Przed bramą Auschwitz pomyślała, że tam nic gorszego nie może jej spotkać. "Co może być gorszego od gestapo?"

Reguły obozu: nie daj się uderzyć, bo siniak prowokuje oprawców do dalszego bicia; na apelu stawaj w środku - skrajne szeregi atakują psy; najważniejsze: naucz się rozmawiać z oprawcami. "Królestwo za mgłą" to rozmowa z autorką "Pasażerki", legendarną pisarką, która przetrwała obozy w Auschwitz, Ravensbrück i Neustadt-Glewe.

Zofia Posmysz trafiła do Auschwitz, mając niespełna dziewiętnaście lat. Ponad siedemdziesiąt lat po wojnie po raz pierwszy opowiada całą swoją historię. "Królestwo za mgłą" ukaże się 11 sierpnia, przedpremierowo publikujemy fragment wywiadu-rzeki.

Zapach trawy - fragment okładki"Nikt by się nie dowiedział, że uczymy się w domu, gdyby nie ekspedientka w wioskowym sklepiku"

Zofia Posmysz, Michał Wójcik "Królestwo za mgłą" - przeczytaj fragment:

To był kurs zwykłym pociągiem. Jakby wieźli nas do pracy. Swoją drogą, to też dobry temat na opowiadanie. Pasażerskim do Auschwitz.

Osobowym do piekła.

Podmiejskim do lagru. Ponieważ nie był to bydlęcy wagon, pociąg zatrzymał się na dworcu, w mieście. Niemcy się nie krępowali, może uważali, że tak będzie taniej. Transportować nas bez eskorty. Nie stanowimy przecież żadnego zagrożenia. Było nas pięćdziesiąt kobiet. Gdy dojechaliśmy na dworzec, nabrałam otuchy.

Otucha u bram Oświęcimia?

Rano, to było 30 maja 1942 roku, drzwi celi na Helclów się otworzyły. Weszła strażniczka i powiedziała, że mamy się ubrać, przygotować. Bo wyjeżdżamy. Po śniadaniu będzie zbiórka i jedziecie - powiedziała. Nie wrzeszczała, zwykła informacja. Spytałam ją dokąd. Odpowiedziała, że do Oświęcimia. Na twarzach koleżanek od razu dostrzegłam grozę. Jakby to słowo było zaklęciem wypuszczającym złego dżina z butelki. Na mnie to nie zadziałało. Nie przestraszyłam się, już o tym mówiłam. Pomyślałam, że tam nic gorszego już nie może mnie spotkać. Co może być gorszego od gestapo? Podróż była wygodna, miejsca siedzące. Maj, ładnie za oknami. Mieliśmy dwóch znudzonych strażników. Na dworcu jak na dworcu: ruch umiarkowany, przechodnie się spieszą. Przejęli nas esesmani. Już ustawili w czwórki, w kolumny. Idziemy. I doszliśmy do bramy z napisem: "Arbeit macht frei". I tu znowu pomyślałam sobie: Nie jest tak źle. Ja przecież mogę pracować. Nawet bardzo ciężko. Pracowałam już w kasynie, robiłam to dobrze, byłam chwalona. Szanowano moją pracę. Nie boję się, mogę harować nawet bardzo ciężko - uznałam. Może zwolnią mnie po paru miesiącach. Przecież nie zostałam skazana. Nic o żadnym wyroku nie wiedziałam. Najgroźniejsze przestępstwa to posiadanie radia, broni, aktywna działalność w podziemiu. A ja? Nic z tych rzeczy. Stoję przed bramą. Biorę głęboki wdech, i marsz.

Pierwsze wrażenie?

Miałam na sobie to, co w chwili aresztowania. Tymczasem tu, a weszliśmy od razu do części kobiecej obozu męskiego, kobiety w pasiakach. Jak jakieś klony, wszystkie jednakowe. Wszystkie w chustach na głowie. Włosów nie widać. To pierwsze spostrzeżenie. Poza tym samo miejsce. Drzewka były wtedy małe, rachityczne, teraz są pięknie rozrośnięte; wtedy nie zasłaniały czerwieni budynków. To wszystko wydało mi się schludne i zadbane. Dawne koszary. Najpierw była rejestracja, spisano nasze dane. Każda dostała numer i przyszywała sobie łatę z numerem na pasiaku. Wtedy jeszcze nie tatuowano numerów.

…7566.

Numer jak numer. Mój optymizm został trochę zachwiany, gdy nas skierowano do łaźni, która w rzeczywistości łaźnią nie była, bo w tej części obozu męskiego, wydzielonej na obóz dla kobiet, nie było budynku łaźni. To była jakaś hala, może wielka pralnia. Z czymś w rodzaju betonowych, prostokątnych kadzi. Były już wypełnione wodą. Ale to nie była woda bieżąca i nie została nalana specjalnie dla nas. To mnie nieco zaniepokoiło. Dostałyśmy po małym kawałku mydła. Ciemnobrązowa kostka, w ogóle nieprzypominająca mydła. Jakaś utwardzona olejem grudka piachu. Nastąpiło rozbieranie. Zdejmowanie ubrania wśród kobiet, których się nie zna, nie idzie szybko. Dziewczyny się ociągały. Ale w końcu nagie zaczęły wchodzić do tych cembrowin. Woda momentalnie stała się mętna i brązowa od tego mydła. Postanowiłam, że nie wejdę do tej brei. Nie zauważyłam, że przyglądają mi się funkcyjne.

Kapo.

Jeszcze wtedy nie znało się tego terminu. Wtedy to były anwajzerki. Nie pierwszy raz widziały taką scenę, wiedziały, co to oznacza. Dekowałam się gdzieś z tyłu. I tylko patrzyłam, jak tu przemknąć do grupy "umytych". Jakże byłam naiwna! Oczywiście dopadła mnie anwajzerka Niemka, dostałam po twarzy i zostałam wepchnięta do basenu. I tak dobrze, że na tym się skończyło. Przy wyjściu już czyhała esesmanka. Patrzyła, co się dzieje. Gdyby włączyła się do akcji, byłabym naznaczona. Pierwsze uderzenie ma w obozie status piętna. To piętno z czasem procentuje. Nie dziś, to jutro, nie jutro, to pojutrze. Obrzęk zawsze wymaga ciągu dalszego. Potem w komandzie karnym więźniarka raz uderzona, raz naznaczona - umierała. Bo nigdy nie kończyło się na jednym uderzeniu. Ale wybiegam w przyszłość. I to bardzo. Na razie myć się odechciało panience!

Zobacz wideo "Mistrz" - oficjalny zwiastun filmu o legendarnym pięściarzu z KL Auschwitz

Czyli kąpiel się odbyła.

Kąpiel? Tak, taka była wtedy kąpiel. Miałam po niej brązową skórę. Brudną. Z cembrowiny wyszłam… już jako więźniarka. Do tej pory byłam tylko aresztowana. Już nie odebrałyśmy naszej garderoby, ale dostałyśmy pasiaki i chodaki, koszmarne drewniane trepy. Każda para ładnie zapakowana, chyba były holenderskie. Skierowano nas do bloku VIII. I tu znowu zastrzyk optymizmu. Po pierwsze, blokową była Polka - Stefania Starostka. Pomyślałam, że nie będzie źle. Dogadamy się! To była kobieta z pierwszego tarnowskiego transportu. Po drugie, w bloku jest waszraum i toalety, bo przecież to były budynki przedwojennych koszar. Potem, gdy w Brzezince do latryn latało się nieraz kilkanaście metrów, myślałam: Jaki tam w głównym lagrze był komfort!

Wchodząc do bloku, każda z nas dostawała koc, miskę i łyżkę. No i chustę na głowę. Chyba jeszcze ścierkę do wycierania. Sienniki na pryczach były. Poduszek nie było. Zanim zrozumiałam, gdzie, co i jak, zanim się rozgościłam, już musiałam skoncentrować się na ciele. Dały o sobie znać trepy. Te holendry. Boże mój, jaka to była tortura!

Trepy wymyślono pewnie po to, aby w nich nie biegać. Ale tu w obozie dostałyśmy je chyba, żeby nie uciec. Były ciężkie, niewygodne i potwornie raniły stopy. Po dniu chodzenia nogi nam krwawiły, nie dali nam żadnych skarpetek. Następnego dnia, wracając z pracy, szłyśmy na bosaka, niosłyśmy te trepy w rękach.

Onuce?

Ale z czego? W pasiakach nie było też kieszeni. Przekonałam się wówczas, jak proste rzeczy mogą ułatwiać życie. Brak kieszeni bardzo je komplikuje. Gdzie schowasz chleb?

Po godzinie od "zameldowania" był apel. Esesmanka nas policzyła. Zapisała. A potem wieczorem blokowe wybrały dziewczyny, które poszły do kuchni po kolację. To był chleb i coś, co mi nawet smakowało. Kwark. Rodzaj serka w opakowaniu. Coś niby camembert. Można było pokrajać i zrobić kanapkę. Jeden kilogramowy bochenek był dzielony na trzy kawałki.

Z tego można było zrobić trzy pajdy. I to miało starczyć na kolację i na śniadanie. Blokowa ostrzegała, żeby nie zjadać naraz wszystkiego. Ale byłyśmy przecież głodne i chyba tylko ja zostawiłam sobie kawałek chleba na rano.

Pamięta pani pierwszą noc?

Zasnęłam kamiennym snem i obudziłam się, czując na ciele ogień. Miliony pcheł. I już do rana nie zmrużyłam oka. O wpół do czwartej pobudka. Ciemno i zimno.

Środek nocy!

Apel dopiero o piątej. Do tej pory należało się uporać ze wszystkimi potrzebami i czynnościami. O wpół do szóstej przychodziła aufzejerka i liczyła stan bloku, czy któraś nie poszła na rewir, ile zmarło, ile się uchyla od pracy, symulując chorobę.

Pierwszego dnia liczyła już trupy?

Nie w mojej grupie, ale na bloku było przecież kilkaset kobiet. Każdego ranka ktoś nie stawał do apelu. Proszę się nie dziwić. Tego pierwszego dnia niosłyśmy już z pola cztery kobiety. Padły z wyczerpania. Nie miały śniadania, za dnia był upał. To specyfika tamtego klimatu. W Auschwitz było albo bardzo gorąco, albo lodowato. W ciągu dnia nic do picia, prócz zupy na obiad. No i ciężka praca.

Wokół obozu rozciągały się pola należące niegdyś do polskich rolników, czyli Interessengebiets. Tereny te zostały przez Niemców przejęte, wysiedlono z nich właścicieli. Polacy zdążyli je jeszcze zaorać jesienią poprzedniego roku. Do czasu kiedy się pojawiliśmy, pola leżały odłogiem. Ciężkie skiby ziemi przez ten czas skamieniały. Dosłownie. Ziemia w okolicach Oświęcimia jest tłusta, żyzna. Ciężka. I te skiby należało rozdrabniać. To było nasze zadanie.

Obchody 69. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego - generał Ścibor-RylskiW Powstaniu Ścibor-Rylski po raz pierwszy walczył w mieście [FRAGMENT]

Jak?

Dostałyśmy motyki na metrowych styliskach. Należało dziabać. Proszę to sobie wyobrazić: wielkie pole, na przestrzeni od kilkuset metrów do kilku kilometrów kwadratowych, setki kobiet, pochylonych, dziabiących tę ziemię.

To była mordercza praca. Dosłownie mordercza. Bolały nie tylko ręce, plecy, nogi. Bolała głowa, potwornie. Mózg od tego walenia chlupał w czaszce. Na szczęście to Landwirtschaftkommando było podzielone na dziesiątki. Każda dziesiątka miała anwajzerkę. Wśród nich była jedna Polka. I ona tak rozumiała swoją funkcję, że zamiast nas poganiać i zmuszać do pracy, cichuteńko za naszymi plecami ostrzegała. Na przykład, że zbliża się esesman, Kommandoführer (szef komanda więźniarskiego - red). Ten czuwał nad całością. Stale przechodził, kontrolował. Ona z kolei pilnowała nas. Gdy tylko przeszedł dalej, mówiła: Dziewczynki, odpocznijcie sobie! No, to odpoczywałyśmy, wsparte o te styliska. Na chwilę, na kilka oddechów.

Z kolei gdy zawracał, natężała głos: Bewegen! Ruszajcie się. Macht schneller! Potem się dowiedziałam, że to była Monika Galicyna, żona przedwojennego polskiego wysokiego oficera.

Dziabałyśmy do pierwszej po południu. Przyjeżdżała ciężarówka z kotłami z zupą. Wtedy ustawiałyśmy się z miskami w kolejce i zaczynało się wydawanie tego posiłku. Miskę - pamiętam, że były czerwone, emaliowane - nosiło się na sznurku, przewieszoną przez dziurę u pasa. Łyżkę też. Która zgubiła łyżkę albo jej ukradziono, sama musiała ukraść komuś innemu.

Kiedy pojawił się permanentny głód?

Oj, szybko. Drugiego dnia. Może trzeciego. Ale ja ciągle żyłam nadzieją, że to jest tymczasowe, że to się musi skończyć. Po kilku dniach robota na tym naszym odcinku była skończona, bruzdy rozbite, pojawiły się brony. Przyjechał więzień z koniem zaprzężonym do brony i zaczął powoli to pole wyrównywać. W chwili gdy przesuwał się koło mnie, zagadnęłam, jak długo tu jest. I on tak półgębkiem odparł, że dwa lata. Pomyślałam, znowu optymistycznie, że można wytrzymać aż tyle. Dwa lata, długo. Gdy z powrotem przechodził, znowu się odezwałam: Za co pana wzięli? On, że za nic, z łapanki. Okazało się, że był z Warszawy. Wiedziałam, co to łapanki, bo przecież w Krakowie też były. Pomyślałam, że skoro już dwa lata siedzi za nic, to niedobrze. Bo długo bez winy. Wkrótce potem zemdlałam. Nie znoszę upałów, a ten był nie do zniesienia. Żadnego płynu i tylko chustka na głowie. Upadłam. Pewnie rzuciła się na mnie anwajzerka, tego nie pamiętam. Nie pamiętam również, czy mnie biła. Chyba nie, bo jeśli to była pani Monika, to zapewne perswadowała. Abym chwilę odpoczęła, a potem wróciła do pracy. Ale ja straciłam przytomność na dobre i wieczorem koleżanki musiały mnie do obozu nieść.

Parę słów o noszeniu więźniarek. Dźwiganie nieprzytomnych to był koszmar. Wiem, bo wcześniej sama nosiłam te, które straciły przytomność. Albo trupy. Z motyk robiło się tragi, czyli nosze. I kładło się na nie ciało. Pod ramiona można było brać te kobiety, które jeszcze powłóczyły nogami. Bezwładne ciało jest niesforne. Nie leży tak, jakbyśmy chcieli. Nie pomaga. Nie było na nie dobrego sposobu. A czasami trzeba było dźwigać kogoś cztery kilometry. Zupełnie nie pamiętam, jak dziewczyny mnie niosły. Ocknęłam się dopiero przy bramie, gdy usłyszałam słowa: Mein Gott, so jung! Mój Boże, taka młoda! Nade mną pochyliła się esesmanka. Nie wiem, czy mnie obudziło to, że zatrzymała się cała kolumna, czy ten ludzki odruch, ta troska w głosie. I znowu optymistyczny wniosek: to jednak była esesmanka. Zatem są wśród nich ludzie nie całkiem wyzuci z człowieczeństwa. Przecież ona to powiedziała ze współczuciem.

Ale potem był kolejny dzień, znowu na polu, znowu to dziabanie. Pamiętam, że koncentrowałam się na tym, aby wytrzymać każdą następną chwilę. Nie cały dzień! Aż tak długo nie sięgałam w przyszłość. Wytrzymać jeszcze kwadrans, jeszcze pół godziny. Najgorsze, że pracowałyśmy w ciszy, nie można było rozmawiać. Przecież w rozmowie czas leci szybciej.

<<Reklama>> Ebooki Zofii Posmysz dostępne są w Publio.pl >>

Królestwo za mgłą - okładkaKrólestwo za mgłą - okładka Znak Literanova

Więcej o: