tu, w tym starym, choć przecież nowym świecie. Żyje jeszcze we mnie pamięć o przeszłości, ale nie tylko niedawnej, a głębszej, starszej, która ją poprzedza, a to dało mi umiejętność postrzegania przyszłości jako czegoś nieskończonego i niepoddającego się rozpoznaniu, czegoś, co spoczywa w naszych zbiorowych rękach, a nie w rękach porywczego, indywidualnego Boga.

W okresie, który opisuje ta książka, pozostawałam w pewnym sensie uchodźczynią. Niestety wiele znajomych mi osób, które również podążyły tą drogą, odebrało sobie w ostatnich latach życie. Co się bowiem dzieje, gdy otwierasz drzwi, ale po drugiej stronie znajdujesz tylko pustkę? I nie chodzi mi tylko o to, co staje się z nami, ale z każdą osobą, która wyrusza w podróż bez biletu powrotnego. Zadawałam sobie to pytanie nieustannie przez ostatnie siedem lat: czy to w ogóle możliwe, by kiedykolwiek dotrzeć do celu? Wiadomość o każdym kolejnym samobójstwie była niczym cios wymierzony w moje własne rezerwy nadziei. Każda z tych osób odpowiedziała sobie na to pytanie, skacząc w pustkę. Sama siebie pytałam, dlaczego jeszcze nie poszłam w ich ślady. Później zdałam sobie sprawę, że to dlatego, iż przez cały ten czas stąpałam po twardym gruncie. Opuszczając swoją wspólnotę, myślałam, że tracę tym samym jedyne źródło miłości i piękna w życiu: babcię. Jednak to właśnie jej własna osobista podróż przetarła szlak, który przebyłam potem w odwrotnym kierunku, a jej umiłowanie harmonii nauczyło mnie, jak pogodzić różne części samej siebie. Teraz nie jestem już ani tą, który ucieka, ani tą, która uciekła. Teraz, wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu, jestem tą, która powróciła.

<<Reklama>> E-book "Exodus" jest dostępny w Publio.pl >>

Exodus - okładkaExodus - okładka Poradnia K



Więcej o: