18+
Uwaga!

Ta strona zawiera treści przeznaczone wyłącznie dla osób dorosłych

Mam co najmniej 18 lat. Chcę wejść
Nie mam jeszcze 18 lat. Wychodzę

Wyrok śmierci, z którym się liczył, nie przerażał go. "Potwór" prawdziwie bał się tylko własnej żony

"Peter Kürten jako motywy zbrodni podał niezwykle silny popęd seksualny (okresowo), konieczność "wyładowania się", dziedziczne obciążenia (ojciec alkoholik gwałcący swoją córkę) i wreszcie chęć wykazania braków systemu penitencjarnego. Kürten twierdził, że właśnie długoletnie odbywanie kary pozbawienia wolności wzmogło jego pobudliwość seksualną". Przedpremierowo publikujemy fragment książki "Krwawy Peter" Jarosława Molendy.

Peter Kürten był jednym z najsłynniejszych XX-wiecznych zbrodniarzy i sadystycznych psychopatów. Mordował kobiety, mężczyzn, dzieci i zwierzęta, upajając się ludzką krwią. Skazano go tylko za dziewięć zabójstw i nie dochodzono, czy rzeczywiście popełnił ich więcej. O jego lubieżnych, bestialskich czynach pisała prasa na całym świecie, od ZSRR, przez Europę, po Stany Zjednoczone. Jarosław Molenda w swoim dziennikarskim śledztwie prześwietla życie mordercy. Premiera "Krwawego Petera" 25 sierpnia.

Jarosław Molenda "Krwawy Peter", Wydawnictwo Lira - przeczytaj fragment:

"Gdy wyszedłem z więzienia – mówił podczas rozprawy – nie miałem gdzie spać, poszedłem więc do parku i położyłem się na ławkę. Gdym się przebudził, stał przede mną policjant, który założył mi na ręce kajdanki. W kajdanach tych prowadzono mnie potem za dnia poprzez ulice Düsseldorfu. Ludzie przystawali po drodze i pokazywali mnie palcem. Umierałem ze wstydu. Być może, że wtedy już uważał mnie policjant za zbrodniarza. Osadzono mnie znowu w więzieniu. Towarzysze więzienni wzięli mnie od razu w obroty i zaczęli pouczać. Byłem wśród nich najmłodszy – wyśmiewano mnie, że mam jeszcze mleko na brodzie".

W areszcie śledczym zachowywał się apodyktycznie i butnie, ciągle miał nowe wymagania, grymasił, żądał, demonstrując całą swoją brutalność, egoizm i twardy, bezwzględny charakter. Kürten szeroko rozwodził się o swych stanach psychicznych w momencie popełniania zbrodni, mówił o głodzie krwi, o chęci stania się zwierzęciem. Stało się jasne, że chce wszystkich przekonać o swej zmniejszonej odpowiedzialności za czyny. Ze względu na trudne dzieciństwo i młodość oraz niezwykłą zbrodniczość poddany został sześciotygodniowym badaniom i obserwacjom psychiatrycznym w zamkniętym zakładzie leczniczym.

Obserwacja nie wykazała u Wampira z Düsseldorfu choroby psychicznej ani też niedorozwoju umysłowego. Biegli potwierdzili poczytalność oskarżonego. Stwierdzono u niego jedynie nieprawidłowości w sferze charakteru, uczuć i popędów, takie jak wzmożoną pobudliwość, skrajny egoizm, mściwość, obniżony poziom moralno-etyczny, a ponadto sadyzm, cechy masochistyczne i fetyszyzm. Na pytanie, dlaczego nosił kobiece pończochy, zdziwiony odpowiadał: "Były to pończochy jednej z moich ofiar. To przecież nic takiego". Zdaniem biegłych sprawca mógł panować nad swoimi odchyleniami w sferze seksualnej.

Ludzie nie mieli pojęcia, czego się spodziewać, gdy Peter po raz pierwszy wszedł na salę sądową. Po tym wszystkim, co wydarzyło się w Düsseldorfie i okolicach, wszyscy byli przygotowani na widok nikczemnej i obrzydliwej kreatury, więc podczas eskortowania Kürtena byli w szoku. Peter nosił szykowny, zadbany garnitur, jego włosy były "starannie rozdzielone", a "Potwór" wyglądał bardziej jak przedsiębiorca niż zbrodniarz.

Dokument potwierdzający wydanie potasu cyjanku i Kazimierz Tarwid - fotografia portretowaMąż twierdził, że musiała zażyć cyjanek przez pomyłkę. To matka ofiary nakierowała milicjantów na dobry trop

"Przy tym wszystkim – podkreślał polski korespondent na procesie – jest Kürten nadzwyczaj próżny. Traci nieraz pół godziny na to, żeby zawiązać porządnie krawat, żeby uczesać się tak, aby nie było najmniejszego skrzywienia w przedziale włosów. Dozorcy opowiadają, że Kürten żądał nieraz trzy razy dziennie świeżej wody do mycia. Nie odmawiano mu ani wody, ani dobrej strawy, ani najlepszych papierosów. Chodziło o to, aby utrzymać go w najlepszym stanie aż do rozprawy i zachować siły". (…)

"Pewnego wieczora lotem błyskawicy przeszła przez miasto wieść o aresztowaniu mordercy" – relacjonował dziennikarz sensacyjnego pisma "Tajny Detektyw", ukrywający się pod pseudonimem T.H. "Na rogach ulic i placach gromadzić się poczęły podniecone tłumy, które wnet szeroką falą ruszyły w kierunku ulicy Mettmannerstrasse 71, pod dom, gdzie przez szereg lat zamieszkiwał morderca. A stamtąd ruszyły tłumy pod więzienie sądu karnego. Na przedzie rodzice i krewni ofiar. W powietrzu unosiła się żądza krwawego samosądu nad potwornym mordercą. Z trudem udało się wówczas policji zapanować nad sytuacją i zapewnić sprawiedliwości sądowej jej normalną drogę postępowania".

Rozgrywający się w Düsseldorfie proces należał do najbardziej sensacyjnych, do najbardziej wstrząsających, do najokropniejszych rozpraw, które miały wyjaśnić jedną z najbardziej zawiłych zagadek wykolejeńca i zboczeńca. Czy zagadka została rozwiązana? Nie do końca… Rozprawy wniosły jedynie tylko nieco światła w tajemnicze głębie duszy bestialskiego człowieka.

Zobacz wideo Kogo się teraz słucha w Polsce? Rapowy tron podbić trudno, ale im się udaje

W ciągu długich miesięcy, które przestępca przesiedział w więzieniu śledczym, badano jego stan duchowy i szukano dowodów zboczenia umysłowego. Rezultat dochodzeń był jednak negatywny. Sławetny paragraf, uznający okoliczności łagodzące, nie znalazł w stosunku do Kürtena zastosowania, tajemnica krwawego szału nie została wyświetlona. Więzienie śledcze nie złamało go. Morderca, na którego sumieniu ciążyło tyle zbrodni, zachowywał się w swej celi wzorowo. Dopiero na kilka dni przed rozprawą stał się niespokojny, chociaż nie lękał się niczego.

Wyrok śmierci, z którym się liczył, nie przerażał go – przeciwnie – wyczekiwał śmierci. Niepokoiło go coś innego. Wiedział doskonale, że będzie miał okazję odegrania po raz ostatni swej roli dla zgromadzonej publiczności. Zdawał sobie sprawę, że ujrzy znowu niektóre ze swoich ofiar. Wszystkie przewidziane spotkania wzbudzały w nim niepokój. Ale prawdziwie bał się tylko jednej kobiety: własnej żony. (…)

Oficjalnie 13 kwietnia 1931 roku Peter Kürten został oskarżony o dziewięć zabójstw i siedem ich usiłowań. Sędzia, obawiając się, że "potwór" może uciec, wprowadził pewne modyfikacje w sali rozpraw, co sprawiło, że Peter siedział za drewnianą balustradą wyposażoną w dwa zamki, która sięgała do ramion. Nosił ponadto kajdany na nogach, ilekroć znajdował się w tym, co miejscowi nazywali "klatką". W klatce tej przygotowano mały stół z pulpitem oraz fotel. Codziennie Kürten był przewożony pod silną eskortą z więzienia do celi, która znajdowała się obok sali rozpraw.

Spośród publiczności dopuszczano codziennie zaledwie po dwadzieścia osób, choć zainteresowanie było ogromne:

"Nie przesadzę – zarzekał się dziennikarz z Polski – jeżeli powiem, że cały Düsseldorf stanął na nogach. To za mało. Z najbliższych miast i miasteczek przybyło tysiące ludzi. Gromadziło się to wszystko przed sądem, mimo braku nadziei dostania się do środka. Wokoło koszar i sądu pełno policji. Kto chciał się dostać do sali rozpraw musiał poddać się, mimo zaopatrzenia w kartę wstępu – przynajmniej dziesięć razy najściślejszej kontroli. Mimo, że niewielu było wybranych, którzy mieli szczęście dostać się do sali. Chciał być każdy przynajmniej blisko miejsca rozpraw przeciwko zbrodniarzowi, który terroryzował długie lata całą okolicę i siał wszędzie postrach i lęk". (…)

Aby mieć pojęcie o objętości materiałów dochodzeniowych, wystarczy podać, że w ciągu siedmiu miesięcy wstępnego śledztwa zbadano i rozpatrzono siedemdziesiąt osiem rozmaitych przestępstw. Praca nie ustawała nawet w niedzielę i święta. Wybrano spośród nich tylko szesnaście. Akt oskarżenia obejmował dwieście dziewięć stron maszynowego pisma. Akta śledztwa znajdowały się w wielkiej, piętnastometrowej szafie, obejmującej sześćdziesiąt przegród.

W rysopisie Petera Kürtena najczęściej prawidłowo podawany był jedynie jego wzrostW rysopisie Petera Kürtena najczęściej prawidłowo podawany był jedynie jego wzrost zdjęcie dzięki uprzejmości Wydawnictwa Lira

Prokuratura przygotowała ponadto pokaz "makabrycznych dowodów", na który składały się czaszki niektórych jego ofiar i sztuczne części ciała z obrażeniami zgodnymi z tymi, które odniosły jego ofiary. Oskarżenie dopilnowało, aby pokaz, który obejmował również nożyczki, linę, noże i dwa młotki, prezentowany był w porządku chronologicznym, aby ława sędziowska mogła zobaczyć, jakich obrzydliwych czynów dopuścił się Peter Kürten.

Poprzez całe audytorium przeszedł dreszcz grozy, gdy z bocznego pokoju woźny zaczął wnosić spreparowane czaszki pomordowanych ofiar Kürtena i ustawiać je na sędziowskim stole. Od tych kościotrupów biło okrutne oskarżenie, niemy krzyk, który słyszeli wszyscy obecni na sali. Jedynie Wampir z Düsseldorfu patrzył na to wszystko zimnym, obojętnym wzrokiem.

Wystawiono także inne przedmioty, takie jak łopata, której użył do zakopania Elizabeth Dörrier, oraz ubrania zebrane na miejscu zbrodni. Ci, którzy widzieli pokaz, z trudem łapali oddech, a wielu opisywało go jako "okropny" i "makabryczny". Nawet Wampir z Düsseldorfu, zwykle opanowany, na widok łopaty, którą zakopał zwłoki Marii Hahn, zaprotestował, wołając: "Po co ta łopata tutaj w sali? Proszę, aby ją natychmiast usunięto. Nieprzyjemnie mi patrzeć na nią".

Sąd przychylił się do prośby oskarżonego i woźny sądowy wyniósł łopatę do sąsiedniego pokoju. Przygotowania do głównej rozprawy trwały jedenaście miesięcy. W tym długim czasie Peter Kürten miał możność przyswojenia sobie pozy, jaką chciał przybrać przed sądem.

"Brak mu wszakże dostatecznej inteligencji – relacjonował śledzący rozprawę dziennikarz – żeby mógł nadać temu wszystkiemu, co pokazuje sędziom i śledzącej rozprawę publice, pozory wiarogodności i szczerości. Odnoszę wrażenie, że Kürten bawił się swoimi sędziami tak samo, jak bawił się każdą ze swoich ofiar, jak bawił się wywodzoną całymi latami w pole policją. Chwilami chciało by się wierzyć, że stoimy wobec zagadki rozdwojenia osobowości, że Kürten morderca chce pokazać wszelkie sztuczki i wszelkie rejestry zbrodni drugiemu Kürtenowi, odgrywającemu rolę obserwatora. Jedno jest pewne, że morderca odczuwa diabelską, szatańską rozkosz przy analizowaniu swoich czynów. Nic nie może sprawić mu na ziemi większej przyjemności, aniżeli widok przerażenia, malującego się na twarzach audytorium, na twarzach publiczności. (…)

Peter nie okazywał wyrzutów sumienia. Ba, nie uważał się za sadystę. Śmierć zadawał szybko i nie odczuwał żadnej seksualnej przyjemności z przedśmiertelnych cierpień ofiary. "Sadyzm był zdecydowanym przeciwieństwem tego, o czym byłem przekonany. Ja byłem narzędziem Boga, miałem misję do spełnienia i z tego powodu sam wiele przeżyłem i wycierpiałem".

Tuż przed datą pierwszej rozprawy sądowej napisał do dr. Berga, wymieniając zarzuty przeciwko sobie. Nie został jeszcze formalnie oskarżony, ale próbował wyprzedzić, jeden po drugim, siedemdziesiąt dziewięć zarzutów, o których myślał, że zostaną mu przedstawione, kiedy pojawi się w sądzie. Na procesie okazało się, że oskarżenia były bardzo zbliżone do tych, które przewidział wcześniej.

Podczas ich odczytywania Peter Kürten uśmiechał się i widać było, że czuł wielką satysfakcję ze wszystkiego, czego dokonał. Część funkcjonariuszy była zszokowana szczegółami niektórych napaści. Wyraz obrzydzenia na ich twarzach sprawił Wampirowi z Düsseldorfu wielką satysfakcję. Pierwszym dowodem dostarczonym przez prokuraturę była "Wielka spowiedź", którą napisał po aresztowaniu.

Ted Bundy - z lewej w 1979, z prawej rok wcześniejPrzyznawały dziennikarzom, że Ted Bundy je przeraża, ale nie potrafiły trzymać się z daleka

Rozprawa przypominała trochę walkę bokserską. Za każdym razem, gdy zadawano mu pytanie, odpowiedź ogłuszała obecnych w sali sądowej. Właśnie wtedy, gdy nie spodziewali się niczego zaskakującego, Kürten wprawiał ich w osłupienie. Gdy zaczynał mówić, w sali zapadała cisza. Widział, że ludzie dosłownie chłoną każde jego słowo, i to go podniecało. Ludzie nazwali go Wampirem, więc postanowił wyjawić im krwawą prawdę.

Przyznał, że widok krwi na ofiarach doprowadzał go do orgazmu. Zeznał, że co najmniej trzy razy spijał krew z gardła ofiary po tym, jak je podciął, oraz ze skroni ofiary po tym, jak uderzył ją młotkiem. Doktor Wehner, adwokat Wampira z Düsseldorfu, doradzał mu, żeby przestał o tym mówić, ale Peter nie mógł się oprzeć. Wszyscy na niego patrzyli, był w centrum uwagi. Miał pełną kontrolę i wiedział o tym. Dodał więc, że pewnego razu wypił tyle krwi od jednej ofiary, że jak tylko ją połknął, zwymiotował.

Kilka osób opuściło salę sądową po ostatnim oświadczeniu, które wygłosił. Ale on dopiero się rozgrzewał. Spojrzał na tłum i zaczął opowieść, jak to zaatakował łabędzia: "Bardzo często spacerowałem po nocy Hofgarten i wiosną 1930 zauważyłem łabędzia śpiącego na brzegu stawu. Poderżnąłem mu gardło. Trysnęła krew, a ja piłem ją z rany i miałem wytrysk".

Krwawy PeterKrwawy Peter Wydawnictwo Lira

Więcej o: