"Dziadka traumy bardziej wzmacniały, niż osłabiały". W Powstaniu Ścibor-Rylski po raz pierwszy walczył w mieście

- Pamiętajcie, żyjecie w wolnej, niepodległej, ukochanej naszej ojczyźnie. Nie wiecie, co to jest przelewać krew za wolność. Całe szczęście - mówił w swoim pożegnalnym przemówieniu 100-letni wtedy generał Zbigniew Ścibor-Rylski, uczestnik i strażnik pamięci o Powstaniu. Publikujemy fragment nowej biografii tego niezwykłego Polaka.

Urodził się 10 marca 1917 roku w Browkach, 60 kilometrów na południowy zachód od Kijowa. Kilkanaście miesięcy później Polska odzyskała niepodległość. Lotnik, w II wojnie światowej walczył w kampanii wrześniowej, po ucieczce z niemieckiej niewoli w 1940 roku przedostał się do okupowanej Warszawy i działał w konspiracji. Woził leki do getta, obsługiwał zrzuty Cichociemnych.

Podczas Powstania Warszawskiego Zbigniew Dionizy Ścibor-Rylski herbu Ostoja, ps. "Motyl", "Stanisław" dowodził kompanią w Batalionie "Czata 49" Zgrupowania Radosław, był trzykrotnie ranny. Po upadku Powstania pozostał w konspiracji pod dowództwem Jana Mazurkiewicza "Radosława". Po wojnie stał się strażnikiem pamięci o Powstańcach, był członkiem założycielem i w latach 1989–1994 oraz 1997–2018 prezesem Zarządu Głównego Związku Powstańców Warszawskich.

Jak pisze wydawca, "ostatnie ze 101 lat będą naznaczone inną walką. Gdy na jaw wychodzą szczegóły jego współpracy ze służbami komunistycznymi, generał broni się, ale nie wszyscy mu wierzą. Na jego pogrzebie zabraknie przedstawicieli najważniejszych władz państwowych".

Zobacz wideo "Żegnam was. To moje ostatnie spotkanie z wami." Wzruszajace przemówienie Gen. Ścibora-Rylskiego

Generał Ścibor-Rylski zmarł 3 sierpnia 2018 roku w Warszawie. Książka "Motyl Ścibor-Rylski. 100 lat Polski, czyli opowieść o generale" Sebastiana Pawliny ukazała się 28 lipca nakładem Wydawnictwa Znak Horyzont.

"Motyl Ścibor-Rylski. 100 lat Polski, czyli opowieść o generale" - przeczytaj fragment:

5 sierpnia

Człowiek trafiony kulą nie słyszy wystrzału. Sekundę przed zranieniem docierają do niego różne dźwięki: wrzaski ludzi, eksplozje granatów, rzężenie umierających. Ale tego, co go za moment trafi, nie rejestruje. Gdy rozgląda się dookoła, obserwując chaos bitwy i być może zastanawiając się, czy wyjdzie z tego cało, kilkadziesiąt, może kilkaset metrów dalej ktoś już do niego celuje. Naciska spust. Broń wypluwa jeden, drugi, trzeci, czwarty nabój. Ten, w kogo mają uderzyć, mruga okiem po raz pierwszy. Naboje kolejno sięgają celu. Uderzają w tkanki miękkie ciała, które mając gęstość około 800–900 razy większą od powietrza, gwałtownie je zatrzymują – powstaje rana wlotowa. Zaczynają koziołkować, obracać się, ustawiać bokiem, tyłem, skosem. Wszystko, co znajduje się na ich drodze, ulega uszkodzeniu albo wręcz zniszczeniu. Tworzy się kanał rany postrzałowej. W jego środku znajdują się skrzepy krwi i ciała obce, takie jak fragmenty ubrań czy włosów. Trafiony mruga po raz drugi. Od wystrzału mijają cztery sekundy. Może trzy. Tyle, ile dzieli od siebie dwa mrugnięcia. Ranny się kuli, po czym pada na ziemię. Zaczyna się dla niego wyścig z czasem. O ile jeszcze żyje.

Stanisław Potworowski "Potwór" po dostaniu serią z karabinu maszynowego nie umarł od razu. Osuwając się, być może zdążył jeszcze rozejrzeć się dookoła w poszukiwaniu sanitariuszki. Tej jednak nigdzie nie było. Tuż obok stał tylko jego przyjaciel, Zbigniew Ścibor-Rylski "Motyl". Ten, widząc rannego, pewnie rzucił się w jego stronę, próbując zatamować krwawienie; a może sam padł na ziemię, chroniąc się przed trafieniem?

Znali się jeszcze z czasów gimnazjalnych. Ponad dziesięć lat. Gdy przychodziło lato, to szczęśliwe, przedwojenne, razem biegali nad rzekę, razem grali w szczypiorniaka, może i w koszykówkę, razem wpadali pewnie w kłopoty, które kończyły się reprymendą od nauczyciela. Latem 1944 roku również razem postanowili pójść do powstania. Tutaj zadziałał przypadek, ale znaleźli się w jednym oddziale, batalionie "Czata 49". Również przez przypadek teraz, w sobotę 5 sierpnia, krótko przed 20:00, jeden z nich został trafiony. "Motyl" wielokrotnie po wojnie będzie się zastanawiał, jak to się stało, że znajdując się tuż obok Stanisława, przeżył. "Dlaczego kule przez niego przeszły, a nie przeze mnie?", zapyta. I jakby samemu sobie odpowiadając, przyzna, że "mnie, od urodzenia do śmierci, wszędzie towarzyszy niebywałe szczęście".

Książka 'Studnie Norymbergi', Emil MaratWalka, miłość, rozpacz i samotność. To powieść pełna prawdziwych bohaterów i wydarzeń

W sierpniu 1944 roku też go nie opuszczało. Zdawało się, że miał go – jak na wojenne warunki – nieprzyzwoicie dużo. W przeciwieństwie do samej Warszawy. Ta bardzo szybko dostała nie raz, dwa czy dziesięć razy, ale setki i tysiące. W końcu zapłonęła. Na początku zwyczajnie, jak płonie duże miasto po kilku dniach gwałtownych, choć jeszcze niespecjalnie intensywnych walk. Tam dom, tutaj dwa, ulicę dalej następny. Była jak miasto w Dzienniku rotterdamskim Josifa Brodskiego, które nie może "jak ludzie w czas burzy / schronić się w bramie. Domy nie umieją / szaleć ze strachu, żegnać się z nadzieją, / wołać o pomstę, gdy walą się w gruzy".

Budowa barykady na jednej z wolskich ulicBudowa barykady na jednej z wolskich ulic domena publiczna

Mieszkańcy ranionych kamienic po pierwszym szoku rzucali się do ratowania dobytku: mebli, zasłon, zastawy stołowej z ulubioną filiżanką w kwiaty, książek, w tym tej, do której wracali tak często, a nawet tej, którą już trzy razy próbowali przeczytać i zawsze utykali w tym samym miejscu, ubrań z takim uporem w czasie okupacji łatanych, całej swojej przeszłości i przyszłości, zaklętych w martwych przedmiotach. Żeby ich nie stracić, wodą i piaskiem dusili ogień, zanim ten ogarnął kolejne mieszkania i piętra. Mieli już doświadczenie z września 1939 roku. Wtedy też często to od ich reakcji zależało, czy budynek, ich miejsce na ziemi, ocaleje. Miron Białoszewski, ten kronikarz nad kronikarze warszawskiego szaleństwa, notował:

Wylatujemy. To akurat naprzeciwko. Cały dom pali się. Chyba trzypiętrowy. Wody nie ma. Jest, ale obok z pompki, trzeba kubełkami. Przez dziurę w murze. Jest i ziemia do gaszenia. Kobiety latają, pomagają. Upał. Płomienie. Te środki do gaszenia marne. A tu ściany już w ogniu. Na trzecim piętrze z którychś drzwi dym. Ale zamknięte. Walimy. Nic. Bijemy siekierami. Wpadamy. Ściana się pali. Goła ściana. Lecimy z tymi wiadrami. Po wodę. Wracamy. Lejemy. Co tu tyle znaczy. Zlatujemy.

I tak gasili płomienie, godzina po godzinie, ze strachem spoglądając w niebo, skąd w każdej chwili mógł nadlecieć kolejny pocisk czy bomba. Ale to nie stamtąd miał nadejść ich największy koszmar. Nie z nieba, ale z ziemi, ze skrzyżowania ulic Wolskiej i Syreny na Woli.

Tam rankiem 5 sierpnia zatrzymał się autobus. Wysiadło z niego kilku mężczyzn w mundurach. Rozejrzeli się dookoła. Otaczały ich kamienice, wysokie na trzy, cztery piętra, niskie drewniane domki, pozostałości dawnej Woli, ale i fabryki, oddzielone od ulicy płotami, takie jak fabryka chałwy "Union" pod numerem 69, z charakterystycznym, wysokim na 50 metrów kominem. Niedaleko stał – i dalej stoi – kościół św. Wojciecha, który niedługo zostanie obozem przejściowym dla wypędzanej z miasta ludności cywilnej, niemym świadkiem dramatu ludzi wyrzucanych z domów, pośród pokrzykiwań żołdaków i własnych lamentów idących na tułaczkę. Teraz jednak wszystko to było nienaturalnie ciche i puste.

Pomimo wczesnej godziny (minęła dopiero 6:00 rano, a może było jeszcze wcześniej) mężczyźni z autobusu zabrali się do pracy – pozornie zwyczajnej, a jednak upiornej. Ustawili stół, rozłożyli mapy. Gdy je przygotowali, odsunęli się, a ich miejsce zajęli inni, ważniejsi. Mówił głównie jeden z nich, SS-Gruppenführer Heinz Reinefarth, urodzony w Gnieźnie prawnik i już wtedy zbrodniarz wojenny.

Odnajdujemy go na kilku zdjęciach z tamtych dni. [...] Jeden siedzi przy stole w koszuli z podwiniętymi rękawami. Jest żonaty, na palcu widać obrączkę. Trzymając w ręku długopis, patrzy na drugiego z mężczyzn, z kaburą przy boku. Ten oparty o blat coś tłumaczy. Może opowiada, gdzie jest wróg, a może ilu ludzi dzisiaj zabił. Trzeci, przyglądając się mapie, słucha. Przy pasie ma dwa granaty trzonkowe i manierkę.

Z tyłu stoją dwaj kolejni. Jeden, wyglądający na najmłodszego z całej szóstki, spogląda prosto w obiektyw, jest czymś wyraźnie poruszony. Ten drugi, z lornetką na piersi, dla odmiany sprawia wrażenie znudzonego. Patrzy gdzieś w dal. I w końcu on, Reinefarth. Stoi w środku, lekko zgarbiony, rzadkie włosy uniósł mu wiatr. Pod szyją ma zawieszony Krzyż Żelazny, który przytrzymuje palcami lewej ręki. Prawą ma schowaną za plecami. Wygląda, jakby w zamyśleniu bawił się odznaczeniem. A może niby od niechcenia prezentuje je przed obiektywem. Wzrok ma nieobecny.

Ale to dopiero się wydarzy. Najpierw był ranek 5 sierpnia i odprawa, na której prawnik z Gniezna opowiadał o rzeczach przerażających. O paleniu i burzeniu. O mordowaniu mężczyzn, kobiet i dzieci. O tym, że mają nikogo nie oszczędzać. Pozostali co jakiś czas zadawali pytania. Chcieli dokładnie wiedzieć, co im wolno, a czego nie. Gdy spotkanie dobiegło końca, rozeszli się, aby przygotować oddziały do ataku.

O 7:00 rano, chwilę po odprawie, na położone kilkaset metrów od autobusu Reinefartha polskie pozycje runęła lawina ognia. Artyleria i samoloty zasypały powstańców pociskami i bombami, burząc ściany, dziurawiąc ulice i rozrywając ciała. Gdy ostrzał ustał, do ataku ruszyła piechota. Wydawało się, że jej zadanie będzie proste. Polacy, ciągle znajdujący się w szoku, powinni ulec pod niemieckim naporem. Tak się jednak nie stało, a przynajmniej nie od razu. Blisko dziesięciu godzin potrzebowali ich przeciwnicy, aby pokonać 1,5 kilometra. Godziny, aby przejść 150 metrów.

Powstańcy, pomimo olbrzymiej dysproporcji sił, spowalniali postępy wroga. Ale to sami Niemcy odpowiadali za tak ślamazarne tempo ataku. Zamiast błyskawicznie przedrzeć się przez polskie stanowiska, bandy Reinefartha – zgodnie z rozkazem – urządziły rzeź ludności cywilnej. W ciągu kolejnych kilku dni na Woli miało zostać zamordowanych, w zależności od wyliczeń historyków, od 30 do 65 000 ludzi. Charakter niemieckich działań najlepiej oddaje fragment rozmowy przeprowadzonej około północy 5 sierpnia między generałem Nikolausem von Vormannem, dowódcą 9. Armii, a Reinefarthem. Gdy ten pierwszy zapytał, jaka jest sytuacja, usłyszał w odpowiedzi: "Powoli. Co mam robić z cywilami? Mam mniej amunicji niż jeńców".

Było już po południu, gdy szpica niemieckich oddziałów podeszła pod plac Kercelego. Stąd było już niedaleko do pozycji zajmowanych przez lewe skrzydło Zgrupowania "Radosław", najsilniejszej jednostki AK w Warszawie. Jego dowódca, podpułkownik Jan Mazurkiewicz "Radosław", widząc zagrożenie dla swoich oddziałów, rozkazał szybko zmontować kontruderzenie. Dzięki niemu strona polska miała nie tylko odrzucić wroga od swoich pozycji, lecz także odzyskać stan posiadania z wczesnych godzin porannych.

Generał 'Bór' (drugi z lewej) i pułkownik 'Radosław' (następny) na odprawie w okolicach fabryki Kammlera przy ul. Dzielnej na WoliGenerał 'Bór' (drugi z lewej) i pułkownik 'Radosław' (następny) na odprawie w okolicach fabryki Kammlera przy ul. Dzielnej na Woli domena publiczna

Zgodnie z zapisem w dzienniku bojowym zgrupowania natarcie wyruszyło o 18:30. Przebieg tej dramatycznej próby odzyskania inicjatywy na kilka godzin, może na całą noc, w dzienniku został sprowadzony do zaledwie kilku prostych i suchych zdań. Żeby odtworzyć choćby częściowo tamte wydarzenia, gęste od nazwisk, miejsc i trupów, musimy więc zajrzeć do powojennych zapisów.

I tak kronikarz batalionu "Czata 49", Romuald Śreniawa-Szypiowski, zanotuje, że "»Czacie« przypadło w udziale miejsce na prawym skrzydle". Wyznaczone do akcji oddziały przeszły "na Młynarską, w prawo na północ i przez teren luźno zabudowany w ogrody po zachodniej stronie Młynarskiej". Jeden za drugim powstańcy szli w stronę pozycji wyjściowych. Funkcję przewodników pełnili żołnierze wolskich oddziałów AK. Tutejsi – chłopcy i mężczyźni. W czasach szczęśliwszych i spokojniejszych bawili się na tych polach, wędrowali tymi ulicami do fabryk, których Wola była pełna, a przede wszystkim – żyli. Teraz nikt już się nie bawił, a do fabryk szli jedynie ci, którzy za chwilę mieli zostać rozstrzelani. Na ich dziedzińcach Niemcy urządzali bowiem największe masakry.

Zbliżali się do ulicy Płockiej, wzdłuż której chcieli się dostać w rejon Szpitala Wolskiego. Na czele szedł pluton "Motyla". Młody, dwudziestosiedmioletni, choć na warunki powstańcze był to już wiek zaawansowany, miał spore doświadczenie z września 1939 roku i z 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty Armii Krajowej. W mieście walczył jednak po raz pierwszy. Nie znał specyfiki starć na ulicach i placach, nie wiedział, jak się na nich poruszać, żeby nie narazić się na ostrzał. Miał takie same braki w wiedzy, z którymi borykała się cała powstańcza armia. Starał się, jak mógł, ale nie wiedząc pewnych rzeczy, musiał się ich nauczyć, podobnie jak jego dowódcy, koledzy, podwładni. Problem w tym, że za naukę płacili – to oczywistość, ale trzeba ją wypowiedzieć – własną krwią.

Jerzy Mond "Alina", wówczas dwudziestodwuletni żołnierz plutonu „Motyla", syn generała Bernarda Monda, wspominał, że dosłownie zaraz po wejściu na ulicę Płocką z ulicy Gostyńskiej "dostaliśmy ogień z trzypiętrowego budynku otoczonego oranżeriami i ogrodami. Zanim doszliśmy do podstawy wyjściowej, nasz pluton (…) miał już jednego zabitego i dwóch rannych".

Dokładna rekonstrukcja tego wieczoru jest trudna. Relacje różnią się od siebie w szczegółach. W jednych pierwsi zabici padli po przejściu drewnianego płotu, wręcz na nim zawisając, w innych już wcześniej. Tutaj jednak istotne jest dla nas co innego – wszystkie opowieści zgodnie podają, że siła niemieckiego ognia błyskawicznie przydusiła powstańców do ziemi.

Spinalonga, Grecja"Nie ukradłem dokumentów. Żałuję. Ocaliłbym ich historię". Losy trędowatych ze Spinalongi

Pierwsza drużyna pod dowództwem porucznika "Rolicza" została przybita do ziemi, zanim przebiegła 20 metrów – notował Mond. – Tylko kolejne leżące trupy i ranni znaczyli trasę pierwszego i ostatniego skoku II drużyny. Ranny "Rolicz" z ręcznym karabinem maszynowym przeczołgał się potem do nas. Wobec tego "Motyl" pchnął z kolei II drużynę z podporucznikiem "Bronkiem" na czele i ona podzieliła los pierwszej. A myśmy na to patrzyli i zimno nam się robiło.

Powietrze wypełniał jazgot broni maszynowej, krzyki rannych i eksplozje granatów. Jeden, drugi, trzeci i kolejne. Z przodu, z tyłu, z boku. I te naboje prujące przestrzeń, wzbijające fontanny ziemi. "Motyl" próbował zapanować nad przebiegiem wydarzeń. Niestety, ich tempo, a przede wszystkim zdecydowana postawa Niemców mu na to nie pozwalały. Po piętnastu, może trzydziestu minutach połowa jego plutonu nie nadawała się do walki. Sytuacji nie poprawiło pojawienie się kolejnych oddziałów "Czaty".

Nieprzygotowane natarcie, przed którym nie przeprowadzono rozpoznania, na teren pełen niemieckich wojsk, dysponujących zdecydowanie większą siłą ognia, musiało się tak skończyć. No i te zabudowania, a raczej ich brak. Nieliczne okoliczne domy były obsadzone przez Niemców. Powstańcom zostało jedynie czołganie się po polach pomidorów i cebuli. Bruzdy ziemi stanowiły ich jedyną osłonę. Zrywali się czasem, atakując ten czy inny budynek, ale to wszystko bardziej przypominało szaleńczą walkę o przeżycie niż skoordynowany, dobrze zaplanowany atak.

W końcu padł rozkaz dowódcy batalionu, majora Tadeusza Rungego "Witolda": odwrót! Plutony jeden po drugim zaczęły wycofywać się w tym samym kierunku, z którego przyszły. Ludzie zrywali się po kolei ze stanowisk i biegli. Byle szybciej, byle dalej. W tym sprinterskim pojedynku z niemieckimi kulami jeszcze niejeden padł. Tego pod jabłonką ścięła seria, tamtego przy murze dopadł odłamek.

Na końcu z pola walki zeszli ci, którzy pierwsi się na nim pojawili, czyli "Motyl" ze swoimi ludźmi. Jako jeden z ostatnich do bezpiecznych stanowisk dobiegł Jerzy Mond. Ranny, mocno krwawił. Zatrzymał się dopiero na ulicy Młynarskiej, tuż za linią frontu. Dookoła widział masę ludzi. Jedni stali, inni leżeli – na kocu przyniesionym przez jakiegoś cywila, na chodniku, pod murem cmentarza. Między nimi kręciły się sanitariuszki. Ktoś prosił o morfinę, ktoś zwijał się z bólu. "Alina" się rozejrzał. Zobaczył, jak "Witold" z "Motylem" sprawdzają, kto wrócił, kto jest ranny, a kto został na tych piekielnych polach. Po chwili zemdlał. Położono go na nosze i odtransportowano do szpitala.

Wśród rannych był również Stanisław Potworowski. Jego, w przeciwieństwie do Monda, nie zdołano uratować. Możemy sobie wyobrazić, że gdy umierał, Ścibor-Rylski przy nim siedział. Próbując przywrócić przyjacielowi i sobie dobry nastrój, wspominał, jak to kiedyś biegali razem nad rzekę, grali w szczypiorniaka czy koszykówkę. Co chwila powtarzał "pamiętasz?", jakby chciał wyrwać kolegę z płonącej Warszawy i przenieść w szczęśliwsze lata.

Ze wszystkich relacji, opowieści, wspomnień o generale Ściborze-Rylskim wyłania się bowiem człowiek, który – jak pisał Albert Camus w Powrocie do Tipasy – w samym środku zimy odnajdywał w sobie niepokonane lato. Pierwsze trzydzieści lat jego życia naznaczone było ucieczkami, śmiercią i ścigającą go wojną. A mimo to ludzie pamiętali go później jako osobę pozytywną, uśmiechniętą. Na jego jedynym znanym zdjęciu z Powstania Warszawskiego śmieje się.

Michał Kochański, wnuk "Motyla", przyznaje w rozmowie, "że dziadka traumy bardziej wzmacniały, niż osłabiały. Może to przez to, że miał taką osobowość, że się z tym nie krył, tylko umiał wyjść do innych i o tym opowiadać. I może dlatego bardziej to go wzmocniło, niż osłabiło". Na pogrzebie w sierpniu 2018 roku nazwie go "mistrzem godzenia się z rzeczywistością".

I dlatego wizja, w której 5 sierpnia 1944 roku wieczorem "Motyl" próbuje choćby na chwilę przywrócić uśmiech na twarzy Stanisława Potworowskiego, wydaje się tak realna. Tak pasująca do naszego bohatera. Niemalże widzimy, jak kąciki ust Staszka się unoszą. Mruga raz. I drugi. Ściska dłoń Zbyszka. Minutę, dwie, trzy, a może pół godziny później – umiera.

Sebastian Pawlina - 'Motyl. Ścibor-Rylski. 100 lat Polski, czyli opowieść o generale'Sebastian Pawlina - 'Motyl. Ścibor-Rylski. 100 lat Polski, czyli opowieść o generale' mat. prasowe

Więcej o: